Co się stało z Ekstremalną Drogą Krzyżową?

Co się stało z Ekstremalną Drogą Krzyżową?

Sześćdziesiąt kilometrów. Tyle trzeba przejechać autem, by dotrzeć z Poznania do Gniezna. To też odległość między Warszawą a Sochaczewem albo Wrocławiem a Świdnicą. Trasę o tej długości pokonaliśmy idąc w tegorocznej Ekstremalnej Drodze krzyżowej!

Siła kobiet

O tym, że musimy wziąć udział w EDK wiedzieliśmy z Martą już od zeszłego roku. Wtedy namówiłem ją na jej pierwszą (a moją drugą) nocną ekstremalną przechadzkę okolicami Poznania.

Tak się złożyło, że zeszłoroczna droga krzyżowa wypadła dokładnie w urodziny Starszej Szyszkowej. Czterdzieści osiem kilometrów pokonanych nocą okazało się ciężkostrawnym prezentem. Marta nie była jeszcze wtedy przygotowana na długodystansowe marsze. W ogóle były to początki naszych wspólnych pieszych podróży. Co tu dużo mówić, wszystko co wydarzyło się tamtej nocy stanowiło niejako eksperyment sprawdzający, czy Marta w ogóle podoła takim wyzwaniom jak pieszy marsz na Przystanek Woodstock (dziś wiemy już, że był to ostatni Woodstock w historii).

Wszystko przebiegało spokojnie do trzydziestego kilometra. Niemal jak w podręczniku o survivalu (czyli takim modnym określeniu na przetrwanie), po pokonaniu magicznej granicy z trójką na początku, Marta zaczęła słabnąć. Ból stóp narastał właściwie z każdą minutą. Po jej twarzy widać było, iż dosłownie każdy krok sprawia jej niewypowiedziane cierpienie.

Ona jednak się nie poddała. Choć słabła z każdą sekundą, to całą energię swojego ciała skierowała na jeden cel – dotarcie do końca trasy. Niemały udział mieli w tym ludzie idący za nami. Po dotarciu na metę Marta przyznała się, że jej siłą napędową, która pozwoliła przezwyciężyć cierpienie, była rywalizacja z latarkami, które ścigały nas przez pół nocy

Tę siłę i nieustępliwość zawsze w Marcie podziwiałem. Kobiety w przeciwieństwie do mężczyzn rzadko napinają się w sytuacjach, gdy nie jest to konieczne. Jednak, gdy nadchodzi czas i sytuacja tego wymaga, to pokazują, iż żadna przysłowiowa głowa nie utrzyma się bez szyi. Kobiety pokazały to ostatnio w Czarny Piątek.

Czarny problem

23 marca 2018 roku stał się dla mnie datą problematyczną. Po pierwsze, już miesiąc wcześniej wiedziałem, że tego dnia wyruszę w całonocny rajd na sześćdziesiąt kilometrów. Po drugie, na tydzień przed startem otrzymałem zaproszenie na Czarny Piątek.

Nie był to problem światopoglądowy dla jasności. Tak, Ekstremalna Droga Krzyżowa to czysto katolicka inicjatywa (od dwóch lat coraz bardziej zamykająca się przed niewiernymi). Czarny Piątek natomiast, to inicjatywa która zrodziła się z gniewu przeciw biskupom katolickim, którzy rękami polityków próbują ograniczać prawa kobiet do samostanowienia o własnym ciele. Zostawmy jednak na chwilę paradoks mojego ideologicznego postępowania.

By być w dobrej formie na starcie całonocnej podróży, opracowałem własną metodę przygotowania. Polega ona na przespaniu całego dnia przed wyruszeniem w podróż. Uczestnictwo w manifestacji całkowicie zrujnowałoby mój genialny (jak mi się wydawało) plan przygotowawczy.

 

Piękna Sasza, psi uczestnik Czarnego Piątku!

 

Moja wewnętrzna feministka (a musicie wiedzieć, że w naszym domu to ja jestem feministką a Marta… raczej męskim szowinistą;) wygrała. Zamiast spać jak Pan Bóg przykazał, wstaliśmy z rana i czekaliśmy na to co wydarzy się o 16 na placu Mickiewicza.

