Kostrzyn nad Odrą – Gdańsk

Kostrzyn nad Odrą – Gdańsk

Gdy wielu naszych znajomych dziś ubolewa nad tym, że pierwszy Pol’and’Rock Festival przeszedł już do historii, my ze łzami w oczach wspominamy dzień, w którym musieliśmy opuścić woodstockowe pole i pożegnać Kostrzyn nad Odrą zanim na dobre rozpoczął się tam najcudowniejszy festiwal na Ziemi…

Dom

Nie przypuszczałem nawet, jak trudne będzie dla mnie opuszczenie miejsca, gdzie od jedenastu lat ładowałem baterie pozytywnej energii. Przystanek Woodstock był specyficznym miejscem. Dawał siłę do mierzenia się z rzeczywistością pozafestiwalową. Pozwalał jakoś radzić sobie z nędzą i szarością dużych miast, w których żyłem na co dzień.

Dlatego opuszczenie Kostrzyna jeszcze zanim zacznie grać muzyka, zanim Jurek Owsiak oficjalnie otworzy tę wielką imprezę, było dla mnie jak rozerwanie serca. Jak rozwód rodziców. Jak śmierć ukochanej osoby! Być tak blisko, a zarazem tak daleko…

19 lipca w czwartkowy poranek byliśmy pewni, że opuścimy pole przy ulicy Północnej. Wstaliśmy późno, koło godziny 7. Poprzedniego dnia musieliśmy zaopiekować się naszymi przyjaciółmi, pierwszymi woodstockowiczami na polu festiwalowym. Do ich obozu, w którym pozwolili nam zamieszkać,  przyjechały jakieś nieprzyjemne dzieciaki z okolicznych wiosek. Próbowały upić i upodlić Normana, Karola i Wiolę. Częstowali ich czymś, co sami nazywali „pigułami”. Gdy wyciągnęli telefony, by nagrywać naszych Woodstockowiczów, Marta postanowiła wkroczyć i przypomnieć tym dzieciakom, że my jesteśmy całkowicie trzeźwi i widzimy co tamci próbują robić. To spłoszyło „darczyńców”, którzy nagle przypomnieli sobie, całkiem przypadkiem oczywiście, iż muszą jutro iść do pracy, szkoły, czy czegoś tam. Zamieszanie jakie wynikło z tej przykrej zabawy sprawiło, że my położyliśmy się spać grubo po 1 w nocy.

 

 

Wyjście z ziemi obiecanej ;(

 

 

Na szczęście dla naszych niewyspanych ciał w czwartek lało. Deszcz nie dawał spokoju aż do późnego popołudnia. Cóż było robić? Zostaliśmy jeszcze jeden dzień. Jeszcze jeden dzień złudzeń, że może jednak nagle na scenie pojawi się Jurek, że Roman Polański odgwiżdże odjazd na rozpoczęcie festiwalu, a nad naszymi głowami przelecą Iskry, jak za dawnych pięknych lat.

Nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego był tylko deszcz, a do obozowiska pierwszych woodstockowiczów zaczęli docierać inni rozbitkowie na kostrzyńskim polu. Byli punkrockowcy, różne cudaki a nawet jeden Austriak, który przyjechał na Pol’and’Rock rowerem, bo kumpel z Berlina powiedział mu, iż mamy tu w Polsce największy w Europie darmowy festiwal. Takie rzeczy mogą się zdarzyć tylko tam, w Kostrzynie nad Odrą. Mam nadzieję, iż spadkobierca Przystanku Woodstock – Pol’and’Rock – będzie równie wspaniały, jak jego wielki poprzednik!

Włóczykije

Stało się. W piątek 20 lipca wyszliśmy z Kostrzyna. Serca krwawiły. Obydwoje byliśmy w gównianych nastrojach. Jedyna myśli jaka nas pocieszała była taka, że już niedługo dotrzemy do Polic. Police to moje rodzinne strony. Tam mieliśmy dokonać tak zwanej wymiany ogumienia. Czyli po prostu kupić nowe buty. Nasze były już doszczętnie zniszczone.

