Zwardoń – Pokrzywna pod Biskupią Kopą (211 km)

Zwardoń – Pokrzywna pod Biskupią Kopą (211 km)

Już od miesiąca wędrujemy południową granicą Polski. Dawno za nami są Bieszczady, Beskid Niski, Sądecki, Pieniny, Tatry, Beskid Żywiecki, Śląski i Wysoki. Mamy w nogach ponad osiemset kilometrów. Ciągle jednak nie mamy dość. Wciąż pędzimy z wiatrem pełnym przygód!

Zerwany most ze Słowakami

Gdy tydzień temu wychodziliśmy ze Zwardonia nasz ekwipunek był jeszcze wilgotny od szalonego czterodniowego deszczu, który od Korbielowa utrudniał nam podróż. Robiliśmy dosłownie wszystko w wolny od marszu dzień, by nasze buty zdążyły wyschnąć. Odstawialiśmy nawet dzikie tańce dla boga słońca. Nic to nie dało, nad ranem idąc niebieskim szlakiem w kierunku lasu Hasztuba, nasze „chodaki” wciąż nieprzyjemnie skrzypiały od wilgoci.

Szczęście w nieszczęściu było takie, że pogoda dwudziestego ósmego dnia podróży była bardzo dobra. O szóstej rano mieliśmy jakieś dwadzieścia stopni. Dla nas stało się jasne, iż to niechybnie zwiastuje burzę. Z deszczem zresztą byliśmy już mocno zaprzyjaźnieni. Właściwie poza Babią Górą i kilkoma otaczającymi ją szczytami nie widzieliśmy nic z Beskidów Żywieckiego i Wysokiego. Gdy po nich szliśmy cały czas lało a mgła nie odstępowała nas na krok.

Z podejrzliwością podchodziliśmy do każdej ciemniejszej chmurki na niebie. Nasze amatorskie prognozy nie znajdowały odzwierciedlenia w sytuacji. Bezproblemowo pokonaliśmy las Hasztuba, który okazał się królestwem wielkich mrowisk i iglastych drzew. Na szczęście dla nas mrówy w ogóle się nami nie interesowały. Bez większych problemów doszliśmy do trójstyku granic. Jak się okazało most, który łączył granicę słowacką z Czechami i Polską zawalił się niedawno (czyżby zła wróżba na przyszłość?).

 

 

most przyjaźni zerwany?

 

 

Brak mostu to dla wytrawnego turysty żaden problem. Szybko zbiegłem do wąwozu, by po chwili wspiąć się na Słowacką stronę. Nasz kraj z ich perspektywy wygląda o wiele lepiej, spokojniej i milej. Wiadomo, trawa zawsze bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma 😉 Ale po co w ogóle pchałem się do Słowaków? Otóż, każdy z trzech krajów ma swój graniczny kamień. O ile łatwo było sfotografować polski i czeski, to dla słowackiego musiałem się poświęcić. Marta to olała i została z Polakami. W sumie słusznie, bo wszystkie trzy kamienie wyglądają tak samo. Chłopcy, oto lekcja na całe życie „kobieta zawsze wie lepiej”.

Droga na Wielki Stożek upłynęła nam bezproblemowo. Byliśmy w głębokim szoku, gdy od szczytu Kiczory (989 m.n.p.m)  zaczęli mijać nas turyści z pełnym ekwipunkiem. Kijki trekkingowe, czekany, brakowało tylko lin do asekuracji i raków. Na co drugim zakręcie ktoś umierał ze zmęczenia, a przecież w porównaniu z Tatrami otaczały nas jakieś pagórki! Sam Stożek, podobnie jak schronisko na jego zboczu, trochę nas rozczarował. Marta utrzymuje jednak, że ten pagórek próbował ją zabić. Chodzi o to, że schodząc z Wielkiego Stożka moja sierotka potknęła się o kamień i zjechała na dupce jakieś pół metra. Więcej w tym wszystkim było strachu niż prawdziwego zagrożenia, ale przynajmniej zrozumieliśmy po co ci wszyscy ludzie noszą czekany 😉

Ostatecznie zamiast zatrzymać się w schronisku pod Wielkim Stożkiem, dzień zakończyliśmy w schronisku „Soszów”. Jakże odmienne są od siebie te dwa miejsca. W tym pierwszym wszystko nastawione jest na wyciskanie pieniędzy z turysty. Z klimatu górskiej noclegowni na Stożku zostały tylko drewniane stoły i krzesła w bufecie. Soszów, to zupełnie inna bajka. Już w przedsionku witają Cię dźwięki Starego Dobrego Małżeństwa. Młoda ekipa dba o gości jak może, a w czasie wolnym śpiewają Kinga T.love’u na zapleczu. Czuliśmy się tam jak w domu i aż żal było się z tym miejscem rozstawać następnego dnia.

