Z Dołhobyczowa do końca Polski! (ostatnie 9 dni)

Z Dołhobyczowa do końca Polski! (ostatnie 9 dni)

Była ciemna, zimna noc. Wiatr targał cienkimi ściankami dwuosobowego namiotu rozbitego na szczycie przełęczy. Ryki dzikich zwierząt dochodzące z oddali nagle zamilkły. Wtedy usłyszeliśmy głos bestii!

Dołhobyczów, to miejscowość o nieodgadnionym dla nas potencjale turystycznym. Niby nic w niej nie ma. Od, zwykła popegeerowska wioska. A jednak, pod koniec września trudno było nam znaleźć tam nocleg. W końcu kobieta z agroturystyki, która nie miała dla nas miejsca „bo wszystko mam zajęte”, skontaktowała nas ze swoją przyjaciółką, posiadającą pokoje do wynajęcia.

Welcome, Willkommen i…

Co też takiego ma w sobie Dołhobyczów, iż cieszy się popularnością wśród turystów nawet po sezonie? Próbowaliśmy znaleźć odpowiedź na to pytanie wraz z naszą gospodynią. Pani Jola, niziutka, krótko ścięta, farbowana blondynka, twierdziła, że to bliskość Ukrainy napędza ruch poza sezonem. Miała na ten przykład turystów, Polaków, którzy wynajęli u niej pokój we wrześniu na tydzień, by móc urządzić sobie kilkudniowy wypad rowerowy do naszych wschodnich sąsiadów.
Byliśmy przekonani, że to właśnie Ukraińcy, podczas załatwiania swoich spraw w Polsce wynajmują pokoje w agroturystykach. Nasza teoria okazała się jednak błędna. Pani Jola i jej znajome nie wynajmują pokojów ludziom ze wschodu. Stosunki polsko-ukraińskie na południu województwa Lubelskiego są, jakby to powiedzieć, bardziej niż napięte.
– Dawniej, wszystkie domy od wsi Gołębie przez Zaręke, Mołczany do Dołhobyczowa były Polskie. – tłumaczył nam jeden z mieszkańców Dołhobyczowa – A teraz! Starzy umierają, dzieci za granicą, bo i co tu robić, a ziemię kupują Ukraińcy. Źle się dzieje, oj źle.
– Ja tam się wole od nich trzymać z daleka. To kombinatorzy, śliscy ludzie. Raz włazi do mnie na posesje taki i pyta, czy bym mu butów nie trzymała. Jakich butów ja się pytam? A on, że handlować będzie i tu u mnie chciał trzymać te buty. Nie ma mowy! Ja nic z nimi nigdzie nie chce mieć wspólnego! – emocjonowała się w rozmowie z nami Jola.
Fakt, Ukraińców jest w wiosce bardzo dużo. My spotkaliśmy tylko tych, którzy w dość nachalny sposób próbowali sprzedać nam „Raffaello, papierosy, chałwę” pod miejscowym marketem. Choć jak na małą miejscowość, było tych „sprzedawców” bardzo wielu. Właściwie cały parking wypełniony był chmarą ukraińskich akwizytorów.
W tym, że skala napięć jest dość poważna, utwierdziły nas tablice informacyjne witające nowo przybyłych gości w wioskach, które mijaliśmy po opuszczeniu Dołhobyczowa. Na każdej z tych tablic wypisane były powitania po angielsku i niemiecku. Nikt natomiast nie witał gości ze wschodu w ich języku. Trochę przykro…