 

 

Te zdjęcia wywołały ogromną falę telefonów wsparcia od rodziny, przyjaciół i znajomych XD

 

 

 

Ja chodziłem właściwie w klapkach. Po obu stronach każdego z butów miałem olbrzymie dziury. Gdyby nie czubki i pięty, które jeszcze jakoś się trzymały, podeszwy same by mi odpadły. U Marty, oprócz podobnych utrudnień, podbicia starły się prawie do zera. Pod palcami miała już przetarte na wylot podeszwy! A przecież byliśmy dopiero na początku województwa zachodniopomorskiego.

Z Kostrzyna doszliśmy w tych naszych „człapakach” do Starych Łysogórek. To malutka wioseczka położona na południu pomorza zachodniego, dosłownie na skraju Cedyńskiego Parku Narodowego.

Byliśmy z siebie zadowoleni, bo dzięki dłuuugiej leśnej drodze, nic nas nie rozpraszało i udało nam się przejść całe 40 kilometrów w jeden dzień (co prawdę mówiąc rzadko nam się udaje podczas tej wyprawy). W Starych Łysogórkach usiedliśmy pod sklepem, który jak w wielu innych wioskach pełni funkcję centrum kulturalno-rozrywkowego. Cała wioska spotyka się tam, by obgadać ważne sprawy życia codziennego.

Gdy ja kupowałem bułki na jutrzejsze śniadanie, siedzącą przed sklepem Martę zagadnął jeden z wioskowchy chłopaków.

– Wiesz, że jesteście w najlepszej wiosce na świecie? – zapytał z szelmowskim uśmiechem.

– O, a dlaczego? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Marta.

– Bo to jest moja wioska! – przekonywał zadowolony z siebie chłopak.

Wesoły blondyn miał na imię Dominik. Jego zdaniem Stare Łysogórki nie mają sobie równych wśród innych miejscowość, gdyż tu ludzie trzymają się razem. Nikt na nikogo nie donosi, a każdy stara się pomóc drugiemu.

 

 

Stare, łyse ale piękne!

 

 

Czy tak jest naprawdę? Cóż, po wymianie kilku zdań Dominik zaproponował nam nocleg w swoim ogrodzie. Chciał dać nam kolację i gorąco zapraszał na poranną kawę. Skwapliwie skorzystaliśmy z oferty noclegowej, za kolację podziękowaliśmy, gdyż byliśmy najedzeni. Z rana zaś nie chcieliśmy budzić naszego gospodarza. Wymknęliśmy się ze Starych Łysogórek cichutko, nad ranem. Ta mała wioseczka, jeśli nie jest najlepsza na świecie, to na pewno stoi bardzo wysoko w światowym rankingu gościnności. Powinniście ją kiedyś odwiedzić!

Za radą Dominika postanowiliśmy odwiedzić Osinów Dolny. Jak mówił, jest to największe na świecie nagromadzenie zakładów fryzjerskich na metr kwadratowy. My dołożyliśmy do tego własne odkrycie, czyli najdalej na zachód wysunięty punkt Polski. Do momentu jego odkrycia nie wiedzieliśmy nawet, że coś takiego się oznacza. Teraz jesteśmy czujni i poszukujemy takich miejsc. Sam Osinów okazał się jednak miastem brzydkim, w stu procentach nastawionym na niemieckiego klienta, a liczba salonów fryzjerskich jest naprawdę powalająca! Zastanawialiśmy się nawet z Martą, jakim cudem stojące dosłownie drzwi w drzwi zakłady są w stanie się utrzymać? Czyżby wszystkie wschodnie landy niemieckie przyjeżdżały strzyc się akurat do Osinowa? Ta zagadka pozostanie dla nas nierozwiązana.

Reszta dnia upłynęła nam na żmudnej drodze do pola namiotowego w malutkiej miejscowości o nazwie Piasek. Wszystkim miłośnikom przyrody serdecznie polecamy wycieczkę do tego miejsca. Jest ono dosłownie otoczone rezerwatami przyrody. Świetne miejsce na wypady rowerowe i piesze. A jeśli to Wam nie wystarczy, to w Piasku możecie podziwiać też jedną z największych kolekcji… długopisów!