Skazali go na śmierć

To chyba dobra pora by powrócić do ideologicznego paradoksu. Stojąc wśród tysięcy ludzi ubranych na czarno widziałem i słyszałem postulaty z którymi zgadzam się całkowicie. Głośno było w centrum Poznania o wolności kobiet, o ich prawach do decydowania o własnym ciele. Jednak jeszcze głośniej słychać było sprzeciw ludzi wobec narzucania im cudzych poglądów.

 

 

Czym właściwie był Czarny Piątek? Zgromadzeni na placu Mickiewicza ludzie nie domagali się, by obecnie rządzący wprowadzili zautomatyzowane punkty skrobanek na każdym rogu, każdej polskiej ulicy. Domagali się jedynie, by władza (nie tylko ta obecna) pozostawiła im wolną wolę. Innymi słowy, domagaliśmy się tam wolności! Wolności, którą polski episkopat próbował odebrać ludziom mieszkającym w Polsce i tylko na terenie tego państwa. Nie jest przecież tajemnicą, że Polki wyjeżdżają do państw ościennych na aborcję, a wiele zagranicznych klinik wprowadziło nawet obsługę w języku polskim (abstrakcja godna literatury SF).

Abstrakcją było również to, że trzy godziny po rozpoczęciu czarnego protestu stałem w kościele, uczestnicząc w mszy rozpoczynającej Ekstremalną Drogę Krzyżową. Tu chciałbym bardzo mocno podkreślić, by nie było niejasności, ja i Marta jesteśmy osobami niewierzącymi. Stąd też postanowienie mojej partnerki, by w tym roku nie przychodzić do kościoła, a trasę rozpocząć bez mszy.

Z roku na rok, jestem jednak inicjatywą księdza Jacka Wiosny Stryczka coraz bardziej rozczarowany. Moja gorycz bierze się stąd, że na własne oczy widzę, jak kościół zamyka się na osoby niewierzące. Gdy w 2016 roku wyruszałem w trasę z Poznania do miejscowości Tulce, bardzo zbliżonej do tegorocznej ale krótszej o dwa kilometry, w Sanktuarium Świętego Józefa na mszy przed startem panował nastrój pojednania. Do dziś pamiętam słowa księdza prowadzącego mszę, który pozdrawiał niewierzących mierzących się z wyzwaniem EDK.

Rok temu, gdy startowaliśmy z Jeżyc, a dokładniej kościoła Świętego Floriana o żadnych niewierzących nie było mowy. W ogóle przekaz był mocno skierowany do mężczyzn, jakby tylko oni za pomocą wiary byli w stanie przejść te czterdzieści osiem kilometrów. Myślałem, że to może specyfika jeżyckiego kościoła. W końcu nie bez powodu tuż przy jego wejściu stoi kontrowersyjny pomnik Jezusa, któremu hołd składał Antoni Macierewicz.

Tegoroczna msza uświadomiła mi jednak, że to raczej trend ogólnokościelny. Nie mam oczywiście pretensji do katolików, że organizują atrakcje przeznaczone dla katolików. Popieram to, tak samo jak prawo kobiet do decydowania o własnym ciele. Pozostał we mnie jednak pewien niesmak, bo pamiętam, jak dwa lata temu reklamowano Ekstremalną Drogę Krzyżową jako wydarzenie ogólnodostępne. Teraz nie czuć już tej wolności. Dlaczego?

Bierzemy to na bary

Połączenie tych dwóch niezwykłych doświadczeń, najpierw manifestacji Czarnego Piątku, później zaś mszy rozpoczynającej EDK dało niesamowity wynik w postaci postanowienia. Podobno warto iść na drogę krzyżową z jakąś intencją. Moją była prośba o łaskę zrozumienia wolnej woli dla polskich biskupów. Chciałbym by episkopat polski zrozumiał czym jest wolność i pozwolił się nią cieszyć niewierzącym. Taka idea przyświecała mi w drodze przez wszystkie stacje długiego nocnego marszu.

