Czy trzeba Boga żeby dojść? (48 km nocą)

Czy trzeba Boga żeby dojść? (48 km nocą)

Wielokilometrowe marsze nocne to znak rozpoznawczy Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. W 2017 roku, w trasę z Poznania na Pola Lednickie (48 km) wyruszyło około 130 osób, w tym my. Było ciemno, ciężko, a momentami nawet strasznie!

NOWELIZACJA 2018

Postanowiliśmy wrócić do opowieści sprzed roku pisanej dla portalu miastopoznaj.pl, gdyż w tym roku również weźmiemy udział w EDK. Wyruszamy w piątek (23.03) na trasie Poznań – Tulce, tylko tym razem nie 48 km lecz równe 60. Bo warto żyć ekstremalnie!

Szaleńcy Chrystusa

Kościół  Najświętszego Serca Jezusa i świętego Floriana, znajdujący się na Jeżycach, to jedna z ładniejszych świątyń Poznania. W niej mszą o godzinie 19 rozpoczęła się tegoroczna IX edycja EDK. Wśród 130 osób, które zdecydowały się zmierzyć z własnymi słabościami na żółtej trasie staliśmy my, młodzi ateiści.

Gdy w tamtym roku usłyszeliśmy o Ekstremalnej Drodze Krzyżowej, bardo nas to zainteresowało. W całej Polsce i zagranicą ludzie maszerują nocą przez wiele kilometrów w milczeniu. Owszem, mieliśmy wątpliwości. Całą sprawę organizuje kościół katolicki i baliśmy się ujrzeć pielgrzymkowy kondukt stworzony na potrzeby indoktrynacji. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Rok temu wyruszyłem z Sanktuarium Świętego Józefa i przeszedłem 58 kilometrów do Tulców. Na mszy przed marszem ksiądz powitał osoby niewierzące, pogratulował nam odwagi i życzył powodzenia.

Tu znajdziesz opis wydarzeń z EDK 2016: http://piechotasiechodzi.pl/2018/03/21/10-ludzkich-4-boskie-warto-zyc-normalnie-warto-zyc-ekstremalnie/

 

W tym roku było inaczej. Może dlatego, że nocne marsze odbywały się pod hasłem „Droga Przełomu”. Ksiądz Jacek Wiosna Stryczek (odpowiedzialny również za akcje „Szlachetna paczka” oraz „Akademia przyszłości”) chciał tym mottem podkreślić, że dzięki przebytej trasie, uczestnicy EDK mocniej związują się z Bogiem. Jednak w praktyce, w kościele zrobiło się jakby ciaśniej. Nie czułem się tak swobodnie jak rok temu. Prowadzący na Jeżycach msze ksiądz zwracał się tylko do wiernych, nazywając uczestników nocnej wyprawy nawet „szaleńcami Chrystusa”.

Nie skazuj na śmierć!

Panie, naucz mnie wychodzić z moich wyobrażeń o drugim człowieku. Daj odwagę do tego, by nie <skazywać innych na śmierć>. Daj odwagę do tego, by wierzyć w tych najbardziej opuszczonych. Pomóż mi być ludzkim dla ludzi.” Autorką cytatu jest Iwona, diagnosta laboratoryjny.

Każdy z uczestników otrzymuje na starcie książeczkę z rozważaniami. Do każdej z 14 stacji przypisane są czyjeś przemyślenia. Co ciekawe, w tym roku organizatorzy EDK promowali to przedsięwzięcie jako absolutnie męską przygodę. Natomiast, z 14 rozważań 7 napisały kobiety. Sprawa była na tyle poważna, że towarzysząca mi w wyprawie Marta, upewniała się u organizatorów, czy kobiety w ogóle mogą wziąć udział w tegorocznej edycji. Na szczęście mogły.

 

Poznajecie tego sympatycznego jegomościa?

 

Zrządzeniem losu można nazwać fakt, że I stacja, do której przypisano słowa Iwony, została umieszczona przy Pomniku Najświętszego Serca Pana Jezusa. Choć obecnie rzeźba stoi na terenie Kościoła  Najświętszego Serca Jezusa i świętego Floriana, to docelowo ma stanąć w pobliżu jeziora Maltańskiego.

