10 ludzkich i 4 boskie. Nie warto żyć normalnie, warto żyć ekstremalnie!

10 ludzkich i 4 boskie. Nie warto żyć normalnie, warto żyć ekstremalnie!

Jedna noc, jedna trasa i ja. Niemal 60 kilometrów do przejścia w ramach Ekstremalnej Drogi Krzyżowej 2016. To nie pielgrzymka, każdy idzie własnym tempem a organizatorzy zachęcają do samotnego pokonania trasy. Czy na pieszo to w ogóle możliwe?

Nowelizacja 2018

Postanowiliśmy wrócić do opowieści sprzed 2 lat pisanej dla portalu miastopoznaj.pl, gdyż w tym roku również weźmiemy udział w EDK. Wyruszamy w piątek (23.03), znów na trasie Poznań – Tulce, tylko tym razem nie 57 km lecz równe 60. Bo warto żyć ekstremalnie!

Nigdy nie mów nigdy

Gdyby mi ktoś powiedział pół roku temu, że pójdę na drogę krzyżową – nie uwierzyłbym. Jestem osobą niewierzącą i takie przedsięwzięcia w ogóle mnie nie interesują. Ale jeśli cała sprawa ma się odbywać w nocy, a do przejścia jest 57 kilometrów, wtedy angażuję się w to bez wahania!

O Ekstremalnej Drodze Krzyżowej dowiedziałem się w lutym, choć to już VI edycja. Poznaniacy w tym roku mieli do wyboru cztery trasy. Najdłuższa, ciągnąca się przez 57 kilometrów, z serca Wielkopolski zaprowadziła maszerujących do Tulców. Druga, krótsza o równo 10 kilometrów z Kościoła św. Stanisława Kostki wiodła wprost na pola Lednickie. Trzecia i czwarta liczyły sobie po 44 kilometry. Jedna zaprowadziła uczestników niedaleko Zaniemyśla, druga do Pobiedzisk.

Nie miałem wątpliwości, co do wyboru trasy. Jeśli myślicie, że taka akcja wymaga ciężkich treningów, diety cud, czy karnetu na siłowni, to po prostu się mylicie. Ja nie przeszedłem nawet dwóch kilometrów od momentu postanowienia, że jednak wezmę udział. Nie mówię, że powinniście zrobić tak jak ja. W moim przypadku lenistwo zadecydowało o tym, że się nie przygotowywałem. Takie postępowanie na pewno nie przynosi komfortu psychicznego, dlatego na starcie pod kościołem św. Józefa Karmelitów Bosych na zmianę kręciło mi się w głowie i było mi niedobrze. Choć może to szatan we mnie obawiał się mszy, od której zaczynało się całe przedsięwzięcie. Lecz ja raczej stawiałbym na kompletny brak przygotowania.

– Dla większości ludzi startujących, to wyzwanie jest ponad ich siły. Podczas mszy rozpoczynającej EDK da się wyczuć taki specyficzny rodzaj podenerwowania, trochę wątpienia a trochę niecierpliwości. – Mikołaj Henschke koordynator EDK w Poznaniu.

 

 

Kazanie było o męce Chrystusa i tym, że droga ma nam tą mękę przypomnieć. Trochę dziwnie się czułem, bo ja akurat nie szedłem dla męki tylko przyjemności, ale każdy ma swoje motywacje. Po mszy krótkie przemówienie Mikołaja, który podkreślał hasło imprezy „Nie warto żyć normalnie, warto żyć ekstremalnie!” i w drogę… całe 100 metrów dalej.

Gdzie jest mapa?

Stacja I została ulokowana przy wejściu do kościoła św. Wojciecha. Także godzinę od rozpoczęcia EDK znajdowałem się dosłownie kilka kroków od startu. Od tego momentu na całej trasie obowiązywała reguła milczenia. Oznaczało to, że nawet jeśli ktoś szedł z rodziną, czy znajomymi do XIV stacji musiał powstrzymać się od rozmów. Ustaliłem wcześniej z Mikołajem, że mnie będzie wolno wypowiadać kilka słów przy każdej stacji, więc w ten sposób miałem łatwiej od innych, bo mogłem się wypaplać.