 

 

Tak zarośniętego Piaska dawno nikt nie widział ;P

 

 

Następnego dnia ruszyliśmy w stronę Gryfina. Gdzieś za miejscowością Ognica, na leśnej ścieżce usypanej z piachu (najwyraźniej sprowadzanego z samej Sahary, bo wciągał nogi jak szalony!) minął nas rowerzysta. Podziw budziło już samo poruszanie się w tym miejscu na rowerze. Na nogach było trudno, a co dopiero na kółkach. Ten cwaniaczek pruł jednak jak zawodowiec. Powiedzieliśmy sobie nieśmiałe „cześć” i każdy ruszył w swoją stronę.

Kilka godzin później, gdy już dochodziliśmy pod Dębogórę, ten sam facet minął nas na drodze krajowej 31. Po chwili zatrzymał się jednak i podjechał do nas. Musiało go mocno kusić, bo kilka razy się za nami oglądał. Piotrek okazał się jednym z organizatorów Festiwalu Podróżniczego Włóczykij, który odbywa się co roku w Gryfinie. Totalnie pozytywnie zakręcony człowiek.

Po krótkiej rozmowie dostaliśmy zaproszenie na obiad do jego domu w Dębogórze. Tam z kolei poznaliśmy Martę, żonę Piotrka. Cudowni ludzie, którzy zwariowali na punkcie podróżowania. Dostaliśmy od nich jedzenie, picie, mapę okolic Szczecina oraz zaproszenie na Włóczykija. Było u nich tak fajnie, że troszkę się zasiedzieliśmy i tego dnia nie udało nam się dotrzeć do samego Gryfina. Miało to jednak duży plus. W dużym mieście o wiele trudniej jest rozbić namiot w krzakach, niż w malutkich wioskach. Noc spędziliśmy w lesie pod Krzypnicą.

 

 

Zakręcona kolacja u szalonej pary ^^

„Nikt Was nie weźmie”

Pierwszą atrakcją sześćdziesiątego piątego dnia podróży stał się Krzywy Las pod Gryfinem. Z nieznanych dla dzisiejszych przyrodników przyczyn, na początku XX wieku ktoś umyślnie uszkodził sporą część drzew w tym zagajniku tak, że ich podstawa wyginała się w literę „C”. Teorii na temat tego, po co robić takie rzeczy jest wiele. Obecnie, za najbardziej prawdopodobną uchodzi ta, mówiąca o produkcji beczek ze specjalnie do tego przygotowywanych drzew. Nie brakuje jednak szalonych twierdzeń, od nazistowskich eksperymentów naukowych, po ingerencję obcej cywilizacji. W każdym razie drzewa wygięte w literę „C” świetnie pozują do zdjęć.

 

 

Drzewa pozują świetnie a Marta jak widzicie świetną aktorkę w życiu gra 😉

 

 

Z Gryfina postanowiliśmy ruszyć w stronę Kołbaskowa. By się tam dostać nie wchodząc do Szczecina musieliśmy przejść na Niemiecką stronę granicy, przechodząc nad Parkiem Krajobrazowym Doliny Dolnej Odry. Szczerze muszę przyznać, że mieszkając przez wiele lat pod Szczecinem nie doceniałem klejnotu przyrody jaki miałem pod samym nosem.

Drugim wielkim odkryciem tego dnia, były niemieckie drogi rowerowe, ciągnące się wzdłuż Polskiej granicy. Nawierzchnia na nich jest lepsza niż na Polskich autostradach! Nie mówiąc już o polskich drogach krajowych i wojewódzkich na których często brakuje nawet asfaltu.

Mknęliśmy jak szaleni. Mnie niosła radość z bliskości domu. Szedłem ze świadomością, iż najdalej jutro zobaczę moich rodziców. Noc spędziliśmy na polach między wioskami Bobolin i Kościno. Do Polic weszliśmy lekko po godzinie 15 sześćdziesiątego szóstego dnia podróży. Radości nie było końca (tak jak jedzenia, którym opychaliśmy się jak wariaci!).

 

 

Czego może chcieć od życia taki gość jak ona?