 

 

Tu czuć ducha gór!

Trzej bracia i potwory

Nasze kolana hucznie świętowały zejście z gór do Cieszyna. Dwudziesty dziewiąty dzień wędrówki oznaczał dla nas szybkie wejście na Wielką Czantorie, na jej szczycie stanęliśmy o siódmej trzydzieści, i bardzo powolne schodzenie na niziny. Ku naszemu zaskoczeniu deszcz ciągle nie spadł, choć kolejny już poranek był bardzo ciepły i parny. Szybko i bez większych przeszkód dotarliśmy do Cieszyna a tam… wielka feta!

Jeszcze nie zdążyliśmy wejść na rynek a już z daleka słychać było muzykę. Na rynku prawdziwe szaleństwo, mnóstwo straganów i ludzi. Konferansjer ze sceny ogłosił, że z okazji święta „Trzech Braci” za chwilę wystąpi cieszyńska orkiestra dęta. My przeszukiwaliśmy nasze twarde dyski w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: o jakich trzech braci może tutaj chodzić?

Dopiero w punkcie informacji miejskiej poznaliśmy odpowiedź na dręczące nas pytanie. Otóż, według miejskiej legendy trzej bracia Leszko, Bolko i Cieszko po długiej wędrówce spotkali się przy źródełku i postanowili tu właśnie założyć gród Cieszyn. Miało to nastąpić w 810 roku. Bracia nie byli byle kim. Podobno byli to synowie czeskiego księcia Lecha, pokonanego przez Cesarza Karola Wielkiego w swojej rodowej twierdzy w 805 roku.

 

 

 

 

Historycy średnio wierzą w tę wersję historii. Nie przeszkadza to jednak czesko-polskiej społeczności w urządzaniu międzynarodowego święta z dwoma scenami po dwóch stronach Olzy. Przez chwile daliśmy się wciągnąć w wir zabawy i chcieliśmy nawet zostać na wieczorny występ Lady Pank. Niestety, recepcjonistka w schronisku młodzieżowym zgładziła nasze marzenia twierdząc, iż nie ma w tym mieście ani jednego wolnego miejsca do spania podczas święta „Trzech Braci”. Cóż było robić, po dopiciu kufla kofoli (czyli takiej czechosłowackiej Coca-coli), ruszyliśmy w kierunku Kaczyc, gdzie według planu powinniśmy nocować.

W taki ciepły dzień aż żal było nie wykorzystać namiotu. Znaleźliśmy kawałek lasu. Weszliśmy do niego, by rozłożyć nasz poliestrowy dom. Zanim jednak zdążyliśmy ściągnąć plecaki, ba, zanim zdążyliśmy wejść głębiej w las, nasze oczy, uszy, nosy i wszystko inne zaczęły atakować napastliwe muszki. Nie dość, że były trudne do schwytania, to jeszcze bardzo trudno było je rozgnieść. Napór tego robactwa wygnał nas z zagajnika. Szybko ogarnowszy mapę znalazłem kolejny lasek, tym razem za Kaczycami. Wypsikaliśmy się środkiem owadobójczym i modliliśmy się, by „bazyliszki” nie grasowały w tym drugim lesie.

O matko! W tym drugim, to dopiero było zatrzęsienie! Szybko przebiegliśmy przez malutki lasek. Zmęczeni marszem i walką z miniaturowymi potworkami rozłożyliśmy się na skraju czyjegoś pola pomstując na wciskające się wszędzie robale. W namiocie długo jeszcze iskaliśmy się wzajemnie wyciągając to cholerstwo z najróżniejszych miejsc. Marta rozpoznała w tych dziwnych insektach Strzyżaka Jeleniego, nazywanego również latającym kleszczem. Te obmierzłe potwory atakują głównie sarny. Po wylądowaniu na ofierze zrzucają skrzydełka i wbijają się w skórę. To prawdziwy cud, że żaden nas nie ugryzł!

Dzień miłosierdzia

Chyba jeszcze nigdy i znikąd nie uciekliśmy tak szybko i wcześnie jak z pola za Kaczycami. Strzyżyki bez względu na wczesną porę nadal nas atakowały, choć na skraj pola zapuszczały się tylko najodważniejsze. Nie wiem skąd biorą się te piekielne stworzenia ale nie chcę mieć z nimi już nigdy do czynienia!