Społeczny Komitet Odbudowy Pomnika Wdzięczności, na czele z profesorem Stanisławem Mikołajczakiem, niechętnie patrzą na tych, którym ta inicjatywa w ogóle się nie podoba. Z drugiej strony, najzagorzalszym przeciwnikom pomnika, również przydałoby się spojrzeć na oponentów ludzkim wzrokiem. Osobiście uważam, że pomnik Jezusa idealnie pasuje do miejsca, w którym obecnie stoi i nie skazywałbym na śmierć tego, kto pozwoli mu tam zostać.

 

Żeby wygrać życie, trzeba być szaleńcem

Panie, daj mi odwagę, by skoczyć po nowe życie, nawet jeśli jest to skok w przepaść.” pisze przy II stacji Ksenia, lekarz.

Z Ekstremalną Drogą Krzyżową było u mnie, jak z przejściem na wegetarianizm. Znajomi mięsożercy dopytywali dlaczego? Co się stało? A wegetarianie pobłażliwie spoglądali, upewniając się tylko, czy czuję różnicę. Podobnie z EDK, wszyscy moi niewierzący koledzy pytali po co idę? Czy nagle poczułem wiarę? Odkryłem Chrystusa? Wierzący zaś, gratulowali odwagi i zapewniali, że również rozważają udział w nocnym marszu.

 

My i on

 

Prawda w jednym i w drugim przypadku może pozostawiać niedosyt oraz niedowierzanie. Przestałem jeść mięso, bo chciałem sprawdzić swoje ciało i charakter. Czy wytrzymam? Czy się nie złamię? Te same powody kierowały mną, gdy rok temu zapisywałem się na moją pierwszą wędrówkę nocą. Nie wydarzyło się wtedy nic spektakularnego. Aniołowie nie zstąpili z niebios, nie zapłonął krzak. Było natomiast wyzwanie i walka z własnymi słabościami, którą wtedy udało się wygrać.

Teraz, stojąc na II stacji, przy Cytadeli, byłem pewny, że ja i Marta dojdziemy na Lednicę bez problemu. Myliłem się…

 

 

Nie ma ekspertów, jesteśmy tylko my

Jezu, pozwól mi eksperymentować, przekraczać siebie, upadać, by powstawać” Rafał, informatyk.

Całe nasze życie jest wielkim eksperymentem, którego wyniki będą mogli podsumować tylko ci szczęśliwcy, którzy dożyją spokojnej, późnej starości. Ekstremalna Droga Krzyżowa pozwala sprawdzić wiele rzeczy, od sprawności fizycznej, po umiejętne przygotowanie się do długiej podróży. Na trasie nie ma kół ratunkowych, polowych stołówek z ciepłym posiłkiem, czy choćby herbatą. Nawet stojące w wyznaczonych punktach samochody organizatorów, o czym uczestnicy są uprzedzeni przed startem, nie odwiozą wycieńczonych do domu. W nich można jedynie przeczekać, aż zjawi się wezwana pomoc.

 

Jak jest msza to musi być też ofiara… w tym wypadku KozieGłowy 😉

 

III stacja, czyli pierwszy upadek Jezusa pod ciężarem krzyża, to w wypadku żółtej trasy św. Floriana ostatni dzwonek dla tych, którzy chcą się wycofać. Znajduje się ona w Koziegłowach, przy głównej ulicy. Stąd jeszcze można wsiąść w autobus do Poznania. Na tym etapie trasy, powoli czuć wszystkie popełnione przed startem błędy. Za grube lub za lekkie ubranie. Zbyt ciężki plecak. Małe zapasy wody.

 

Starsza Szyszkowa Marta jako Matka Teresa z Łazarza XD

 

Ani Marta, ani tym bardziej ja, nie jesteśmy zawodowymi sportowcami. Miałbym spore wątpliwości co do nazywania nas nawet amatorami sportu. Nie mogliśmy zatem liczyć na pomoc ekspertów, bo w tym niemal prywatnym wyzwaniu tkwiliśmy tylko my.

 

 

Tak sobie wyobrażam miłość

Panie Jezu, pozwól mi raczej zaufać moim bliskim, raczej dać im wolność, raczej wspierać w ich wyzwaniach, niż blokować ich własnymi lękami. Pozwól mi też odkryć moje własne wyzwania i znaleźć drogę ich realizacji.” mówi w swych rozważaniach Łukasz, kolejny  informatyk.

