Schronisko Ornak – Zwardoń (154 km)

Schronisko Ornak – Zwardoń (154 km)

Gdy otworzyłem oczy było jeszcze ciemno. W panice zerwałem się z łóżka, by wyłączyć alarm nastawiony w komórce na trzecią pięćdziesiąt. Uff, na szczęście nikt, łącznie z Martą się nie obudził. Nad ranem w ośmioosobowym pokoju słychać było jedynie skrzypienie starych, wysłużonych, piętrowych łóżek…

Iść, czy nie iść?

W ciemności wymacałem latarkę. Wbrew wszelkim poradom specjalistów i zdrowemu rozsądkowi, trzymam ją w górnej kieszeni klapy mojego plecaka. Szybko wyniosłem nasze rzeczy na korytarz I piętra, by nie zakłócać snu innych gości schroniska. Teraz czekało mnie zadanie najtrudniejsze – obudzenie Marty.

Musicie wiedzieć, że wczesne wstawanie jest jej największym wrogiem. Do perfekcji opanowała mechanizmy obronne. Może, dla przykładu, otworzyć oczy, trzeźwo i wyraźnie stwierdzić „już nie śpię” po czym, gdy tylko się odwrócicie, zaśnie głębiej niż przed całą akcją. Zdziwiło mnie więc, iż tego dnia wystarczyło lekkie szturchnięcie i Marta była  gotowa do akcji. Mało tego, jak rzadko kiedy zebraliśmy się błyskawicznie i już o czwartej pięćdziesiąt byliśmy gotowi do drogi.

Wyszedłem z kuchni turystycznej, znajdującej się w podziemiach schroniska, by zabrać swojego powerbanka z jadalni na parterze (jedynego miejsca w Ornaku, gdzie są gniazdka elektryczne). Katastrofa! Szklane drzwi od jadalni zamknięte na cztery spusty. Załamany zszedłem na dół, by poinformować Martę, iż wstała tak wcześnie na próżno.

W mojej głowie mijały setki godzin, a kolejni turyści mijający nas w korytarzu prowadzącym do wyjścia nie przynosili dobrych wieści. Jedni twierdzili, że kuchnia otwiera się dopiero o ósmej. Inni najwyraźniej widząc nasze załamane twarze pocieszali, że może ktoś się zjawi o siódmej trzydzieści. Wybawienie przyszło jednak dużo wcześniej. „Już” o szóstej trzydzieści, ktoś z obsługi schroniska odblokował wejście. Zerwałem się na równe nogi i czym prędzej popędziłem po małe białe urządzonko, dzięki któremu możecie na bieżąco śledzić naszą wyprawę.

 

 

Droga na szczyt góry Ornak

 

Pierwszą podbitą przez nas górką dwudziestego pierwszego dnia wyprawy był Ornak. Cholernie ciężkie podejście przez Iwaniacką Przełęcz. Setki kamiennych schodów wyrywały z nas ostatnie krople potu. Była dopiero siódma rano a temperatura powietrza sięgała dwudziestu stopni! Tam było jak w najgorętszej saunie świata! Można było niemal dostrzec te parę wodną, którą rośliny oddawały na kilkugodzinne przechowanie chmurom.

Na szczycie jednak z pomocą przyszedł chłodny wiatr. To była miła odmiana. Choć doszło w naszym dwuosobowym zespole do kolejnego fatalnego odkrycia. Tak mocno zachłysnęliśmy się wczorajszym dniem wolnym, że nikt nie zrobił żadnych zakupów żywieniowych. Zostaliśmy więc z garścią orzechów włoskich, odrobiną wiórków kokosowych i połową paczki jagód goji od poznanego dwa dni wcześniej Konrada.

Brak jedzenia był fatalną wiadomością. Mieliśmy wielkie plany. Z Ornaku chcieliśmy dostać się na Starorobociański Wierch, następnie przez Wołowiec, Rakoń i Grzesia podbić schronisko na polanie Chochołowskiej. Jak na złość, gdy tylko zaczęliśmy się wspinać na Starorobociański u jego szczytu zaparkowała ciemna chmura. Caaałe Tatry Zachodnie czyste i słoneczne a góra, na którą akurat wchodziliśmy musiała założyć pochmurny tupecik!

