Trening przed Polską! (45 km)

Trening przed Polską! (45 km)

Czterdzieści pięć kilometrów z Łopuchowa do Obornik. Tak wyglądała nasza czwarta wielokilometrowa trasa w tym roku. Poznaliśmy mnóstwo koników, jeszcze więcej owieczek, kilka kurek i niesamowite widoki!

Zanim 4000 trzeba najpierw przejść 40

Jeśli jeszcze nie wiecie, to w tym roku (właściwie już 20 maja) nasz dwuosobowy oddział Armii Lasowej zamierza wyruszyć w niezwykłą podróż dookoła Polski. To niecałe cztery tysiące kilometrów. Planujemy pokonać tę trasę w nieco ponad cztery miesiące.

Jednak nie byłoby to w ogóle możliwe, gdybyśmy nie ćwiczyli. Na szczęście, już od zeszłego roku, przynajmniej raz w miesiącu udaje się nam wybrać w trasę na ponad trzydzieści pięć kilometrów. Zresztą o wszystkich naszych podróżach możecie przeczytać na naszym blogu www.piechotasiechodzi.pl lub na www.miastopoznaj.pl w zakładce Wokół Poznania.

Tym razem postanowiliśmy zbadać kondycję zielonego szlaku PTTK, wiodącego z Łopuchowa aż do Obornik. Trasa niezwykle malownicza, od wsi przez pola, lasy, łąki, po centrum zatłoczonego przez auta miasta!

I Kościół

Ósma rano to idealna pora na wymarsz. Zwłaszcza, że do Łopuchowa trzeba najpierw dojechać, więc pobudka przypada mniej więcej na godzinę szóstą. Szczególnie Marta uwielbia to ranne wstawanie w wolny od pracy dzień. Zawsze droczy się ze mną i udaje, że tak naprawdę nie chce wstać. Jest wtedy wiele udawanego płaczu, krzyczy na mnie na przykład „zostaw mnie, nigdzie nie idę!” albo „mamy wolny dzień, daj pospać!”. Ale ja wiem, iż tylko się ze mną droczy.

 

Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje… kwaśne miny ;(

 

Oczywiście wyolbrzymiam troszeczkę. Jednak kto z Was lubi wstawać wcześnie rano po całym tygodniu pracy niech pierwszy rzuci kamieniem! (Tylko broń boże nie w nas, bo jeszcze nam coś uszkodzicie 😉

Skoro już wszyscy jesteśmy w doskonałych humorach(Sic!) w Łopuchowie, to czas ruszyć zielonym szlakiem! Pierwsze ważne zaskoczenie, ten szlak jest znacznie lepiej oznaczony niż niebieski na trasie do Iłówca i… niebieski na trasie do Sławy Wielkopolskiej. Jednak wciąż podróżniku musisz być bardzo czujny w poszukiwaniu szlakowej ścieżki. Inaczej będziesz błądził okolicznymi wsiami aż po kres istnienia.

Drugie równie ważne zaskoczenie dla mieszczuchów z Poznania, w Łopuchowie jest stadnina koniczków!!! Piękne, wspaniałe rumaki stoją sobie na wyciągnięcie ręki (oczywiście uprasza się turystów aby tej ręki nie wyciągali, bo każdy koń ma prawo żyć na własne… kopyto?). My jesteśmy doświadczonymi podróżnikami. Wiemy zatem, iż nie wolno przeszkadzać zwierzaczkom. Natomiast, ku naszemu zdziwieniu, przykuliśmy uwagę pewnego brązowego jegomościa. Szczególnie Marta wpadła mu w oko i jakoś mu się nie dziwie, bo mnie też wpadła i do dzisiaj wygrzebać się z tego nie może! Koń wyglądał na Mateusza, choć znając moje szczęście, to pewnie klacz i ktoś z Was wypomni mi to w komentarzach…

 

Kóń Mateusz zalotnie spogląda na Panią Martę

 

Cudem odkleiłem Martę od pozostania z konikami. Ruszyliśmy dalej, a im dalej szliśmy, tym trasa robiła się piękniejsza. Nie ma nic przyjemniejszego od spacerku w bezchmurny słoneczny dzień środkiem pola. Zielony szlak zaprowadził nas wprost do Długiej Gośliny. Tam czekał już na nas Igor strażnik drewnianego kościoła pod wezwaniem świętej Marii Magdaleny.

Krótka dygresja o śledztwie ślimaka

Zanim jednak opowiem Wam o tej wspaniałej budowli (oraz o wspaniałym Igorze), muszę przedstawić listę ocalałych dzięki Marcie zwierząt (zagroziła, że jeśli tego nie zrobię, to wszyscy zakładnicy zginą ;).