Marta, podobnie jak ja, jest osobą niewierzącą. Z dużym dystansem podchodziła do mojej zeszłorocznej wyprawy. Ostrzegała, bym nie dał się wciągnąć w jakąś kościelną propagandę. Równocześnie, bardzo mnie wspierała i kibicowała mi przez całą noc. Gdy wróciłem do domu zastałem nawet powitalny plakat.

 

Takie rzeczy tylko z miłości 😉

 

Ustaliliśmy wtedy, że cokolwiek by się nie stało, na następną Ekstremalną Drogę Krzyżową musimy iść razem. Dystans 48 kilometrów, mnie wydawał się krótki ale zachęcał cel, czyli Lednica, w której nigdy nie byłem. Marta początkowo tryskała entuzjazmem, lecz w dzień przed wyruszeniem zaczęła przebąkiwać, że trochę się jednak boi. Rozwiewałem te lęki obiecując, że w razie czego poniosę ją na własnych plecach. Nie oszukujmy się, liczyłem, że do takiej ekstremalnej sytuacji w rzeczywistości nie dojdzie.

 

Krecik i ryjówka – zgadujcie kto jest kim? XD

 

Marta jednak okazała się wspaniałą towarzyszką podróży. Wybaczała mi liczne błędy w odczytywaniu mapy, które kilkukrotnie sprawiły, że musieliśmy nadkładać drogi. Dwukrotnie, to właśnie ona wyczuła, iż zeszliśmy ze szlaku i gdyby nie to, kto wie, może do dziś szwendalibyśmy się zagubieni w lesie.

Ze słów rozważań przy IV stacji usunąłbym wszystkie „raczej”. Wspieranie bliskich w osiąganiu celów, na pierwszy rzut oka niemożliwych, jest wspaniałe. A obserwowanie jak je osiągają, wręcz cudowne! Ja właśnie tak wyobrażam sobie miłość.

 

 

Dwa zupełnie różne światy

Panie Jezu, proszę cię o dar uważności na innych i o przestrzeń w moim świecie na ich sprawy” prosi Urszula, z zawodu lekarz przy V stacji.

Idąc późną nocą przez lasy, pola i wsie, człowiek żyjący na co dzień w dużym mieście doświadcza przede wszystkim błogiej ciszy. Dopiero wtedy dociera do nas, jak męczący jest hałas codzienności. Na polach można podziwiać niebo, nie skażone łuną miejskich latarni. Taki klimat służy rozmyślaniom, zadumie i podziwianiu piękna natury w najczystszej postaci. To zgoła zupełnie inny widok, niż ten towarzyszący nam w Poznaniu.

 

Coś mnie się tu wyłoniło z norki na tym zdjęciu 🙂

 

Kontrast między miastem a naturą mnie zawsze przypomina rodziców. Pochodzę z nietypowego domu, w którym matka jest praktykującą katoliczką, a ojciec twardo stąpającym po ziemi ateistą. Zawsze, gdy mówię o tym na głos, padają pytania w stylu „Jak to możliwe?”. Chyba dlatego, że bardzo się kochają. Inna odpowiedź nie przychodzi mi do głowy. Dzięki ich zróżnicowanym postawom poznałem dwa różne światy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nic nie może tych światów łączyć. Tak naprawdę obydwa się przenikają. Jest tak ze wszystkim w naszym świecie.

Twarde, nieprzekraczalne granice istnieją tylko w umysłach, które pozostają zamknięte na otaczające ich środowisko. Wierzący może żyć z niewierzącym w zgodzie tak, jak ludzki dom może stać w głębi lasu lub jak drzewa stojące w centrum miasta. Grunt, by nikt siłą ich stamtąd nie wycinał!

 

 

Własne ideały, nie cudze opinie

Panie, proszę Cię o odwagę podjęcia ryzyka walki o ważne sprawy, bez oglądania się na to co pomyślą inni” mówi chyba ta sama Urszula, lekarka co na poprzedniej stacji.