Ostatnia granica

Pierwszą noc po opuszczeniu bezpiecznego pokoiku w agroturystyce spędziliśmy na polu pod Krzewicą. Zmrok zaskoczył już o 18. Wokół nas rozciągały się pola uprawne i ani kawałka lasu, w którym moglibyśmy ukryć nasz namiot. W takich okolicznościach uznałem, że brak światła słonecznego działa na naszą korzyść. Namiot rozbiliśmy przy prawym brzegu malutkiej lokalnej rzeki Kamionki. Nie uszło naszej uwadze, iż prawdopodobnie jesteśmy na czyimś prywatnym polu. Modliliśmy się jednak, by tej nocy rolnikowi nie przyszło do głowy spacerować po swoich włościach.
Gdzie tu rozbić namiot?
Wstaliśmy przed świtem i nim pierwsze promyki słońca wyjrzały zza horyzontu, my już dziarsko maszerowaliśmy. Województwo Lubelskie, to w gruncie rzeczy polne pustynie rozciągające się po horyzont. Od czasu, do czasu w ramach atrakcji dla piechura pojawia się jakaś mała wioseczka. Nie inaczej było i tego dnia.
Droga ciągnęła się niemiłosiernie a lodowaty wiatr hulał, smagając nas po twarzach swym świszczącym oddechem. Przyszła prawdziwa, grypowa jesień. W cieniu trzęśliśmy się z zimna, w słońcu umieraliśmy z przegrzania. Dzień taki jak ten bardzo źle wpływa na samopoczucie. To też z wielką radością przywitaliśmy graniczne miasteczko Hrebenne. A właściwie zajazd z gorącą kawą, który znajduje się przy przejściu granicznym.
Pyszna kawa i ręczniczki z…
Zoba ile stąd do Wawy!
Mieszkańcy tej miejscowości powitali nas z o wiele mniejszym entuzjazmem. Barmanka w zajeździe traktowała nas jak zło konieczne. Stąd wzięła się decyzja, by obiad kupić w okolicznym markecie i skonsumować zdobyte dobra na parkingu pod sklepem. Cóż, obsługa wyraźnie dała nam znać, że jeśli nie jesteśmy samochodami, to nie możemy przebywać na terenie parkingu. Na szczęście dla nas, zdążyliśmy zjeść nim tamci zorientowali się, iż nie jesteśmy autami.
Późnym popołudniem ruszyliśmy na południe. Mimo tak wielu zniechęcających czynników, do przodu pchała nas myśl o ostatniej granicy. 133 dnia podróży za wsią Siedliska przekroczyliśmy granicę województwa Lubelskiego i ponownie po ponad czterech miesiącach podróży stanęliśmy na ziemi podkarpackiej. Pola zamieniliśmy na piękne lasy i od razu lepiej się oddychało!
Opuszczamy Siedliska ;(
Ostatnia granica

Polskie kryształy

Pierwsze co przychodzi mi do głowy, gdy przypomnę sobie tamten poranek 30 września, to cholerne zimno! Wszystko wokół namiotu rozbitego w lesie przed wsią Prusie pokryte było szronem. Nad ranem temperatura spadła grubo poniżej zera, a nasze kończyny z każdą sekundą spędzoną poza przenośnym, nylonowym domem dogłębnie się o tym przekonywały. Na pierwsze promienie słońca czekaliśmy z takim utęsknieniem, jak tonący na łyk powietrza. Nasza gwiazda nie dawała sobie rady. Kostniały nam dłonie i stopy.
Zimno tu słońce powoli wzrasta
Zimno tu dzień nadchodzi tuuuu
Wędrując drogą wojewódzką 867 przez cudowne lasy, przywodzące na myśl bagniste okolice Luizjany dotarliśmy do Horyńca-Zdroju. Mieliśmy nadzieję dostać tam coś ciepłego do picia. Nasze poszukiwania zostały przerwane przez policję, która zablokowała całą główną ulicę miasteczka. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, gdy środkiem drogi wędrowały różnokolorowe dzieci z flagami Włoch, Mongolii, Estonii, Holandii i ośmiu innych państw. A uwierzcie mi, Horyniec-Zdrój, to żadna metropolia. Okazało się, iż trafiliśmy na uroczyste rozpoczęcie Młodzieżowych Drużynowych Mistrzostw Świata w… warcabach!
Bagna Luizjany 😉
Kręte drogi prowadzą do Horyńca
Piękna rzecz, ale my chcieliśmy tej kawy! I jak na złość lokale do których zaglądaliśmy albo były nieczynne, albo zostały zarezerwowane dla młodzieżowych reprezentacji. Nie żartuję! Litość, miłosierdzie oraz gorącą kawę udało nam się zdobyć dopiero w cukierni na deptaku.
Celem tego dnia była nadgraniczna miejscowość Budomierz ale naszą wyobraźnię rozpalała wieś o nazwie Huta Kryształowa. To w niej przed laty miał pracować niezwykły rzemieślnik, którego kryształowe dzieła jak żyrandole, świeczniki, czy kieliszki były obiektem pożądania całej XVIII wiecznej Europy. Na miejscu okazało się, że śladu po niezwykłej hucie już nie ma. Badacze do dziś zastanawiają się skąd ów rzemieślnik czerpał cenny kruszec. Natomiast miejscowa legenda głosi, że kryształ najprawdopodobniej wydobywano w miejscu, gdzie obecnie stoi zabytkowy budynek gorzelni.