 

 

Następnego dnia okazało się, że nasi przyjaciele – Helena i Kamil – zorganizowali dla nas zbiórkę pieniędzy! To było tak jakby gwiazdka zdarzyła się w lipcu. Problemy z butami, pękniętym namiotem i wymianą ekwipunku nagle się skończyły. Wszystkim wspaniałym duszom, które dołożyły do tego cudu choćby pół grosza bardzo dziękujemy!!!

Po trzech dniach odpoczynku w rodzinnym domu ruszyliśmy w dalszą drogę. Największym logistycznym wyzwaniem w dotarciu do Świnoujścia z Polic, okazała się przeprawa przez Zalew Szczeciński. Pierwotny plan zakładał, że dotrzemy do Nowego Warpna i tam złapiemy jakiegoś jachtostopa, bo jak się okazuje, oficjalnie nic stamtąd do Świnoujścia nie płynie. Internauci podpowiadali, by wsiąść na wodolot w Szczecinie. Ktoś radził iść na pieszo do Ueckermunde. Podobno za niewielkie pieniądze, małymi łodziami można dostać się stamtąd do Kamminke, niemieckiej wioseczki położonej sześć kilometrów od Świnoujścia.

Postanowiliśmy zaryzykować to nieszczęśliwe Nowe Warpno. Coś nas jednak tknęło i gdy przechodziliśmy przez Trzebież zaszliśmy do tamtejszego portu. Pierwszy zagadnięty przez nas „marynarz”, choć siedział w łodzi pod Polską banderą, mówił wyłącznie po niemiecku. Nie mogąc się z nim nijak dogadać poszliśmy dalej. W końcu zniechęceni niepowodzeniami stanęliśmy przy dużych rozmiarów motorówce na której kręcił się jakiś facet.

 

 

Na plaży zawsze z Jezusem

 

 

– Przepraszam, nie wie Pan może, czy ktoś nie płynie dziś do Świnoujścia? – zapytała Marta.

– Tu są właściwie sami stali rezydenci. Oni pływają tylko po okolicy. A o co chodzi? – odrzekł mężczyzna na motorówce.

– Chcieliśmy dotrzeć do Świnoujścia. Liczyliśmy, że może nam się uda złapać jakiegoś Jachtostopa. – odpowiedziała dziewczyna.

– Musicie patrzeć na oznaczenia na burtach, jeśli łódź jest ze Świnoujścia, to prawdopodobnie będzie tam wracać, ale nikt Was raczej nie zabierze. – właściciel motorówki patrzył na nas z politowaniem.

– Dlaczego? Tyle się teraz słyszy o jachtostopie. – zdziwiła się Marta.

– Ja na przykład bym Was nie wziął. Nie znam Was. Nie wiem, czy na środku wody nie dacie mi przez łeb i nie zabierzecie łodzi. A poza tym, biorąc Was na łódź biorę za Was odpowiedzialność, jak mi wyskoczycie z łodzi, pośliźniecie się, uderzycie w głowę, to ja za to prawnie odpowiadam. Jak chcecie pływać jachtostopem, to musicie się zarejestrować na takim specjalnym portalu, żeby osoba, która Was zabiera wiedziała z kim płynie.

Ileż on się nagadał! Dostaliśmy prawdziwą litanię. Poczułem się jak całkowity żółtodziób podróżowania i już miałem odchodzić gdy Marta wypaliła.

– Szkoda, bo my właśnie idziemy dookoła Polski na pieszo już od dwóch miesięcy. Liczyliśmy na to, że jakoś nam się uda dostać do Świnoujścia.

– Dookoła Polski… na pieszo? – było widać, że faceta zatkało.

– Tak, wyruszyliśmy z Ustrzyk Dolnych 20 maja. Przeszliśmy wszystkie góry na południu i całą ścianę zachodnią. – kontynuowała Marta, niewzruszona zdziwieniem faceta.

– Cholera, do Świnoujścia to sobie wybraliście strasznie złe miejsce. Ale ja płynę za jakieś pół godziny zatankować do Stepnicy, taki kierunek Wam pasuje? Tylko muszę zapytać kolegi czy nie ma nic przeciwko.

Stepnica, to nie Świnoujście. Wiedzieliśmy, że to da nam dodatkowe dwa, trzy dni marszu, ale jak to mówią, darowanemu koniu w zęby się nie zagląda. Kolega oczywiście się zgodził i po całym wywodzie o tym, że nikt nas nie weźmie na łódź, panowie grzecznie zawieźli nas do Stepnicy.