Idąc do VI stacji poczuliśmy ducha rywalizacji. Mijając kilka osób po drodze byliśmy przekonani, że znajdujemy się na czele stawki. Nim jednak wyszliśmy ze wsi Wierzenica, znajdujące się daleko przed nami, poruszające, mrugające, czerwone światełko uzmysłowiło nam, iż nie stanowimy wcale początku. Był to również kubeł zimnej wody dla naszych ambicji. Wydawało nam się, że wyruszyliśmy dość szybko i mamy niezłe tempo.

 

Akuku!

 

Za każdym razem, gdy mijaliśmy osobę w odblaskowej kamizelce z latarką na czole, wydawało nam się, że teraz na pewno musimy być pierwsi. Oczywiście, szybko następowała weryfikacja naszej pozycji. Ten udawany wyścig pozwalał Marcie zapomnieć o dokuczliwych bólach. Dochodziła 4 godzina nieustannego marszu.

W rozważaniach przy VI stacji jest wiele mowy o tym, by nie przejmować się opinią innych na swój temat. Prawdą jest, że gdy podejmujemy duże ryzyko, nagle pojawiają się wokół nas malkontenci niewierzący w nasze siły. Dla wielu może się to wydawać szokujące ale podobnych wartości uczył mnie punk rock, gdy byłem nastolatkiem. Najważniejsze, to iść własną drogą, nie oglądając się na innych. Takie podejście daje szansę na poczucie spełnienia.

 

 

Upadek przystankiem w drodze do celu

Panie Jezu spraw, by upadki były dla nas tylko przystankami na drodze do zbawienia.” Radek, menadżer finansowy.

Reguła milczenia obowiązująca na całej trasie Ekstremalnej Drogi Krzyżowej, to bardzo ważna rzecz w tej wędrówce. Organizatorzy wprost zwracają się do wiernych, by nie modlili się podczas EDK, bo samo przebycie drogi jest modlitwą. Specjalnie na potrzeby tego reportażu prosiłem o zgodę na krótkie wypowiedzi przy każdej ze stacji. Mimo tego, że jesteśmy niewierzący, staraliśmy się w miarę możliwości milczeć na trasie i nie przeszkadzać innym.

Dużym szokiem okazała się grupka młodych ludzi, których mijaliśmy na drodze do VII stacji. Każdy z mężczyzn w grupie około 6 osób dzierżył w dłoni spory, może metrowy, krzyż. Nawet takie rekwizyty nie przeszkadzały im w głośnych rozmowach i niewątpliwym rujnowaniu ciszy, którą my akurat mocno się delektowaliśmy. Ich zachowanie sprawiło, że zdjęcia stacji dokonaliśmy z dość dużej odległości uwieczniając ich na tym portrecie.

 

Ciemno jak w… ciemności :p Ten świecący jednorożec to Starsza Szyszkowa

 

Mam głęboką nadzieję, że mimo ich dosłownego upadku pod krzyżem, znaleźli energię, by dotrzeć do celu.

 

 

Nie martw się wszystkim

Panie, naucz mnie zmieniać swoje życie, wybierając i pracując nad sprawami, na które mam realny wpływ” mówi przy VIII stacji Marysia, programistka.

Dawno temu, gdy wyjeżdżałem na pierwsze wycieczki pod namiot, miałem ogromny problem. W moim umyśle tkwiło przekonanie, że w plecaku musi znaleźć się wszystko na każdą pogodę. Do każdego dnia dobierałem po dwa komplety ubrań, tak na wszelki wypadek. Takie postępowanie sprawiało, że mój plecak turystyczny był zdecydowanie przeładowany i niemożebnie ciężki. Szczególnie dobitnie doświadczyłem tego na swoich pierwszych dwóch Przystankach Woodstock. Z Kostrzyna na pole festiwalu trzeba przejść kilka kilometrów. To wtedy dotarło do mnie, że nie ma sensu pakowanie rzeczy na zapas, bo natura w swej istocie rzeczy jest nieobliczalna i trzeba pogodzić się z jej wyrokami.

 

Kto to jest na tym zdjęciu? Ależ zaskoczenie, toż to po raz setny oni!