Zbuduj mi domek!

Noc spędziliśmy w zagajniku między Budomierzem a Krowicą Hołodowską. Rano naszą uwagę przykuli mieszkańcy Krowic ( nie jednej Krowicy lecz wielu, bo w okolicy jest więcej miejscowości zaczynających się od słowa Krowica) zbierający z ogrodzeń i płotów swoich posesji kolorowe chorągiewki, proporce i balony. Mijając dziesiąty dom, gdzie wszyscy byli zaangażowani w sprzątanie nie wytrzymaliśmy.
– Dlaczego wszyscy przystroiliście swoje domy? – zapytałem jedną z wiejskich gospodyń.
– No jak to?! Przecież sam biskup przyjechał tu do nas na kontrolę, to chcieliśmy, żeby było ładnie. – odpowiedziała starsza pani zbierająca proporce.
Zdziwiło nas trochę użycie słowa „kontrola” w kontekście odwiedzin biskupa. Nie chcieliśmy jednak drążyć tematu, by niepotrzebnie nie popaść w tarapaty. Jeden dom różnił się jednak wystrojem od pozostałych. Na bramie wjazdowej wisiały srebrne i złote balony, podczas gdy w innych gospodarstwach królowała raczej biel i błękit. Podobnie jak w innych i tu gospodarze skrzętnie zbierali ozdoby.
– Hej podróżnicy, a dokąd to tak wędrujecie? – powitał nas właściciel złotych i srebrnych balonów.
Po krótkiej wymianie zdań znaleźliśmy się w salonie domu jednorodzinnego Pani Eli i Pana Wiesia. Jak się okazało, właśnie wydali córkę za mąż i w przeciwieństwie do reszty mieszkańców nie sprzątali po wizycie biskupa, a po weselu. Zostaliśmy uraczeni całym weselnym śniadaniem i chyba pięcioma różnymi rodzajami ciasta.
Ela i Wiesiu, wspaniali ludzie!
Pan Wiesław okazał się niezwykle utalentowanym leśnikiem. Rzeźbi, układa wiersze i kocha swoją małą ojczyznę. O Krowicy mógłby opowiadać godzinami. Radził nam również, byśmy odwiedzili domek Maryi zbudowany u podstawy pięciu sosen wyrastających z jednego pnia. Wzięliśmy sobie radę Wiesia do serca. (Kapliczkę znajdziecie jadąc szlakiem Green Velo z Krowicy Samej do Wólki Żmijowskiej.)
Z powstaniem domku Maryi wiąże się niezwykła legenda, którą zdradził nam leśnik. Podobno po wojnie, gdy granicy strzegły Wojska Obrony Pogranicza, dwuosobowy patrol wypuścił się w okolice pięciu sosen. W środku lasu żołnierze posnęli. Jednemu z nich przyśniła się postać ubrana w białe szaty. Powtarzała do ucha żołnierza jedno zdanie „Zbuduj mi domek!”. Istota w bieli dotknęła żołnierza w pierś. Gdy ten się obudził, na wysokości serca znalazł pięć znamion, niczym pięć palców przypominających to niezwykłe drzewo, z którego wyrasta pięć konarów.
Obraz ukazujący cud przy kaplicy pięciu sosen
Przerażony żołnierz opowiedział co go spotkało lokalnemu księdzu, a ten w białej postaci rozpoznał najświętszą matkę boską. Pomógł żołnierzowi skontaktować się z rzemieślnikiem, który miał wykonać kapliczkę pod sosnami. Do budowy jednak nie doszło, wopistę niedługo po niezwykłym zdarzeniu przeniesiono na drugi koniec Polski. O dalszych jego losach nic nie wiadomo.
Kilkanaście lat później, ten sam rzemieślnik, który poznał wizję żołnierza, wracał wieczorem z odpustu. Gdy przeszedł koło dziwnego drzewa usłyszał szelest w krzakach. Zaciekawiony zapuścił się w gęstwinę. Szedł za czymś co wydawało mu się sarną tak długo, aż zgubił się w lesie. Wtedy i on usłyszał miękki niczym aksamit głos.
– Zbuduj mi domek.
Rzemieślnik przetarł oczy ze zdziwienia. Nie mógł uwierzyć, że spotyka go to samo co żołnierza, którego kiedyś poznał. Głos jednak stawał się coraz silniejszy i silniejszy, aż w końcu biedny człowiek na głos potwierdził, iż domek zbuduje.
Dziś przy pięciu sosnach stoi mała kapliczka, do której okoliczne dzieci przynoszą zabawki. Nikt nie wie skąd wziął się ten zwyczaj. Zaś drzewo, przy którym tak bardzo chciała zamieszkać biała istota kilka lat temu spłonęło od wewnątrz. Choć nie wypuszcza już liści, okoliczni mieszkańcy wciąż dbają o sosny.
kaplica przy 5 sosnach
domek białej istoty
– A jeśli to co przyszło, do obu tych mężczyzn nie było Maryją tylko demonem? – zapytała Marta, gdy stanęliśmy pod kapliczką.
Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że wokół nie słychać było żadnego ptaka, a przecież byliśmy w środku lasu…