 

 

Dwa wilki morskie i nasi kierowcy

Początek „Północy”

Jeszcze tego samego dnia doszliśmy do Jaroszewka, wioski oddalonej od sławnej wyspy wikingów na Wolinie o jakieś dziesięć kilometrów. Nie trudno zgadnąć, gdzie spędziliśmy następny poranek. Centrum Słowian i Wikingów na Wolińskiej Kępie to niezwykłe miejsce. Od rana chodzą tam wikingowie ze szczoteczkami do zębów. Koło kamiennych pieców do pieczenia chleba stoją panie w średniowiecznych strojach z telefonami komórkowymi w ręce.

Nam udało się zobaczyć ten niezwykły miks czasów dawnych ze współczesnością, gdyż przybyliśmy do Centrum tuż po jego otwarciu, kilka minut po godzinie 9. Jednak klimat jest tam cudowny. Bardzo chcieliśmy zostać dłużej niż godzinę ale czas naglił i wiatr wiał w żagle podróży.

Przez przeogromny Woliński Park Narodowy dostaliśmy się do drogi prowadzącej na promy w Świnoujściu. Do wyboru są dwa. Jeden nazywa się „Warszów” i zawozi pasażerów do centrum miasta. Drugi nazywa się „Centrum” i wywozi pasażerów siedem kilometrów za miasto. My wybraliśmy oczywiście ten drugi. Nie dlatego, że zmyliła nas nazwa „Centrum”. Doskonale wiedziałem gdzie popłyniemy. Tam jednak mogliśmy liczyć na odrobinę lasu, gdzie możnaby rozbić namiot.

 

 

Zdjęcie robione tosterem, którego przed wykonaniem fotki potrąciła ogromna ciężarówka, taka duża, amerykańska

 

 

Na transgranicznej promenadzie łączącej Polskę, Niemcy i Bałtyk stanęliśmy 30 lipca. Dla nas oznaczało to tyle, że właśnie zakończyliśmy etap „Zachód”, pokonując całą zachodnią granicę kraju. Przed nami rozpościerała się wizja rozgrzanego afrykańskim upałem wybrzeża. Już w Świnoujściu ruszyliśmy plażą i trzymając się jej doszliśmy prawie do samego promu. Tym razem wybraliśmy ten w centrum miasta. Jeszcze tego samego dni wspięliśmy się na naszą pierwszą latarnię morską. To był dobry początek etapu „Północ”.

 

 

 

 

Nasza pierwsza wspólna latarnia i inne duperele

Noc w cyrku

Noc spędziliśmy w krzakach pod Międzyzdrojami. Dla nas wejście na latarnię w Świnoujściu było równoznaczne z rozpoczęciem zwiedzania wszystkich tych nadmorskich wież. Jest ich w sumie piętnaście.

Ta świnoujska robi wrażenie. Jest najwyższa ze wszystkich. Jednak to nie jej przypada tytuł latarni, której światło rozbłyska się najwyżej nad polskim wybrzeżem. Niepozorna, niziutka i ukryta w lesie latarnia Kikut, położona nieopodal Międzywodzia, jest równocześnie tą budowlą, której światło świeci najwyżej. Ten konus zawdzięcza to klifowi, który wznosi ją na 91 m.n.p.m..

z Międzyzdrojów do Kikuta postanowiliśmy iść plażą . To była prawdziwa makabra. Pierwszy raz na tej wyprawie zaledwie piętnaście kilometrów pokonywaliśmy przez siedem bardzo długich godzin! Mało tego, nam wydawało się, że idziemy bardzo szybko ale rzeczywistość zweryfikowała ten pogląd bardziej niż negatywnie. Wpadłem w panikę. Bałem się, że jeśli tak będzie wyglądała trasa przez całe wybrzeże, to zamiast dwóch tygodni, będziemy iść dwa miesiące!