 

Dlatego na EDK spakowałem się w 1 mały szkolny plecak, niezbyt ciężki, ale wypełniony najpotrzebniejszymi rzeczami. A pokusa, by zabrać wiele niepotrzebnych klamotów była ogromna. Gdy doszliśmy do VIII stacji minęła północ. 8 kwietnia urodziny obchodziła Marta. Nie miałem dla niej tortu, ani świeczek, jedynie prezent w postaci mojej osoby. Na szczęście, doceniła ten ciężki nadbagaż, którym byłem jej w naszej wędrówce. Czasami już tak jest, że choć chcielibyśmy przenosić góry dla naszych najbliższych, im wystarczy samo to, iż przy nich jesteśmy. Sto lat Marta!

 

 

Trzeci upadek Chrystusa

Panie, spraw, aby ta Droga Krzyżowa była dla nas momentem przełomu – upadku i powstania w sile. Pozwól nam narodzić się na nowo w Twojej mocy, przezwyciężając trudy i problemy” prosi Damian, menadżer IT, przy IX stacji.

Jest głęboka noc. Idziemy w głębi lasu. Mamy wyłączoną latarkę, bo lepiej widzimy wtedy ścieżkę. Nagle, słychać charakterystyczny trzask. Ktoś lub coś chodzi w głębi lasu. Przystanęliśmy na moment nasłuchując. Nic się jednak nie wydarzyło, więc ruszyliśmy dalej. Postawiliśmy kilka następnych kroków, gdy znienacka burza przebiegającego stada saren przyprawiła mnie prawie o zawał serca! Że to sarny, możemy tylko zgadywać po odgłosach kopyt. Mrożonce krew w żyłach wydarzenie sprawiło, że stanęliśmy jak wryci.

Chwilę trwało nim otrząsnęliśmy się z szoku. Nie będę kłamał, w tamtej chwili chciałem uciekać, biec przed siebie i jak najszybciej opuścić las. Jedyne co mnie pocieszało, to fakt, że chyba nie były to dziki. Gwałtowny wzrost poziomu adrenaliny poprawił humory w moim małym oddziale. Marta zapaliła latarkę, która zbyt wiele i tak nam nie pomagała. Dawała jednak komfort psychiczny. Gdy ziemia zatrzęsła się po raz drugi od tętentu kopyt, znów obudził się we mnie zwierzęcy instynkt, krzyczący w głowie „UCIEKAJ!”. Nie mogłem tego zrobić, tuż obok mnie stała Marta. Nie mogłem zostawić jej w tym lesie. Poza tym, to tylko sarny, mimo, że żadnej nie widzieliśmy. Prawda?

 

Kto im robił te zdjęcia?! Wszystkie jakieś takie… niedoświetlone!

 

 

Często zakładamy maski

Jezu, daj mi odwagę poznawania prawdy o sobie, abym mogła być prawdziwie wolna” Beata, pracownik fabryki.

Kiedy tak naprawdę możemy zobaczyć swoje własne oblicze? Bez udawania? Bez odgrywania codziennych ról? Bez tego co nam się o nas samych wydaje? Myślę, że prawdziwy sprawdzian charakteru następuje gdzieś około 25 kilometra nieustannego marszu. Nie dlatego, że wtedy spływa na Ciebie łaska prawdomówności albo jakaś magiczna przemiana duchowa ujawniająca prawdę o Twojej osobie. Po przejściu takiego dystansu brak jest zwyczajnie sił na granie. Nogi domagają się odpoczynku, w głowie kiełkuje myśl, że może to nie potrzebne i da się jakoś przerwać marsz.

To bardzo ważny moment. Jedni, rezygnują od razu, bez względu na wszystko. Boją się bólu i wysiłku. Drudzy, nie mogąc przyznać się przed sobą do porażki, zaczynają narzekać, wyrzucać sobie różne sprawy. Często zupełnie nie związane z obecną sytuacją. Trudno stwierdzić, która z tych rzeczy jest gorsza. Na pewno obydwie są jakimś rodzajem prywatnego piekła.

 

Ciemność widzę! Widzę ciemność!

 

My, byliśmy w nastrojach wyśmienitych. Może trzymała nas jeszcze adrenalina po sarnach? Nie wiem. Wiem za to, że Marta jest wspaniałym kompanem w podróży. Widziałem jak zwalnia tempo. Widziałem, jak robi jej się coraz ciężej. Nie chciała jednak przerywać. Szliśmy dalej, włócząc się asfaltową drogą z Tuczna aż do rozdroży przy ulicy Opieńkowej, gdzie w prawie kompletnej ciemności stała X stacja.