Więc, gdy weszliśmy do Długiej Gośliny na środku chodnika leżała ćma. Marta uznała, że trzeba przenieść ją na trawkę, bo tam będzie jej się lepiej żyło. Moim zdaniem, to była ćma samobójca a moja luba pokrzyżowała misterny plan tego zwierzaka. Ale przecież mnie w tym związku nikt nie słucha…

Następnie, tuż przy kościele spotkaliśmy ślimaka, również na środku drogi (Przypadek? Nie sądzę!). W Marcie znów odezwał się instynkt super bohaterki i przełożyła go na trawę. Wyobrażacie sobie jaka to musiała być dla niego tragedia jeśli na przykład kogoś śledził. Przecież całe jego śledztwo mogło spalić na panewce!

 

Detektyw Ślimak na tropie ślimaczych przestępstw!

 

Akwarium

Igor to piękny czarno-biały lub biało-czarny (wstydziłem się zapytać) kocur. Wszyscy w Długiej Goślinie, go znają. Nie było osoby, która by nas nie minęła i nie powiedziała „Igor, znów się do obcych łasisz?”. To oznacza, iż zwierzak ma już wyrobiony autorytet wśród lokalnych mieszkańców.

 

Igor prezentuje się tu szatańsko, ale tak naprawdę jest bardzo miłym kotem

 

 

Nasz piękny kocurek stoi na straży jednego z dwunastu drewnianych, wiejskich kościołów, rozlokowanych wokół Poznania. Świątynia Marii Magdaleny powstała w XVII wieku z fundacji poznańskich benedyktynek. W bocznych ołtarzach możecie podziwiać XVII wieczne rzeźby Chrystusa Bolesnego i świętego Benedykta. W głównym ołtarzu znajdziecie obraz Marii Magdaleny. Niezwykła pamiątka ufundowana w 1918 roku przez ówczesną dziedziczkę miejscowego majątku na cześć odzyskania przez Polskę niepodległości.

 

Kościół Marii Magdaleny (Turysto! Kobieta na zdjęciu to nie Maria Magdalena 😉

 

Z ciężkim sercem pożegnaliśmy się z Igorem. Choć mógłbym przysiąc, że gdy ruszyliśmy w dalszą trasę słyszałem takie ciche pomiałkiwanie „Zostańcie! Zostańcie!”. Może to tylko wiatr?

Nagrodą za porzucenie kota było wspaniałe jezioro Tuczno, znajdujące się w lesie między Długą Gośliną a Białężynem. Cisza i spokój tego miejsca ogarnia całe ciało. To był dla mnie chyba najtrudniejszy moment trasy. Musiałem znaleźć w sobie siłę, by nie zatrzymać się tam do wieczora albo nawet na zawsze!

 

Cóż za piękny jezior!

 

Jeśli śledzicie nasz profil na FB lub Instagramie, to właśnie za tym jeziorem zdarzyła się przezabawna scena z filmu „Ona idzie przez wodę, bo obawia się kleszczy”. Krytykom filmowym polecam, to świetny krótki metraż o życiu współczesnego człowieka.

 

 

Wspomniany już las prowadzący do Białężyna ma wręcz powalającą urodę. Wisienkami na torcie były bawiące się na polanie żurawie. Ale wszystko co zielone kiedyś się kończy, a my dotarliśmy do rzeczonej wsi na B. Białężynianie (mam nadzieję, że dobrze odmieniłem) mają dziwną skłonność umieszczania rzeźb w szklanych akwariach. Tak więc przed domem parafialnym możecie podziwiać akwarium zawierające świętego Józefa, a na budynku Ochotniczej Straży Pożarnej szklany pojemnik ze świętym Florianem.

 

Rzeźbiarska Akwarystyka vol. 1

 

Rzeźbiarska Akwarystyka vol. 2

 

To jednak nie zamiłowanie do rzeźbiarskiej akwarystyki przyniosło Białężynowi największą popularność. Jak się okazuje, pyszne owoce z okolicznych sadów znane są nie tylko w całej Polsce ale również w Europie! Sadownikom gratulujemy i mamy głęboką nadzieję, że kiedyś wypuszczą rzeźby na wolność!

II Kościół

Następną ofiarą naszej pieszej wycieczki stało się Starczanowo. Piękna wioseczka leżąca pośród pól wita przepięknymi owieczkami. Marta nie byłaby Martą, gdyby się przy nich nie zatrzymała i tak właśnie spędziliśmy pierwszą przerwę w podróży. Małe wełniaki robiły nam za wspaniały krajobraz przy konsumowaniu zapasów.

 

 

Dla tych co kumają co nieco z wielkopolskiej geografii, wejście do Starczanowa jest synonimem wejścia do Rezerwatu Przyrody Śnieżycowy Jar. Tak też było i z nami. Śnieżycowy Jar to piękny las w którego sercu żyją śnieżyce. Takie kwiatki, które kwitną na przełomie lutego i marca. Zwykle występują tylko na południu Polski, zwłaszcza w Bieszczadach. Jednak z niewyjaśnionych przyczyn, te w Rezerwacie postanowiły wybrać tereny podpoznańskie.

Niestety, druga połowa kwietnia to nienajlepszy czas na ich podziwianie, gdyż już przekwitły. Natomiast, nasza wspaniała Warta prezentowała się w Śnieżycowym Jarze przecudownie!