 

 

Starorobociański w tle

 

 

Zdobycie tego wierzchołka nie przyszło nam łatwo. Marta źle czuła się już od wyjścia ze schroniska. Mroźne wiatry i nagły spadek temperatury na szczycie wcale jej nie pomogły. Gdy stanęliśmy na Kończystym Wierchu morale zespołu były bliskie zera absolutnego. Nic nam dziś nie szło. Temperatura na Kończystym znów przypomniała o toprowskim ostrzeżeniu burzowym. Gorąc i parność towarzyszyły nam w pożeraniu ostatnich orzechów.

Iść na Wołowiec, czy nie iść, oto jest pytanie? Zdrowy rozsądek wygrał z młodzieńczą wiarą we własną nieśmiertelność. Postanowiliśmy zmienić trasę. Z Kończystego poszliśmy przez Trzydniowiański aż do polany Trzydniówka. Stamtąd razem z tłumem turystów powlekliśmy się do schroniska na Chochołowskiej.

Tańczący z burzami

Gdy tylko weszliśmy do schroniska chmury spłaciły swój wodny kredyt roślinom. Ściana deszczu była tak wielka, że z okien schroniska nie było widać nawet kamiennego mostku stojącego przed wejściem. Pogratulowaliśmy sobie dobrej decyzji i po szybkim prysznicu zeszliśmy do jadalni na szarlotkę po chochołowsku. Jest to wspaniałe gorące ciasto z jabłkami polane śmietaną i kwaskowatym sokiem z kawałkami jagód. Pycha!

Do wieczora burza nie dawała za wygraną. Wtedy też powrócili turyści, których spotkaliśmy na Starorobociańskim Wierchu rano. Pewni siebie ruszyli wtedy na Wołowiec. Uwierzcie mi, nie było takiej części ich garderoby, czy też ekwipunku, która nie byłaby mokra. Czasami warto odpuścić, zwłaszcza dla tak pysznej szarlotki!

 

 

Pożegnanie Tatr

 

 

Kolejny dzień przyniósł nam więcej szczęścia. Tak nam się przynajmniej wydawało, gdy wychodziliśmy ze schroniska na Chochołowskiej. Po pierwsze, żadne z nas nie zostawiło nic w zamkniętej jadalni. Po drugie, Marta zadbała o prowiant na drogę. Po trzecie, liczyliśmy na to, że wszystkie burze wypadały się już wczoraj.

Żal było żegnać się z Tatrami. Oboje odczuliśmy jednak ulgę na myśl o tym, iż dziś nie musimy się już nigdzie wspinać. Piękne widoki rekompensują wysiłek lecz nasze kolana były bliskie ogłoszenia strajku generalnego.

Z parkingu pod Chochołowską ruszyliśmy przez Witów do Chochołowa. Pełno po drodze było krów, owiec, koni a na co drugiej bacówce wisiały szyldy proponujące oscypki z pierwszej ręki. W końcu Marta nie wytrzymała i zakupiła nam na drogę pięć takich góralskich specjałów. Gdy tylko usiedliśmy na przerwie spałaszowaliśmy je w tempie błyskawicy.

Oscypki nigdy mi nie smakowały ale Marta mówi, że to przez to, iż próbowałem ich tylko w domu. Czyli były kupione w supermarkecie, nie od górala i w gruncie rzeczy właściwie nie były oscypkami. Może to i prawda, bo ten górski smakował zupełnie inaczej od tych supermarketowych.

Tymczasem nam udało się dotrzeć pod Chyżne. Do celu na dwudziesty drugi dzień wyprawy, czyli Jabłonki brakowało nam tylko sześciu kilometrów, gdy za plecami usłyszeliśmy grzmoty. Odwróciliśmy się a tam dokładnie nad Tatrami stała ogromna czarna chmura. Z daleka było widać ogromne błyskawice a wiatr niósł te „urocze” widowisko w naszą stronę. Niedługo później otrzymałem sms od ojca „Zachodnia ściana Polski to jedna wielka burza”.