Głos bestii

Już do końca tego dnia towarzyszył nam mroczny nastrój. Okolica nie pomagała z tym walczyć, pokazując nam opuszczone lub zniszczone cerkwie i krzyże. Ostatnim razem podobny klimat czuliśmy, gdy szliśmy do Niemojowa w dolinie Dzikiej Orlicy. Nocleg też nie pozwolił nam się zrelaksować. Rozbiliśmy się w lesie pod wsią Kalników. Nieustannie, odkąd podeszliśmy pod tą miejscowość, słyszeliśmy strzały. Mieliśmy tylko nadzieję, że myśliwi nie będą polować w naszej okolicy.
Stara zabytkowa Cerkiew, jakby złowrogo łypie na nas zza drzew
Gdy otworzyliśmy oczy następnego ranka znów słychać było strzały. „Jaki świr strzela przez całą noc i jeszcze nie ma dość” pomyślałem. No nic, zebraliśmy się i ruszyliśmy ku Rezerwatowi Przyrody Starzawa. Nie potrafię Wam opisać jakie przerażenie zaczęło nas ogarniać, gdy okazało się, iż odgłosy tych głośnych wystrzałów dobiegają właśnie z Rezerwatu! Mało tego, najwyraźniej strzelano z miejsca, do którego myśmy się wybierali.
Zagryźliśmy zęby i ruszyliśmy wprost do źródła wystrzałów. Naszym oczom, zamiast bezsennego szwadronu myśliwych ukazały się ogromne stawy rybne. Wszystko stało się jeszcze bardziej zagmatwane. Kto strzela przez całą dobę i to jeszcze nie do zwierzyny ale do stawów? Z odpowiedzią przyszła nam Straż Graniczna. Podczas rutynowej kontroli wyjaśnili nam, że odgłosy, które słyszymy, to nie broń palna a straszak na kormorany.
To niszczycielskie ptactwo potrafi w krótkim czasie całkowicie zrujnować cały staw. By się bronić, właściciele stawów postanowili zamontować maszynę imitującą dźwięk wystrzałów z broni myśliwskiej. Z naszych subiektywnych obserwacji wynika jednak, że straszak lepiej działa na turystów niż na kormorany.
Poranek wśród strzałów podniósł nam poziom adrenaliny. Drogę z Rezerwatu Przyrody Starzawa do Przemyśla właściwie przebiegliśmy. Już o 14 byliśmy w dawnej stolicy ziemi przemyskiej. A na miejscu szok i niedowierzanie. Doświadczenia z takimi miejscowościami jak Terespol czy Włodawa utwierdziły nas w przekonaniu, iż Przemyśl będzie kolejnym odrapanym, brzydkim, zaniedbanym kawałkiem Polski. Tymczasem, to miasto można by nazwać Krakowem wschodu. Przepiękne kamienice w centrum, ociekające historią ulice a w dodatku, wszystko otoczone prawdziwymi górami Pogórza Przemyskiego.
najpierw znak
Potem szlak
a na końcu Przemyśl