 

 

Afrykańska księżniczka pod zaklętą wieżą z której właśnie wyswobodził ją piękny rycerz 😉

 

 

Z latarni morskiej Kikut – której nie mogliśmy zwiedzić, bo jak się okazało jest zamknięta dla turystów – poszliśmy leśną ścieżką prowadzącą do nadmorskiej szosy. W kolejne cztery godziny przeszliśmy dwadzieścia kilometrów. To dobitnie pokazało nam jak słabi jesteśmy w konfrontacji z piaskiem plażowym.

Dzień zakończyliśmy u naszego przyjaciela w Dziwnówku. Bartek prowadzi tam restaurację. Nakarmił nas i napoił po morderczym wysiłku, a na koniec jeszcze zorganizował nocleg. Jak tu nie kochać ludzi?

1 sierpnia długo zbieraliśmy się z Dziwnówka. Zwykle ruszamy gdzieś koło 8 rano. Tym razem wyszliśmy o 11. Postanowiliśmy dać plaży jeszcze jedną szansę. Ja byłem sceptyczny. Marta twierdziła, że to co wydarzyło się w drodze na Kikut, to wypadek przy pracy.

 

 

Jak nad morzem to wiadomo, że proste 😛

 

 

Zastosowaliśmy system mieszany i w drodze na latarnię morską w Niechorzu część trasy pokonaliśmy plażą, część szosą i część promenadą. Tym razem wynik czasowy był o wiele lepszy. Odzyskaliśmy wiarę w własne możliwość, a do tego w Niechorzu czekał na nas bonus.

Tuż przy latarni rozstawił się cyrk. Marta stwierdziła, że skoro to cyrkowcy, to powinni pozwolić nam rozłożyć namiot koło swoich. Po kilku długich chwilach, jakie spędziła na rozmowie za zamkniętymi drzwiami z dyrektorką cyrku, wyszła do mnie z uśmiechem od ucha do ucha. Spaliśmy w samym centrum Niechorza, dwa kroki od mieniącej się całą gamą kolorów latarni morskiej. Coś przecudownego!

 

 

 

 

 

 

Nie ominęły nas mistyczne mury pozostałości po kościele w Trzęsaczu, ani zachód słońca na latarni w Niechorzu^^

 

Kryjówka Gajor Lidki

Następnego dnia szybko zwinęliśmy namiot i ruszyliśmy w dalszą drogę. Jedenaście bitych kilometrów przeszliśmy plażą do Mrzeżyna. Swoją drogą, bardzo ładnego nadmorskiego miasteczka. Dystans pokonaliśmy w trzy godziny, co całkowicie zdjęło z nas klątwę morderczej podróży na Kikut. Woleliśmy jednak nie ryzykować i drugą część trasy, do latarni w Kołobrzegu, przeszliśmy drogą rowerową.

Z nieznanych przyczyn, obydwoje uważaliśmy, iż Kołobrzeg, to jedna z tych małych nadmorskich miejscowości, w których życie kwitnie jedynie w sezonie. Błąd! To ogromna metropolia (jak dla ludzi wypuszczonych z buszu oczywiście, czyli dla nas). Liczba atrakcji i rozpraszaczy zrobiła na nas piorunujące wrażenie.

Duże miasto to jednak również duży problem z noclegiem. Było tak gorąco, nawet po zmroku, że jednogłośnie podjęliśmy decyzję – śpimy na plaży. Wykopaliśmy sobie dół, by osłonić się przed wiatrem. Na dno naszej „ziemianki” położyliśmy koc NRC. Ubraliśmy się we wszystko co mieliśmy i wpełzliśmy do śpiworów. Ku naszemu zaskoczeniu noc nad polskim morzem okazała się bardzo gorąca. Dopiero nad ranem, tuż przed świtem przyszły chłodniejsze wiatry. Gdy jednak zwijaliśmy nasze obozowisko było już około 20 stopni ciepła, a przecież była dopiero 7 rano!

 

 

Jakiś robal śpi w mym łóżeczku! XD

 

 

Pożegnaliśmy Kołobrzeg i ruszyliśmy dalej wspaniałą drogą rowerową ciągnącą się wzdłuż wybrzeża. Możecie wierzyć lub nie, ale idąc nią można dotrzeć do samego Mielna, nazywanego polską Ibizą.