 

 

Jutro możesz wzrastać

Jeśli jesteś gotowy dokonać tego wyboru, powtarzaj za mną: Panie Jezu Chryste, ja dzisiaj oddaję się Tobie. Chcę, żebyś był Królem mojego życia a Twoja wola niech się moją stanie.” modli się w rozważaniach Rafał, lekarz.

Z Ekstremalną Drogą Krzyżową nieodłącznie związana jest mistyka. W końcu to droga krzyżowa. Po przejściu 58 kilometrów w zeszłym roku, zapytałem opiekuna trasy, czy to przypadek, że 10 pierwszych stacji jest bardzo blisko siebie, a 4 ostatnie stanowią prawdziwe odległościowe wyzwanie. Zrodziła się w mojej głowie myśl, że celowo ustalono tak trasę, by stacje związane bezpośrednio ze śmiercią Chrystusa były najcięższe do pokonania.

Opiekun roześmiał się i powiedział, że gdy ustalali trasę przez myśl im to nie przeszło. Pogratulował mi takiego natchnienia przez ducha świętego. Nie wiedział, że jestem ateistą.

 

Dla Tych co nie umio(sic!) odczytywać zdjęć z tostera – to jest stacja XI

 

Oto jestem więc na swojej drugiej Ekstremalnej Drodze Krzyżowej. Idziemy w stronę XI stacji. Stacji związanej z przybiciem Jezusa do krzyża. Z Martą dzieje się coś bardzo złego, mocno zwalnia, robimy krótkie przerwy. Gdy dochodzimy do XI stacji, po nagraniu krótkiego filmu, Marta mówi, że nieomal zemdlała idąc tu. Miała mroczki przed oczami i to był jej największy kryzys odkąd wyruszyliśmy.

Zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Zjedliśmy, napiliśmy się ciepłej herbaty, a do mnie powróciło wspomnienie o 4 boskich stacjach z poprzedniej EDK.

 

 

Na pełnym wdechu

Jezu, który pokonałeś śmierć, pokaż mi moją śmierć!” żąda Karol, lekarz.

Nam, odpoczynek na poprzedniej stacji dodał wiatru w żagle. Z nową energią ruszyliśmy w dalszą trasę. Można powiedzieć, że nagłe osłabnięcie Marty trochę mnie otrzeźwiło. Okazało się, iż nie jesteśmy tak niezniszczalni, jak mi się to wydawało jeszcze godzinę wcześniej.

Droga do XII stacji wiodła przez przepiękne pola. Niebo nieco się rozchmurzyło, co pozwoliło nam podziwiać gwiazdy na niebie niezmąconym sztucznym światłem. W takich chwilach człowiek docenia dar, jakim jest życie. Możliwość cieszenia się gwieździstym niebem, jest jak pierwszy wdech po długim nurkowaniu. Nie istnieje wtedy ból, ani ten fizyczny, ani ten duchowy. Pozostaje radość z możliwości doświadczania tak niezwykłych widoków.

 

Muziny z Poznania XD

 

Rozważania XII stacji mówią o wyzbyciu się lęku przed śmiercią. Mnie, bardziej od śmierci przeraża życie bez chwili na zauroczenie pięknym miejscem, książką, obrazem. Życie dla trywialnych spraw, jak większa pensja, czy samochód droższy od tego, który ma sąsiad. Życie życiem, które jest tylko skorupą prawdziwego człowieczeństwa. Takiego życia boję się bardziej niż śmierci!

 

 

Miłość, potężniejsza niż śmierć

Jezu, który umarłeś na krzyżu, dodaj wiary, gdy tracę poczucie sensu” prosi Aleksandra, lekarz, przy XIII stacji.

Co sprawiło, że Marta wzięła udział w Ekstremalnej Drodze Krzyżowej? Jest niewierząca. Z religii świata, najbliższy jest jej buddyzm. Do kościoła na mszę rozpoczynającą EDK musiałem ją zaciągnąć niemal końmi. A jednak, w dniu swoich urodzin, o 4 nad ranem pokonywała 40 kilometr trasy.