 

Kilka minut od rozpoczęcia EDK a my już pod kościołem… antychryści ^^

 

Pogodę mieliśmy niezbyt sprzyjającą. Jeśli jakiś Bóg chciał coś przez nią wyrazić, to był równie niezadowolony z czarnego protestu jak i z EDK. Chłód i mżawka powracająca w najmniej oczekiwanych momentach towarzyszyły nam przez całą podróż. Choć w przeciwieństwie do manifestacji, tu mogliśmy się ogrzać szybkim marszem z obciążeniem.

 

I stacja i czapkowy salut Marty XD

 

Przyznam się szczerze, że pierwsze kilometry nie szły mi zbyt dobrze. Czułem ciężar plecaka (choć był przecież stosunkowo lekki), a stawy w biodrach wysyłały rozpaczliwy sygnał S.O.S do mózgu z niespodziewaną intensywnością. Na szczęście w miarę pokonywanych kilometrów owa dolegliwość zaczęła ustępować.

 

Rada starego górala: kiedy robisz zdjęcie tosterem, będzie problem z oświetleniem 🙂

 

II stacja pokazana w dobrym świetle 😉

 

Wystarczyły dwie godziny, byśmy znaleźli się za Janikowem. Dawno za nami został Poznań a nawet Koziegłowy. Właśnie tu za trzecią stacją postanowiliśmy zrobić sobie przerwę. Od wypadu na Woodstock nauczyliśmy się techniki marszu, która pozwala bez zmęczenia pokonać kilkadziesiąt kilometrów. Wystarczy co dwie godziny, czyli około 10 km (w naszym przypadku 12) robić krótkie, dwudziestominutowe przerwy. Daje to niezwykłe efekty, przy okazji jesteśmy najedzeni i nawodnieni.

Taka przerwa daje siłę ale pozwala też spojrzeć z dystansem na całe to nocne szaleństwo. W końcu o 22 w piątek siedzieliśmy w jakimś rowie nieopodal podpoznańskiej wsi. I wbrew polskiemu zwyczajowi, wcale nie byliśmy pijani. Ba, byliśmy trzeźwi i zdeterminowani, by zaraz się podnieść i przejść jeszcze pięćdziesiąt kilometrów!

Spotkanie z matką

Nasz pierwszy przystanek można uznać za symboliczną granicę między cywilizacją a naturą. Tuż za Janikowem trasa Ekstremalnej Drogi Krzyżowej wkracza w leśne tereny. Oczywiście, ludzkość nigdy nie daje za wygraną. Idąc leśnymi duktami, tak spokojnymi i pozbawionymi szumu miast w środku lasu natknęliśmy się na leśniczówkę. Jej halogenowe światła uruchamiane czujnikiem ruchu zrujnowały nam chwilowo nocną atmosferkę.

 

Demony wyszły z nas przy IV stacji, szczególnie z Marty ^^

 

IV stacja w Wierzenicy, to także przepiękny drewniany kościół!

 

IV, V i VI stacja znajdują się natomiast w malutkich wioseczkach, które odrywały nas od spokoju i ciemności jaką dawał nam przytulny las. Na szczęście, by dostać się do VII stacji w Tucznie, trzeba było pokonać kawał puszczy.

 

Na V udało mi się uchwycić w kadrze ducha XD

 

A na VI było nam jakoś tak wesoło… może przez zbliżający się las?

 

Bardzo się nam ten fragment podobał. Znaliśmy go z zeszłego roku, gdyż trasa na Lednicę również przebiegała przez ten odcinek. Wchodząc między drzewa usłyszeliśmy głos sowy, jej pohukiwanie brzmiało niemal jak zaproszenie do cudownej krainy. W tym roku jednak matka natura nie pozwoliła nam zobaczyć sarenek, które napędziły nam wielkiego stracha rok wcześniej.

Podobnie jak w 2017 roku, to Marta trzymała rękę na pulsie i nie pozwoliła mi zgubić nas w lesie. Jakimś naturalnym instynktem wyprowadziła nas z buszu wprost do Tuczna. Choć w przeciwieństwie do większości uczestników Ekstremalnej Drogi Krzyżowej, nie używaliśmy latarek chodząc po lasach.