Zanim tam jednak doszliśmy zahaczyliśmy o malutką wioseczkę Gąski, gdzie stoi kolejna latarnia morska. U jej podnóża znajdziecie wolno pasące się kozy i kury. Co jak się okazało, było świetną atrakcją dla Marty. Ja natomiast podziwiałem widoki z wielkiej czerwonoceglastej wieży.

W Mielnie znów dopisało nam szczęście. Helena, ta sama, która zorganizowała zbiórkę pieniędzy na nasz sprzęt, przyjechała z Koszalina, by nas odwiedzić. Przy okazji zaprowadziła nas do miejsca, w którym kiedyś spała za półdarmo. Gdy dotarliśmy pod wskazany adres okazało się, że budynek o którym mówiła już nie istnieje. Donośny głos Heleny usłyszała jednak jedna z wypoczywających w znajdującej się tuż obok Willi kobiet. Okazało się, że to znajoma Heleny z dawnych lat. Dziewczyny padły sobie w ramiona i od słowa do słowa okazało się, że możemy rozbić namiot za darmo pod willą, gdyż koleżanka naszej przyjaciółki ma świetny kontakt z gospodarzem tego miejsca.

 

 

Namiot przy polskiej „willi”

 

 

To nie był koniec atrakcji. Zamiast grzecznie kłaść się spać, poszliśmy zobaczyć Mielno nocą. Jest to, powiadam Wam, zaiste prawdziwy raj dla hedonistów. Znajdziecie tam każdy rodzaj rozrywki jaki Wam się wymarzy, a porównanie Mielna z Ibizą uważam za całkiem trafne.

Sobota 4 sierpnia ewidentnie należała do Marty. Jak nigdy wstała bez żadnego „ale”. Nic w tym dziwnego, celem tego dnia było Darłowo, rodzinny dom Marty. Mimo niemiłosiernych upałów i zapadającego się pod naszymi stopami piasku na plaży, dziarsko parliśmy na wschód. Pokonaliśmy Łazy, Dąbkowice, Dąbki i Bobolin, by w końcu zobaczyć na horyzoncie wielkiego białego molocha. Obrzydliwy hotel stojący dosłownie na samym początku darłowskiego portu. Wiedzieliśmy, że już naprawdę niedaleko. Po jedenastu godzinach marszu samą plażą, grubo po 19 dotknęliśmy falochronu w Darłówku. Szybko wdrapaliśmy się na latarnię morską po wschodniej stronie portu i ruszyliśmy do Darłowa.

W domu u Marty czekali na nas jej rodzice i nasza kochana Lidka. Fretka, która na czas naszej podróży zamieszkała w Darłowie. Radości znów nie było końca, tak jak i jedzeniu, które w wolnych dniach pochłaniamy jak nieprzytomni.

 

 

 

 

Darłowo w końcu Darłowo i Lidziunia <3

 

High way to Hel

Po kolejnych czterech dniach obijania się w Darłowie, w końcu nabraliśmy sił i motywacji by ruszyć w dalszą trasę. Do Jarosławca dotarliśmy plażą. Tam szybko zdobyliśmy kolejną latarnię morską. Niestety, jest obecnie w remoncie, więc trudno stwierdzić jak się prezentuje.

Za Jarosławcem pojawił się mały problem. Dalej nie można iść plażą. Cały nadmorski teren przy jeziorze Wicko należy do wojska a oni nie pozwalają wchodzić na plażę żadnemu cywilowi. Dzięki chłopakom w mundurach droga do Ustki zajęła nam dwa dni. Musieliśmy się snuć zasmrodzoną szosą przy trzydziestostopniowym upale.

Były też plusy. W noc poprzedzającą dotarcie do Ustki, o 2 w nocy obudziły nas błyski. To była pierwsza w moim życiu burza bez dźwięku. Nie wiem co testowali w Wicku żołnierze, ale z daleka wyglądało to pięknie.

Do Ustki byliśmy zmuszeni dojść asfaltem. Droga upłynęła nam szybko. Nie chcieliśmy długo zostawać w tym głośnym i typowym nadmorskim miasteczku. Po zdobyciu latarni morskiej ruszyliśmy dalej by dzień zakończyć w Orzechowie. To cudowne, ciche miejsce posiada najpiękniejsze plaże jakie w życiu widziałem. Zamiast wydm znajdziecie tam klify, a na nich cudowne lasy niczym z dziecięcych bajek.