Tymczasem nasze kolana otwierały szampana ze szczęścia, gdyż trasa z Kaczyc do pola namiotowego w Olzie przebiegała przez płaskie asfaltowe drogi. Trochę już zapomnieliśmy jak to jest, gdy nie trzeba się ciągle wspinać. Przypomnieliśmy sobie za to, jak nieprzyjemnie jest iść w upale asfaltem, przy nieustającym akompaniamencie pędzących w obie strony tirów. Góry nie wiadomo jak trudne, są sto razy lepsze od każdej, choćby najbardziej wygładzonej drogi!

 

 

Asfalt jest be ;/

 

 

Trasa minęła nam bez żadnych większych atrakcji. Wieś Olza podobnie jak Zwardoń swoje lata świetności ma za sobą. Stan pola namiotowego wskazywał na to, iż jeszcze kilka lat temu przyjeżdżały tu tłumy. Co się więc stało, że czas nagle stanął w miejscu?

Pozostawiliśmy tę zagadkę bez odpowiedzi i następnego poranka ruszyliśmy dalej. Kolejny dzień asfaltu i suszy. Odkąd opuściliśmy Zwardoń nie spadła ani jedna kropla deszczu. Obudził się we mnie lokalny patriota, gdy wychodząc z Olzy minęliśmy Odrę. Świadomość, że rzeka, która płynie przez moje rodzinne miasto ma swoje polskie początki gdzieś na drugim końcu kraju wzruszyła mnie. Żartowaliśmy nawet, że można by wziąć kajaki i już za kilka dni być w domu u moich rodziców w Policach.

Pierwszą przerwę tego dnia zrobiliśmy na stacji benzynowej gdzieś za Krzyżanowicami. Usiedliśmy w jedynym zacienionym zaułku między dwoma blaszanymi ścianami. Marta zrobiła się tam bardzo śpiąca, potem głowa sama zaczęła jej opadać, nawet gdy coś mówiła. Wtedy zorientowałem się co jest grane. Blachy blokowały wiatr a Marta wcale nie była śpiąca tylko mdlała z gorąca! Szybko się stamtąd ewakuowaliśmy. Kto by przypuszczał, iż słońce będzie nam zagrażać bardziej niż deszcz? W każdym razie Grywińska już po pierwszych podmuchach wiatru całkowicie oprzytomniała.

 

 

Opolskie? Lubię to!

 

Wszystko przypominało poprzedni dzień. Znów asfalt, znów tiry, znów ukrop. Jedyną rozrywką tego dnia był mecz polskiej reprezentacji z Senegalem, który udało nam się obejrzeć w Kietrzu. Wszyscy jednak wiemy, że nie było tam na co patrzeć. Po przegranej Polaków powlekliśmy się do lasku za Kietrzem licząc na to, iż w województwie Opolskim nie ma strzyżaków.

Faktycznie, robactwa nie było. Pół nocy za to skradał się do nas lis, który kompletnie nie potrafił zrozumieć co to za granatowo czerwona kapsuła wyrosła na jego terytorium. Przy okazji podczas lisiego oblężenia obliczyliśmy, iż minęło trzydzieści dni od wyruszenia w podróż dookoła Polski, a my mamy na liczniku siedemset czterdzieści pięć pokonanych kilometrów.

Z taką świadomością o wiele łatwiej było walczyć z kolejnym dniem. A trzydziesty pierwszy dzionek zapowiadał się dokładnie tak samo jak kilka poprzednich. Znów było parno, znów szliśmy asfaltem i znów mijały nas setki pędzących nie wiadomo dokąd tirów.

 

 

Małgosia skradła nam serca <3

 

 

Ze wsi Kozłówki pod Kietrzem zawędrowaliśmy do Włodzienina. Tam Marta postanowiła zapytać w lokalnym sklepie, czy nie dostalibyśmy trochę wrzątku, żeby zaparzyć kawę. Tak poznaliśmy Małgosię, najcudowniejszą kobietę na świecie! Nie dość, że dała nam upragnioną wrzącą wodę do kawy, to z miejsca zainteresowała się gdzie idziemy. Opowiedzieliśmy jej o naszym projekcie, a ta zwariowała! Poczęstowała nas lodami, wysłuchała naszych historii i tak ubezpieczyła w prowiant na drogę, że mieliśmy wrażenie jakbyśmy wychodzili od mamy. Na pożegnanie jeszcze zaproponowała nam nocleg i co ważniejsze prysznic, ale nam trzeba było ruszać w drogę więc musieliśmy niestety podziękować.