Następny dzień poświęciliśmy na zgłębianie tajników przemyskiej kuchni. Okazuje się, że mocno współgra ona z dietą wegetariańską. Przepyszne gołąbki przeplataliśmy wspaniałymi pierogami, a wszystko naszpikowane było kaszą, ziemniakami i twarogiem. Oprawa z grzybowego sosu i świeżej śmietany tylko podkręcały nasze apetyty. Niestety, nie dane nam było spróbować sławnej Pizzy Galicyjskiej, gdyż zostały tylko te z mięsem. Jak mówią zawistni, zasady działania Pizzerii Galicyjskiej nie zmieniły się od jej powstania w latach ’80. Trudno powiedzieć czy to komplement, czy raczej nagana. Dla nas tam jedzenia niestety zabrakło.
Przemyśl
każdą stronę Sanu
nad chmurami
znajdziesz tatarów
4 października o 6 rano wyszliśmy z przemyskiego schroniska młodzieżowego i udaliśmy się w kierunku Ustrzyk Dolnych. Pierwszą górą, która nam uległa stał się Kopiec Tatarski. Jednego tylko nie przewidzieliśmy. Wielkiego, ściągającego nam buty z nóg błocka! Od dnia naszego przyjścia do Przemyśla ciągle lało. Po Parku Krajobrazowym Pogórza Przemyskiego kręcił się ciężki sprzęt drwali tworząc gigantyczne bagniste koleiny. A my dosłownie tonęliśmy w błocie.
Los wysunął do nas pomocną dłoń. We wsi Rybotycze można było wynająć pokój. Gdy tam dotarliśmy było grubo po 17, czyli zaraz miał zapaść zmrok. Uparłem się jednak by iść dalej. Prowadzeni żółtym szlakiem weszliśmy w gęsty las. Szybko jednak okazało się, iż oprócz nas tą ścieżką podróżują tylko dziki, łosie i jelenie. W bagnach pod naszymi stopami nie było widać ani śladu ludzkiej stopy, ani nawet bieżnika jakiegoś pojazdu. Zewsząd dobiegały nas ryki zwierzyny, a zmrok definitywnie zapadł.
Dotarliśmy na pierwsze suche wzniesienie i zapadła szybka decyzja o rozłożeniu obozowiska. Dla spokoju sumienia postanowiłem sprawdzić jakie zwierzęta występują na Pogórzu Przemyskim. Byłem wręcz pewien, że nie ma tam drapieżników, a internet miał tylko uspokoić rozedrgane nerwy.
Szpieg z krainy deszczowców 😉
Lunch na Pogórzu Przemyskim
Wieści nie były dobre. Wręcz tragiczne! Pogórze Przemyskie to jedno z ostatnich dzikich miejsc w Polsce, do którego uciekła większość wilków i niedźwiedzi z turystycznie obleganych Bieszczadów. Jelenie jakby wyczuwając z daleka co właśnie przeczytałem, umilkły. Zamiast ryku kopytnych usłyszeliśmy warczenie zwierzaka, który najwyraźniej stał kilka kroków od namiotu!
Pogasiliśmy wszystkie światła i w ciszy czekaliśmy na to, co miało się wydarzyć. Wiatr szarpał cienkimi ściankami dwuosobowego namiotu rozbitego na szczycie przełęczy. Zwierzę zawarczało jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz. Po kilku minutach stało się jasne, że to… drzewa. Targane wiatrem konary ocierają się o siebie wydając ten przerażający odgłos. Umysł potrafi płatać różne figle, zwłaszcza w mroku ciemnej, leśnej nocy.