 

 

Koniec lwiej ziemi 😉

 

 

Okazało się, że z jednej strony goni nas burza tatrzańska a z drugiej, zachodniej, burza ze Słowacji! Popędziliśmy więc do Jabłonki, wsi w której zaplanowaliśmy nocleg. Czując pierwsze krople deszczu skryliśmy się w lokalnej restauracji. Burze, jakby czując, iż mamy schronienie nagle się uspokoiły. Po dwóch godzinach bezsensownego okupowania restauracji postanowiliśmy w końcu iść do lasku, w którym mieliśmy rozbić namiot.

Dopiero, gdy wczłapaliśmy się na górkę za Jabłonką naszym oczom ukazał się prawdziwy obraz sytuacji. Burza nadchodząca z Tatr była dosłownie o kilka kilometrów od wsi, natomiast z zachodu już leciała kolejna. Szybko znaleźliśmy miejsce dla naszego przenośnego domu, wrzuciliśmy tam rzeczy i uszykowaliśmy się do snu. Byliśmy bardzo ciekawi fuzji dwóch burz ale… nic się nie działo. Niebo jakby wiedząc, że jesteśmy bezpieczni kolejny raz odwołało akcje.

Magiczna góra

O Babiej Górze naczytałem się wiele. Nic pozytywnego. Podobno na jej szczycie można się zgubić nawet latem przez nagłą zmianę pogody. Zimą ponoć jest tam bardzo niebezpiecznie i w ogóle, jest to pożeraczka dusz ludzkich, a szczególnie turystycznych. Podeszliśmy do tych rewelacji z dużym dystansem. Wszakże, nie miała ta góra do czynienia z byle kim. Beskid Żywiecki, to dla nas już szóste pasmo górskie na tej wyprawie. A przecież zdobyliśmy Rysy, na których wypadki to norma a nie ewenement.

 

 

Dobry nastrój tylko gdy jest szlak ;(

 

 

W dobrych nastrojach tkwiliśmy aż do momentu, gdy okazało się, że uciekł nam szlak. Nie pomagał gps ani aplikacja z wgranymi szlakami. Błądziliśmy wśród wysokich, mokrych traw aż w końcu udało nam się dostać do Kicina. „Przeklęta góra” pomyślałem.

Górale żywieccy okazali się najmilszymi z poznanych dotychczas. Każdy z mijanych rankiem panów chciał wiedzieć czy idziemy na „ich górę”. Gdy mijając kolejnego zagadywacza Marta zapytała czy będzie burza? Ten się zamyślił i odrzekł:

– Albo bedzie burza, albo nie bedzie. Zobacymy!

Rozśmieszył nas tą trafną prognozą do łez. Babia nie stawiała nam już wielkiego oporu, choć niezawodna jak dotąd aplikacja ze szlakami zaczęła dziwnie wariować. Nie lubi ta góra gadżetów, oj nie lubi. Jej szczyt to prawdziwe wietrzne tsunami. Trzeba włożyć wiele wysiłku w to, by tam ustać. Na szczęście zbudowano wiatrochron z kamieni. To dzięki niemu można pobyć na szczycie dłużej niż 5 sekund i nie umrzeć z zimna.

 

 

Z Babiej perspektywy

 

 

Widoki z Babiej Góry są wspaniałe! Z pułapu chmur można obserwować Tatry i wszystkie doliny, które do nich prowadzą. Pora nam była już ruszać. Z najwyższego szczytu Beskidu Żywieckiego musieliśmy dotrzeć do Bazy Namiotowej pod Jaworzyną. To mało znana, rozkręcająca się dopiero miejscówka, znajdująca się za dobrze wszystkim znaną Bazą Namiotową Głuchaczki.

Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że baza jest częściowo zdewastowana. Właściciel pozwolił nam zanocować za darmo w jedynym zadaszonym pomieszczeniu, którego wandalom nie udało się zniszczyć. Darmowy nocleg to zawsze dobra wiadomość. Szkoda jednak, że znalazło się kilku głupków, którym chciało się wspinać na 1000 m.n.p.m tylko po to, by zniszczyć owoc czyjejś ciężkiej pracy. W tym przypadku bulwersuje to tym bardziej, że przecież taka baza może uratować komuś życie!

 

 

Gdzie jest Marta?