Atmosfera zaczęła się zagęszczać i to dosłownie. Lekka mgiełka, która towarzyszyła nam od początku drogi teraz przemieniła się w gęstą jak mleko powłokę skrywającą wszystko co było oddalone od nas na więcej niż dwadzieścia metrów.

 

Gęstniejąca atmosfera w Tulcach

 

VII stacja i Restauracyjny kruk na ścianie, którego dzięki mojemu tosterowi za Chiny Ludowe nie widać XD

 

Na szczęście dla ludzi o słabej orientacji w terenie, trasa do VIII stacji wiodła prostą asfaltową drogą. Gdyby był dzień może nawet widać byłoby jezioro Stęszewskie wzdłuż którego szliśmy.

 

Uuu strachy zza gór zza miedz przybądźcie tu uuu ^^

 

Tuż przed Wronczynem organizatorzy postanowili zmylić trop i wysłać nas na piaszczystą, pełną dziur i kałuż trasę między dużym a małym jeziorem Wronczyńskim. Kto nie śledził uważnie mapy mógł w tym momencie mocno pobłądzić. Kto wie, może nawet ktoś minął ten zakręt pchający w objęcia matki natury i podreptał wprost do cywilizacji kończąc swoją przygodę z EDK w tym roku?

Umiera przybita do drzewa

Moment w którym weszliśmy do Jerzykowa przypominał kadry z filmu „Mgła” na podstawie książki Stephena Kinga. Najpierw zobaczyliśmy łunę, coś jasnego w dużej odległości od nas. Choć zbliżaliśmy się szybko łuna nie przemieniała się w konkretne kształty a tylko jaśniała. Gdy podeszliśmy naprawdę blisko lamp wtedy dopiero się zmaterializowały.

 

Akuku!

 

Znajdź 5 różnic między obrazkami 😉

 

Stacja IX w Jerzykowie znajdowała się niedaleko X umieszczonej w Biskupicach. Od tych dwóch było tylko rzut beretem do XI w Uzarzewie. W tej małej wioseczce znów zastawiono pułapkę na nieuważnych podróżnych. Podczas gdy duża, główna, asfaltowa droga odbijała w lewo na kościół Świętego Michała Archanioła, droga EDK uciekała w mniej widoczną piaszczystą dróżkę po prawej stronie. My też nieomal daliśmy się zwieść ale w ostatniej chwili spojrzeliśmy na mapę i skorygowaliśmy nasz kurs.

 

Darth Marta kontratakuje ^^

 

Droga przez Katarzynki do Gruszczyna czyli XII stacji, to była już kingowska „Mgła” w pełni. Dziwne, przypominające wielkie stwory rodem z wyobraźni szaleńca kształty wyłaniały się na polu, które przemierzaliśmy. Bardziej senny człowiek mógłby uznać to za wytwór zmęczonego umysłu. My byliśmy jeszcze na tyle przytomni, by rozpoznać w tych demonicznych karykaturach drzewa otulone mgłą.

 

AL Kru Czizys Gangsa Rap XD

 

Za Gruszczynem, gdzieś w połowie jeziora Swarzędzkiego wybiło nam czterdzieści pięć kilometrów. Jest to długość maksymalna, jaką staramy się wybierać na nasze dzienne, piesze podróże. Okazało się, że czterdzieści pięć, to również nowa granica wytrzymałości stóp Marty.

 

Widok z okna naszego leśnego przystanku 😉

 

Zatrzymaliśmy się nad jeziorem w ramach czwartej przerwy. Zasiedliśmy na korzeniu wpatrzeni w taflę wody i zasłuchani w świergolenie ptaków budzących się wraz ze świtem. Starsza Szyszkowa wiedziała już, że z jej stopami nie jest najlepiej. Właściwie, chyba była gotowa na powtórkę z wydarzeń mających miejsce rok wcześniej. Tym razem jednak nie było za nami żadnych goniących nas latarek. Byliśmy sami, no może nie licząc tych wszystkich ptaszków, które tak pięknie śpiewały!