Fajerwerki w głowach

Tę noc zaliczam do najgorszych na całej wyprawie. Nie mogłem zasnąć i ciągle nasłuchiwałem. Natomiast Marta spała jak dziecko. Nie wzruszały jej ani demoniczne skrzypienia drzew, ani ryczące bez przerwy jelenie. Jednak obydwoje rano chcieliśmy się jak najszybciej wynieść z tego przeklętego miejsca. Jakby dla odmiany, ostatniego dnia naszej wielkiej podróży powitało nas piękne słońce. Krwisty wschód był tak czarujący, że aż przystanęliśmy, by go oglądać.
Chodź do nas!
Słoneczko w demonicznym lesie!
Następnym punktem na mapie atrakcji był Arłamów. Kompleks hotelowy, w którym niegdyś przetrzymywano Lecha Wałęsę. Nie zrobił na nas żadnego wrażenia. Bohaterowi i legendarnemu przywódcy Solidarności postawiono tam prostą tabliczkę na uboczu. Ciekawe jak w innych krajach traktuje się noblistów?
Tego dnia każdy pokonany kilometr poprawiał nam nastrój. Znów była w nas siła i energia. Szliśmy niczym niesieni na skrzydłach. W Brzegach Dolnych, 8 kilometrów od Ustrzyk, zrobiliśmy sobie krótką przerwę. Jak niewiarygodne, a zarazem namacalne wydawało nam się dzieło, którego się podjęliśmy. Już za chwile mieliśmy wkroczyć do miasta, z którego wyszliśmy ponad cztery miesiące temu!
Wracamy!
Ostatni znak przed Ustrzykami
Nas ogarniała niezwykła euforia. Chyba nie tylko nas! Cały wszechświat cieszył się razem z nami!
Słoneczko grzało przyjemnie. Tuż przed Ustrzykami Dolnymi Marta dostrzegła coś w krzakach. Czy to możliwe? Na zboczu wzniesienia pojawił się nagle jeleń z przepięknym porożem. Król puszczy zdawał się gratulować nam w imieniu całej natury!
Weszliśmy do miasta oszołomieni własnym sukcesem. Byliśmy z siebie dumni, czuliśmy się wielcy, a w głowach wybuchały nam fajerwerki! Tymczasem Ustrzyki żyły swoim życiem. Nie było powitalnej parady, fanfar ani konfetti. Była proza życia codziennego. Ludzie wracali z pracy, szli na miasto, trąbili na siebie. Tylko my, tacy szczęśliwi, jakbyśmy mieli szczęście na własność, jakby należało tylko do nas. Bo w istocie stało się coś nieprawdopodobnego, obeszliśmy całą Polskę dookoła. W rocznicę stulecia odzyskania przez nasz kraj niepodległości, Marta obeszła go jako pierwsza kobieta. Ja znalazłem się w nielicznym gronie mężczyzn, którzy tego dokonali.
Ustrzyki je, je, je
Ustrzyki je, je, je!
Tak jak było na początku, tak i na końcu!
Cała podróż zatoczyła wielkie koło. Nocleg znaleźliśmy dokładnie w tym miejscu, z którego wyruszaliśmy 20 maja. Chwila radości ustępowała powoli przygnębieniu. To już koniec wielkiej podróży. Trzeba się będzie przepakować i powoli zacząć trudny i bolesny powrót do szarej codzienności. Ale czy na pewno będzie od teraz taka szara?
Udostępnij...Share on Facebook