 

 

Następnego ranka Babia nie pozwoliła o sobie zapomnieć. Gdy tylko mieliśmy wychodzić z Jaworzyny zaczęło lać. Pioruny błyskały nad naszymi głowami jak fajerwerki w sylwestra. Wzięliśmy więc kilka bezładnie leżących na ziemi plandek i otuliliśmy nimi zadaszony kącik. Od razu zrobiło się ciepło i przytulnie. Wyciągnęliśmy dawno spakowane śpiwory i przespaliśmy burze.

Po dwóch godzinach wyśmienitej drzemki ruszyliśmy w drogę. Zaledwie kilka kilometrów dalej w Korbielowie deszcz znów uderzył. Lało tak mocno, że jezdniami zaczęła dosłownie spływać ziemia z kawałkami trawy! Deszcz padał i padał, i padał. Mieliśmy już tego dość, podobnie zresztą jak studzienki kanalizacyjne, które wypluwały nadmiar wody.

Po kilku godzinach stania pod wiatą założyliśmy na siebie wszystkie przeciwdeszczowe rzeczy jakie tylko udało nam się znaleźć w plecakach i ruszyliśmy. Już po pięciu minutach byliśmy przemoczeni. Liczyliśmy, że w schronisku na Hali Miziowej uda nam się coś podsuszyć. Na razie jednak oprócz lejącego się deszczu zeszła na nas mgła. Kompletnie zgubiliśmy zielony szlak. Postanowiliśmy iść wzdłuż wyciągu narciarskiego, który według mapy powinien połączyć się z tym szlakiem.

 

 

Mgła jak u Kinga 😉

 

 

Udało się! Zielony pasek otoczony przez dwa białe zaskoczył nas podczas marszu od słupa do słupa kolejki linowej. Dalej wydawało się bardzo prosto. Idziemy, idziemy, idziemy. GPS pokazuje, że do schroniska na Miziowej zostało 200 metrów a budynku nie widać. Idziemy, idziemy, idziemy. Z mgły wyłonił się mały domeczek. Dziwne, na zdjęciach schronisko wyglądało na ogromny kompleks. Podchodzę bliżej budyneczku i nagle, niemal przed moim nosem materializuje się wielki dom… schronisko na Miziowej! „Gdyby taka mgła zeszła na nas na Babiej Górze, to byłoby po nas” pomyślałem.

Deszcz jak u Forresta Gumpa

Z Bazy Namiotowej pod Jaworzyną do Hali Miziowej pokonaliśmy jedynie trzynaście kilometrów. Obrzydliwie mały wynik, co nie daje mi spokoju do teraz. Na domiar złego okazało się, że w schronisku nie ma suszarni! Taka kumulacja pecha nie zdarzyła się nam jeszcze nigdy. Na szczęście załoga w naszym pokoju okazała się doborowym towarzystwem.

Sylwek, Marcin i Karol poznali się na szlaku beskidzkim. Ruszyli niedawno z Ustronia, każdy osobno i z własną intencją ale wspólne noce w schroniskach zżyły ich ze sobą. Wieczór przyniósł nam długą dyskusję dotyczącą chrześcijańskich wartości reprezentowanych (bądź nie) przez Tadeusza Rydzyka. Karol był w mniejszości twierdzącej, że idea, która przyświeca założycielowi radia Maryja jest ważniejsza od jego występków. Cała reszta pokoju uważała, iż piękne idee nie są wytłumaczeniem dla zła. Zasnęliśmy nie zaznając konsensusu.

 

 

Jak na imię ma Bruno?

 

 

Obudziliśmy się na długo przed chłopakami. Właściwie, gdy oni wstawali my już byliśmy w trasie. Do schroniska pod Rysianką zaszliśmy na poranną kawę. Wychodząc stamtąd usłyszeliśmy szczekanie. Podbiegł do nas wielki, czarny, uśmiechnięty od ucha do ucha piesek. Przywitaliśmy się z nim grzecznie podając do obwąchania ręce i ruszyliśmy w swoją stronę.