Nogi złożone do grobu

Ruszyliśmy wraz z nadciągającym świtem. Nim dotarliśmy do przecinającej naszą trasę ulicy Warszawskiej, łączącej Swarzędz z Poznaniem, było już całkiem jasno. Za Warszawską trasa prowadziła wzdłuż torów kolejowych. Mijaliśmy między innymi Staw Antoninek. Na brzegu było widać świeżą pracę bobrów i mieliśmy naprawdę ogromną chrapkę na ujrzenie jednego z tych niezwykłych stworzeń. Niestety, natura poskąpiła nam tej przyjemności. Dalsza część trasy do XIII stacji upłynęła bez większych atrakcji.

 

Marta umęczona pod XIII stacją XD

 

Po twarzy Marty widziałem jednak, że nie jest z nią najlepiej. W innej sytuacji piętnaście kilometrów z miejsca naszego ostatniego odpoczynku do mety nie stanowiłoby żadnej przeszkody. Teraz jednak, gdy w grę wchodziło zdrowie mojej partnerki decyzja mogła być tylko jedna. Musieliśmy zrobić dodatkową przerwę na XIII stacji.

Ta stacja naznaczona była niezwykłym odzwierciedleniem słów sacrum i profanum. Na XIII nie było żadnego pomnika ani świeczki. Był tylko jeden brzozowy krzyż przybity do drzewa. To jak się pewnie domyślacie sacrum. Pod krzyżem natomiast i wszędzie wokół porozrzucane były śmieci ale to jeszcze nie jest profanum. Usiedliśmy pod oznaczeniem stacji i dopiero po chwili dotarło do nas, iż jesteśmy otoczeni przez ocean kości!

Wokół nas porozrzucane były szczątki jakiegoś zwierzęcia (zwierząt?!). Trudno powiedzieć właściwie co tam się wydarzyło. Wokół dało się dostrzec ślady dzików, które ryły w wyrzuconych na dziko śmieciach. Jednak czy tyle kości mogło wziąć się z czyichś śmieci? A może dziki ryjąc w ziemi wokół worków odkopały czyjegoś zmarłego pupila? Jakie by nie było rozwiązanie tej zagadki widok był co najmniej makabryczny.

Szybko stamtąd odeszliśmy mając w głowach radosną myśl, że zostało nam już tylko siedem kilometrów. Ta szczęśliwa cyfra minęła dość szybko, choć widać było po Marcie, że odpalała ostatnie rezerwy mocy jakie posiadała. Chyba najgorszy dla niej był moment wejścia do Tulców. By zakończyć EDK trzeba było przejść przez całą wioskę. To niezwykle deprymujące, gdy cel jest równocześnie tak blisko, a jednak tak daleko.

Meta okazała się równie rozczarowująca jak msza rozpoczynająca Ekstremalną Drogę Krzyżową. Dwa lata temu, gdy pokonałem pięćdziesiąt osiem kilometrów na niemal bliźniaczej trasie u bram kościoła w Tulcach czekał na uczestników komitet powitalny. Potem kawa i ciastka w bufecie, w ogóle przyjemna atmosfera!

 

Człowieki po 60 kilometrach marszu

 

Rok temu, gdy doczołgaliśmy się pod wielką rybę w Lednicy, specjalnie dla uczestników Ekstremalnej Drogi Krzyżowej wolontariusze przygotowali ciepłe napoje i coś do przegryzienia po długiej podróży. Wszyscy byli podekscytowani obecnością pielgrzymów, pytali o szczegóły trasy, chcieli wiedzieć ile jeszcze herbaty przygotować.

W tym roku nikt na nas nie czekał. Bufet dla uczestników EDK był zamknięty na głucho. Tylko msza w kościele trwała w najlepsze…

Wsiedliśmy w autobus do Poznania, który akurat podjechał i pożegnaliśmy się z tą chłodną jak arktyczny lód, kościelną atmosferą.

Co sprawiło, że tym razem było tak niemiło? Pozwolę sobie zakończyć tą opowieść tak jak kończyłem dwa poprzednie reportaże z EDK:

Przypadek, los, Bóg… zdecydujcie sami!

 

Dzień po ukrzyżowaniu
Udostępnij...Share on Facebook