– Gdyby rok temu, ktoś powiedział mi, że we własne urodziny będę przechodziła drogę krzyżową i to o 4 nad ranem, ja, śpioch, bez badań wysłałabym kogoś takiego do psychiatryka. – śmieje się tuż po nagraniu filmu z XIII stacji.

 

Co to za maszkary, co się z nocy wyłaniajo?!

 

A jednak szła. Mimo rosnących pęcherzy na stopach i lekkiego utykania na lewą nogę. Dzielnie, choć już nie tak dziarsko, jak na początku. Jestem jej wdzięczny za to, że ze mną poszła mimo swoich urodzin, że okazała się ogromną pomocą a nie balastem. Kto wie, czy bez niej dotarłbym aż tutaj. Przed nami 8 ostatnich kilometrów.

 

 

Zwycięstwo!

Panie Jezu, spraw, abym w każdej porażce odnalazł drogę do zwycięstwa” Marcin, fizjolog.

Ostatnie kilometry trasy okazały się dla Marty koszmarem. Wszystkie pęcherze na stopach pękły, już nie szła, właściwie dreptała. Z minuty na minutę zwalnialiśmy. Wielokrotnie przystawałem, by mogła mnie dogonić, bo zapomniawszy się, zatopiony we własnych myślach oddalałem się od niej. Po pierwszym kilometrze zapytała, czy już blisko? Nie miałem serca, by powiedzieć jej, że jeszcze 7 kilometrów. Skłamałem, powiedziałem, że 5. Lecz nawet ten wyrok Marta odebrała, jak karę śmierci.

Gdy w końcu zdobyliśmy Pola Lednickie mieliśmy pewność, to my w tym roku dotarliśmy do ogromnej ryby, znanej z relacji telewizyjnych, jako pierwsi. Okazało się, że dystans, jaki wypracowaliśmy nad pozostałymi uczestnikami do XI stacji, nawet przy bardzo wolnym tempie na ostatnim odcinku, dał nam przewagę do samego końca.

 

Wielkie Rybsko!

 

Widziałem jak świadomość tej, w gruncie rzeczy nic nie znaczącej, wygranej pomaga Marcie dotrzeć na wzniesienie z metalową rybą. Byłem z niej bardzo dumny, bo pokonała ogromny ból. Dopiero długo później, już w domu, w Poznaniu, okazało się, że jej obydwie stopy, niemal na całej powierzchni podeszwy pokryte są pęcherzami.

Zanim jednak wróciliśmy pojawił się kolejny problem. Byłem przekonany, że z takiego miejsca jak Lednica, łatwo będzie się wydostać. Niestety, okazało się, że najbliższa stacja kolejowa, jest oddalona o 6 kilometrów. Marta nie miała żadnych szans, by przejść ten dystans na pieszo. W swej naiwności, nie zapisałem nas również na busa zorganizowanego przez opiekunów trasy. Wtedy zdarzyła się kolejna niezwykła rzecz.

 

To rybsko chciało nas pożreć ale… na szczęście jest puste w środku XD

 

Na poprzedniej Ekstremalnej Drodze Krzyżowej, po godzinnej przerwie w Tulcach, zacząłem powolny marsz w stronę Poznania. Nie zdążyłem nawet dojść do pierwszego zakrętu, gdy zatrzymał się koło mnie samochód. Kierowca wiedział, że szedłem w EDK i zaoferował podwózkę do domu.

W tym roku, zauważyłem, że z parkingu pod ośrodkiem, w którym przywitano uczestników nocnego marszu ciepłą herbatą i ciastkami, rusza auto. Można powiedzieć, że właściwie zablokowałem mu drogę wyjazdu swoim ciałem. Zapytałem, czy jest szansa by podwiózł mnie i Martę na dworzec kolejowy. Kierowca wahał się ale ostatecznie pozwolił nam wsiąść. Gdy ruszyliśmy, zapytał dokąd ten pociąg ma nas zawieźć? Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że do Poznania.

– O, ja też jadę do Poznania. Mogę Was tam podwieźć. – odparł kierowca

Przypadek, los, Bóg… zdecydujcie sami.

 

Udostępnij...Share on Facebook