 

 

Droga do drugiej stacji wiodła nieopodal Wartostrady. Piszę, że nieopodal ponieważ w swej naiwności i chęci przebywania bliżej natury, ja, w przeciwieństwie do wszystkich innych uczestników, poszedłem Wartostradą. Oni mieli nade mną tę przewagę, że sprawdzili wcześniej mapę, ja cieszyłem się bliskością rzeki. Gdy ulica Szelągowska zaczęła odbijać w głąb lądu a Wartostada ani trochę, troszeczkę się zaniepokoiłem. Wyjąłem więc papierową mapę z przedniej kieszeni, odkryłem swój pierwszy strategiczny błąd i zacząłem wspinać się pod górę, by wrócić na drogę, mapę chowając do tylnej kieszeni spodni.

Znicz przed wejściem do kościoła św. Karola Boromeusza symbolizował II stację. Wtedy też odkryłem brak mapy w tylnej kieszeni. Jeśli więc ktoś znajdzie mapę z wyrysowaną dziwną trasą, przy rzece, to pewnie moja.

 

 

Brak mapy to przecież nie taki znów dramat, mamy telefony i wszystko jest prostsze. A trzeba przyznać, że aplikacja EDK, jest wygodna, łatwa w użyciu i naprawdę pomaga. Ale nawet ona nic nie pomoże, gdy jest ciemno (ja w swej głupocie nie zabrałem żadnej latarki), a ulica Gdyńska jest w całkowitej rozsypce. Tory już są, asfaltu nie ma, dziękowałem sobie za tak lekki plecak, tylko 2 litry wody, litr herbaty, zapasowa bluza i kanapki. Inaczej, przeprawa przez te wertepy mogła skończyć się rozbitym nosem albo czaszką. Mimo to, nie upadłem. A gdy asfalt wrócił na swoje miejsce, bardzo natężony ruch samochodowy też wrócił.

 

To miałem w głowie, gdy szedłem 😉
Koziegłowy niewyraźne przez zawrotne tempo marszu XD

W tym symbolicznym momencie przyszło mi pożegnać się z Poznaniem i przywitać Koziegłowy. III stacja to krzyż stojący przy połączeniu ulicy Poznańskiej i Kanałowej. Nie trzeba chyba mówić, że to był pierwszy dłuższy ale z całą pewnością nie najdłuższy odcinek trasy. Zupełnie nie zmęczony, pełen energii ruszyłem dalej. Nie byłem pierwszy, wiele osób zdążyło mnie wyprzedzić, między innymi para w której dziewczyna miała na nodze świecącą na niebiesko bransoletkę. Wspominam o nich ponieważ trasa do następnej stacji w pewnym momencie odbijała z ulicy Poznańskiej w generała Stanisława Taczaka. Gdy ja dotarłem do tego miejsca, zauważyłem te parę hen, hen w oddali Poznańskiej, nie było sensu krzyczeć a gdybym za nimi pobiegł, to o dokończeniu trasy nie byłoby mowy. Ciekawe co się z nimi stało i kiedy się zorientowali?

 

Złote słowa

Taczaka jest piękną szeroką ulicą, wiedzie wprost do jakiejś ogromnej fabryki. Mimo zapowiadanego deszczu, niebo było czyste. Łysy księżyc oświetlał mi drogę i wcale nie było zimno. Przy ulicy Piaskowej stał pierwszy samochód z EDK, na całej trasie rozstawione były trzy, w razie nagłego wypadku. Dla mnie była to informacja, że pokonałem pierwsze 10 kilometrów. W mniej więcej takiej odległości miało stać pierwsze auto. Gdzie były pozostałe nie wiem, gdyż razem z mapą zgubiłem rozpiskę ich rozkładu oraz numery alarmowe do ekipy EDK.

Z Piaskowej odbiłem w las. Ciemno i głucho, wokół mnie nie ma żywej duszy. Idę i idę, i idę, i nagle pole a na polu dwie ścieżki. Na wprost szeroka, taka jak dotąd lub w prawo mniejsza i wchodząca znów w las. Myślę sobie „niemożliwe, żeby tu zrobili zakręt, przecież nikt się nie zorientuje”. Ale na drodze po prawej miga czerwona lampka. Na początku myślałem, że to rowerzysta. Lecz lampka stoi jakby bez ruchu. „A może tak właśnie oznaczyli trasę?” pomyślałem. Więc idę za czerwonym światłem, ale gdy już jestem w lesie wyraźnie widzę, że to się jednak porusza. „Kurcze a jeśli to jednak rowerzysta, a ja mam w plecy z kilometr?”, normalnie nie byłoby sprawy ale na takiej trasie kilometrowy błąd decyduje o wszystkim. Wykonałem w swej głowie mentalny rzut monetą. Wypadł orzeł, idę za czerwonym. Jakieś pół kilometra później przy oświetlonym płocie pierwszych budynków Janikowa minąłem uczestnika z czerwoną migającą lampką przyczepioną do spodni.