Po kilku minutach ten sam piesior wybiegł przed nami z krzaków spoglądając na nas tak jakby chciał powiedzieć „No dalej! Chodźcie musimy iść!”. Zdziwiliśmy się trochę ale nie przerwaliśmy marszu. Szybko okazało się, iż ów pies jest czworonożnym przewodnikiem pracującym na tym fragmencie gór. Wskazywał nam drogę i pomagał na rozstajach. Marta zaczęła na niego wołać Mordechai a ja Bruno. On wybrał Bruno i tylko na to reagował.

Po trzech godzinach wędrówki, gdy znaleźliśmy się na skraju wsi Ujsoły, Bruno usiadł na trawie i nie chciał iść dalej. Na jego pyszczku nie malował się już nonszalancki uśmiech. Teraz był wyraźnie zmartwiony. Marta podeszła do niego i w czarnej sierści wymacała równie czarną obrożę. Na niej była zawieszka z prawdziwym imieniem Bruna i numerem telefonu do schroniska na Rysiance. „Bruno” okazał się być Łapą!

 

 

Łapa złapany 😉

 

 

W nudnej jak flaki z olejem wsi Ujsoły na równie nudnym przystanku, przesiedzieliśmy kolejne trzy godziny. Dla nas to była bardzo zła wiadomość. Gdy w końcu zjawiła się opiekunka Łapy było już po trzeciej. Do schroniska na Przegibku mieliśmy według mapy pięć godzin marszu. Żeby tego wszystkiego było mało znów zaczęło lać.

Zadecydowaliśmy, że idziemy. Odkąd zeszliśmy z Babiej Góry spotkał nas chyba każdy rodzaj deszczu występujący na planecie Ziemia. Podobnie jak w Foreście Gumpie, był deszcz z góry, z boku a nawet od dołu. My oczywiście nie przeprawialiśmy się przez wody sięgające nam po szyję, jednak las odpowiednio smagany wiatrem podczas deszczu sprawi, że nawet w wodoodpornym sztormiaku przemokniecie do suchej nitki.

Drogę z Ujsołów do Przegibka dosłownie przebiegliśmy. Trasa na pięć godzin zajęła nam cztery! Wygłodniali, mokrzy i źli na wszystko wpadliśmy do schroniska. Tam na szczęście przywitały nas ciepła gospoda, dobre jedzenie i ukrop lejący się z kranu. Na nieszczęście, to kolejne schronisko bez suszarni a to oznaczało, że nasze stopy trzeci już dzień z rzędu będą musiały radzić sobie z mokrymi butami.

 

 

Deszcz, czy nie deszcz iść trzeba!

 

 

Choć pani za barem obiecała postawić nasze „wodery” za piecem w kuchni, następnego ranka można było nadal wylać z nich ocean wody. Miało to też dobre strony. Gdy wstaliśmy nadal padało. Czekaliśmy aż do dziewiątej na przejaśnienie. Nic takiego nie nastąpiło. Założyliśmy więc nasze mokre buty i ruszyliśmy w drogę.

Wielka Racz przywitała nas bardzo chłodno. Nadal lało. Chłodniej od szczytu mokrej góry przywitała nas jedynie obsługa schroniska pod Wielką Raczą. Na początku nawet chcieliśmy tam zanocować, wzmagający się deszcz za oknem był argumentem za. Jednak zawzięliśmy się w sobie, a brak suszarni w kolejnym schronisku był ekstra motywatorem do dalszej wędrówki.

Mimo siąpiącego deszczu, gigantycznego błota i niewyobrażanie mokrych butów zdobyliśmy jeszcze dwa szczyty – Magurę i Kikulę. Ten tydzień wędrówki zakończyliśmy w Zwardoniu, wiosce niegdyś niemal tak popularnej jak Zakopane. Dziś niszczeją tu pustostany po wielkich ośrodkach turystycznych. Jest bieda i niemal namacalna tęsknota okolicznych mieszkańców za erą dawno minionej popularności.

 

 

Opuszczone schronisko PTTK straszy niczym zamczysko Drakuli

 

 

A my? Właśnie szykujemy się aby wyruszyć w kolejną niezwykłą trasę granicami naszego wspaniałego kraju! Przed nami jeszcze wiele kilometrów ale warto, nawet jeśli czasem deszcz zmoczy nas od dołu 😉

Udostępnij...Share on Facebook