 

 

 

Orzechowo *_____*

 

 

Po Orzechowie plażą próbowaliśmy się dostać do Czołpina. Udało się, ale pod drzwiami latarni morskiej zjawiliśmy się  dokładnie 15 minut po jej zamknięciu. Cholernie nas to zabolało, bo wiedzieliśmy, że nie będziemy mieli szansy wejść na jej szczyt. Było już późno, szybko znaleźliśmy miejsce do spania, by następnego dnia ruszyć w stronę Łeby.

Dni zaczynają się zlewać, gdy ciągle idzie się plażą. Na szczęście są latarnie morskie, które odrywają od marszowej rutyny. Minęliśmy Łebę bez większego zachwytu, choć trzeba przyznać, że mają naprawdę ładne plaże. Po nocy spędzonej blisko jeziora Sarbsko pokonaliśmy Rezerwat Przyrody Mierzeja Sarbaka i udało nam się zdobyć latarnię morską Stilo.

Byliśmy przekonani, że o 9 rano, tuż po jej otwarciu będziemy tam tylko my. Był to oczywiście nasz błąd. Okazało się, że rano latarnie morskie przyciągają przede wszystkim kolonistów. My nie lubimy hałasu, gównianej muzyki puszczanej z pierdzących telefonów i wszechogarniającego krzyku, więc bardzo szybko zmyliśmy się stamtąd.

 

 

Stilo i przyjaciel poznany pod wieżą

 

 

Przygodę tego dnia zakończyliśmy w Dębkach, które podobnie jak latarnia morska Stilo, pełne są rozwrzeszczanych dzieciaków. Nie wspominamy tego miasteczka pozytywnie. Zresztą, im bliżej Helu, tym było gorzej. Zatłoczone ulice małych miasteczek stawały się jeszcze bardziej ciasne, a dzieciaki jeszcze bardziej hałaśliwe.

Podziwiałem dostawców, którzy lawirowali swoimi ciężarówkami między turystami snującymi się beztrosko środkiem jezdni w takiej na przykład Jastrzębiej Górze. Jest to kolejne miasteczko, które całkowicie odstraszało nas swoim wakacyjnym przeludnieniem. Można tam natomiast znaleźć „Gwiazdę Północy”, czyli najdalej na północ wysunięty punkt Polski. Nam, zdobywcom najdalej wysuniętego na zachód miejsca, ta gwiazda bardzo się spodobała.

 

 

 

 

Gwiazdy północy

 

 

Natomiast nie spodobała nam się nagła burza, która złapała nas po wyjściu z latarni morskiej Rozewie. Bydle było tak namolne i uderzało w nas tak wielkimi kroplami deszczu, że nawet mimo naszych wodoodpornych zabezpieczeń zmokliśmy jak psy. Całe szczęście w dalszej drodze aż do wejścia na półwysep helski towarzyszyło nam słoneczko, które wysuszyło nam spodnie i buty.

Noc spędziliśmy pod Chałupami. Następnego dnia nie mogliśmy się powstrzymać, by nie zajść na plażę nudystów, o której kiedyś tak pięknie śpiewał Zbigniew Wodecki. Nadzy jak nas Pan Bóg stworzył wbiegliśmy rano do morza.

Po kąpieli włączyliśmy tryb terminatora i bardzo żwawo pomknęliśmy w kierunku Helu. Zahaczyliśmy jeszcze o Jastarnię, by zdobyć kolejną latarnię morską. Niestety, podobnie jak z wieżą Kikut, tej w Jastarni również nie wolno zwiedzać turystom. Na pocieszenie została nam ta na samym koniuszku półwyspu. Piękna, dostojna wieża. Świetnie prezentowała się w popołudniowym świetle.

Szalony rajd po półwyspie helskim zakończyliśmy nocnym rejsem katamaranem z Helu do Gdańska. Tu, u przyjaciół Marty – Jarka i Beaty – odpoczywamy zbierając siły na kolejną część podróży.

 

 

 

 

 

 

 

Ale jazda!

 

Udostępnij...Share on Facebook