 

Wielkopolska Amazonka 😉

 

 

Powtórzę raz jeszcze, wszystko co zielone kiedyś się kończy. Jar się skończył a z pól zaczęło wyglądać do nas Łukowo. Kolejna malownicza wioseczka w drodze do Obornik. Już z daleka naszą uwagę przykuł kryjący się w zaroślach drewniany kościółek. Właściwie, to sprawiał wrażenie drapieżnika, który czeka na dobry moment aby przypuścić atak na plebanie.

 

Jesteśmy świadkami polowania drapieżnej świątyni na tłuściutką plebanie XD

 

 

Nie spodziewaliśmy się jednak, iż ta świątynia kryje w sobie niezwykły skarb. Oczywiście, to kolejna z dwunastu zabytkowych, drewnianych budowli. Tym razem jej wrót nie bronił żaden Igor. Postanowiliśmy więc zajrzeć do środka.

 

Aj karamba!

 

Ku naszemu zdziwieniu, oprócz wspaniałych XVII wiecznych dzieł sztuki, kościół w Łukowie kryje jeszcze jedną tajemnice. To właśnie tu, w tej świątyni 24 grudnia 1831 roku Adam Mickiewicz przeżył swoją ostatnią pasterkę w ojczyźnie. By uwiecznić to wydarzenie w przedsionku kościoła zawieszono piękną tablicę na cześć wieszcza.

 

Czy on jest Mickiewicz czy już raczej Mickiewiczius 😉

 

Łatwo jest mówić o Polsce…

Łukowo musiało być dawniej niezwykle bogatą ziemią, gdzie by się nie spojrzało tam ogromne budynki, pałacyki, spichlerze. Niestety, dziś wszystkie te miejsca powoli popadają w ruinę, zapomniane przez Boga i ministra kultury. Pozostają tylko zdjęcia, które choć odrobinę przybliżają nam dawną świetność tego miejsca.

 

Takie tam pod naszą malutką chatką XD

 

Choć z miejscowości odwiedzonej nawet przez Mickiewicza do Obornik jest zaledwie trzy kilometry, to PTTK nigdy nie idzie na łatwiznę. Zielony szlak powiódł nas do Rożnowa. Stamtąd do Rożanowic. W Rożanowickich lasach Armia Lasowa zgodnie ze starą tradycją naszego oddziału natknęła się na… cmentarz!

 

Łatwo jest mówić…

 

Tym razem jednak, nie był to na szczęście cmentarz opuszczony. Pod Rożanowicami hitlerowcy rozstrzelali a potem spalili ponad dwanaście tysięcy osób w latach 1939 – 1943. To gorzka lekcja tego czym jest wojna.

 

A ich oczom ukazał się las… krzyży

 

Pomordowani spoczywają w pięknym leśnym zakątku, daleko od zgiełku codzienności. Jedno co trzeba przyznać okolicznej ludności, dawno nie widziałem tak czystego lasu, tak blisko ludzkości. Szkoda tylko, że trzeba mogił zamordowanych, by ludzie nie wyrzucali śmieci do lasu…

Oborniki o Boże!

Niestety, im bliżej Kowanówka, tym więcej śmieci. Wyszliśmy z lasu od strony szpitala rehabilitacyjno-kardiologicznego, który właściwie stoi jeszcze w „borze”. Tu zaczął się problem. Zielony szlak, dotychczas tak widoczny, począł znikać nam z oczu. Uciekał, chował się, czasem pomagały mu świeżo wybudowane mosty, przez które usunięto przedmioty oznaczone zieloną farbą.

Trochę po omacku człapaliśmy przez wieś. Nie lada zaskoczeniem było więc dla nas, że na rondzie nie opodal (jak nam się wówczas wydawało) centrum Kowanówka wyrósł znak witający nas w Obornikach!

To klasyczna szlakowa zmyła. Od powitalnego znaku do dworca, który był symbolicznym końcem trasy, jeszcze co najmniej trzy kilometry. Zaczęliśmy iść a zielony szlak całkowicie nam zniknął. Postanowiliśmy więc udać się najkrótszą trasą do dworca. To był błąd względem szlaku, gdyż poniewczasie zorientowaliśmy się, iż zielony prowadził do centrum Obornik.

Dla nas jednak, wybrany skrót stał się wybawieniem, gdyż dworzec w Obornikach okazał się niesprawny i trzeba było szukać dworca zastępczego. Tylko dzięki wieloletniemu doświadczeniu w kontaktach z PKP udało nam się odszukać dworzec zastępczy i załapać się nawet na autobus funkcjonujący jako komunikacja zastępcza z Poznaniem.

 

Ukryte PKP, Przyczajone Armie Lasowe XD

 

Parafrazując znany utwór Budki Suflera „nigdy nie ufaj PKP” 😉

Pozdrawiamy Was serdecznie i do przeczytania przy następnej przygodzie!

Udostępnij...Share on Facebook