Do Głubczyc dotarliśmy bez najmniejszych problemów rozprawiając o tym, jak nie wiele trzeba, by człowiek okazał serce człowiekowi. Po dłuuugiej przerwie w tym bardzo pięknym mieście ruszyliśmy na Racławice Śląskie. Upał dawał nam popalić i gdy usiedliśmy na ławeczce sklepowej w Klisinie, byliśmy całkowicie wykończeni.

Nagle na ławeczce zjawił się jakiś miejscowy chłopak z piwkiem. Grzecznie zapytał kim jesteśmy i skąd idziemy. Jeszcze nie zdążyliśmy dokończyć naszej historii a wokół nas już roiło się od mieszkańców Klisina. Ktoś zaproponował nocleg, ktoś jedzenie. Na stole pojawiła się góra batonów i napojów energetycznych. Chłopaki dosłownie nie chciały nas wypuścić.

 

 

Klisino, jedyna taka wieś na świecie!

 

 

Po chwili szliśmy już z Krzyśkiem i Ulą do ich mieszkania, gdzie pozwolili nam się wykąpać i nas nakarmili. Początkowo mieliśmy nocować w namiocie w sadzie chłopaka nazywanego przez innych Łajzą, ale w trakcie kolacji Krzysiek stwierdził, że goście muszą spać w domu, więc nocujemy u niego w salonie. Jeszcze nie zjedliśmy ostatniej kanapki a Ula, Krzysiek i Łajza już ciągnęli nas nad specjalne miejsce nad rzeką, które kiedyś sobie przygotowali. Tam szybko zjawił się Maciek, chłopak który zaczepił nas pod sklepem, z resztą klisińskiej bandy. Gdy zaszło słońce pojechaliśmy do stodoły jednego z chłopaków, gdzie impreza na naszą cześć trwała dalej.

Wszyscy chcieli byśmy zostali na dłużej. Czuliśmy się jak gwiazdy, a skromność nie pozwalała nam przyjmować darów, które spływały od mieszkańców tej cudownej wioski. Nawet gdy wstaliśmy następnego dnia by ruszyć w trasę, Krzysiek przekonywał nas byśmy zostali chociaż jeden dzień dłużej.

Tyle dobroci spotkało nas jednego dnia! Najpierw Małgosia potem Klisino. Nie mamy pojęcia czym zasłużyliśmy na tyle dobroci? Wołodzienin i Klisino na zawsze pozostaną w naszych sercach. Tak wyglądał prawdziwy dzień miłosierdzia!

 

 

<3

Upał

Tak dobrnęliśmy do ostatniego dnia tego tygodnia podróży. I znów asfalt, i znów tiry. Plany były ambitne, mieliśmy zdobyć Biskupią Kopę i odpocząć w schronisku pod nią. Szybko okazało się, że nie damy rady. Już w drodze do Prudnika temperatura wzrosła powyżej trzydziestu stopni. Marsz w takich warunkach z ogromnym obciążeniem, pozbawioną cienia drogą jest koszmarem.

Siedząc na prudnickim rynku i objadając się konfiturą domowej roboty od Krzyśka i Uli zmodyfikowaliśmy nasz plan. Zamiast atakować szczyt postanowiliśmy udać się wzdłuż Złotego Potoku z Prudnika do Pokrzywnej. Nie macie nawet pojęcia jak piekielny żar lał się na nas z nieba. Co trzy kilometry musieliśmy robić przerwy. Dosłownie na ostatnich nogach doczłapaliśmy się do Campingu „Złoty Potok” w Pokrzywnej.

Przez chwile myśleliśmy, że to fatamorgana. Baseny, prysznice i bar. Rajski camping po piekielnej drodze. Szybko rozstawiliśmy namiot i czym prędzej pobiegliśmy do basenu. I co? Gdy tylko znaleźliśmy się w wodzie, po sześciu dniach nieustającej suszy, nad naszymi głowami wybuchła burza!  „To się nazywa złośliwość rzeczy martwych” pomyślałem.

 

 

Wisienka na torcie

 

 

Dziś jednak po burzy nie ma ani śladu. Siedzę na drewnianej ławeczce a w basenie beztrosko pluskają się dzieciaki. Powoli musimy zacząć się pakować. Jutro znów ruszamy w trasę. Żyjemy nadzieją, że spotkamy więcej takich ludzi jak Małgosia i ludzie z Klisina. Trzymajcie za nas kciuki idziemy zdobywać Polskę!

Udostępnij...Share on Facebook