 

Znaki to jedyna rzecz, którą w nocy widać ;P

 

Mała uliczka prowadziła do IV stacji na skrzyżowaniu Swarzędzkiej, Ogrodniczej i Asfaltowej.

 

 

Z geografii zawsze byłem mierny, takie wyprawy zresztą zwykle organizuje mój serdeczny przyjaciel, który niestety tym razem nie mógł iść ze mną. To też nieopodal stacji IV, gdzie Ogrodnicza rozchodzi się na dwie ulice w prawo i lewo, ja znów byłem w kropce. Mimo mapy na telefonie nie wiedziałem co robić tym razem. Za moimi plecami usłyszałem kroki, po chwili stanął koło mnie inny piechur. Skinąłem mu ręką na powitanie i choć bardzo mnie korciło, to reguła milczenia zakazywała pytania nawet o drogę.

– Którędy teraz? – zapytał on.

– No właśnie nie mam pojęcia. – odparłem i wyjąłem telefon.

– O! Masz aplikację EDK?

– Tak, ale niestety nie daje odpowiedzi, która droga jest właściwa, są za blisko siebie.

– A włączyłeś GPS? – to pytanie podkreśla zarówno to, jak mało rozgarnięty jestem, oraz jak bardzo jestem w tyle, jeśli chodzi o nowe technologie.

– Nie, a to pokaże gdzie jestem?

Nie musiał odpowiadać na to pytanie, bo faktycznie niebieska kropka, którą się stałem na ekranie pokazała nam, którędy trzeba iść. Nim Mikołaj się zdenerwuje, że złamaliśmy regułę milczenia, dodam, że nie rozmawiałem już z żadnym uczestnikiem do końca EDK.

Blisko, szybko i przyjemnie

Ach, jaka piękna trasa, pola, lasy, Leśnictwo Mechowo aż w końcu Wierzenica, kościół św. Mikołaja i V stacja. Zadbany i pięknie wyglądający dom boży daleko odstawał od rozpadających się budynków gospodarczych wokół. 20 minut później, stacja VI w Wierzonce. Ukryta do tego stopnia, że dwóm uczestnikom musiałem pokazywać na migi gdzie jest. To był chyba pierwszy raz kiedy bez słów pokłóciłem się z kimś i dopiero, gdy przyprowadziłem go pod samą stację zrozumiał. Kłótnia była o tyle zajmująca, że zapomniałem nagrać na VI stacji paru słów, lecz cytat z mojej relacji na Tweetterze redakcyjnym brzmiał „Za godzinę północ a ja na 6 stacji. Tu św. Weronika otarla twarz Jezusa mnie ociera plecak… Bardzo XD zaborczy skubaniec”. Plecy po plecaku bolą cały czas.

 

 

Droga do VII stacji nie trwała 15 minut, a do VIII nawet 10. Ładna asfaltowa droga, bez jakichkolwiek aut. „Jeśli tak szybko mi idzie, to co ja będę robił w tych Tulcach o 2 w nocy” naiwnie pomyślałem. IX była już trochę dalej w Tucznie, ale nadal bezproblemowo, wygodnie, jezdnią, gdzie od czasu do czasu przejeżdżało jakieś auto.

 

 

 

Co musieli sobie myśleć kierowcy widząc uchodźców maszerujących wzdłuż drogi, rozrzuconych w kilometrowych odstępach? Może, któryś z nich to przeczyta i odpowie? Z Tuczna Wronczyńską wzdłuż Jeziora Stęszewskiego maszerowałem do X stacji, gdzie przyobiecałem sobie jedyną przerwę na trasie. Miałem nadzieję, że tak jak pozostałe stacje, będzie ona ulokowana w oświetlonym miłym miejscu. Otóż X stacja znajdowała się na środku nieoświetlonej szosy. Napisałbym, że w zapomnianym przez Boga miejscu ale stał tam krzyż, więc chyba Bóg pamiętał. Gdy ja do niej doszedłem dwaj panowie, których w myślach nazwałem braciaszkami przez czołowe lampy, które sprawiały, że wyglądali identycznie, czyli jak dwie świecące lampy, właśnie ruszali na XI stację.

Nie macie pojęcia, jak wygodna jest trawa w rowie przy szosie o 1:07, gdy jest się pośrodku pustkowia, samotnie w ciszy. Rozkoszowałem się moimi 15 minutami przerwy oraz kanapkami z serem. Może to małe przyjemności ale po 5 godzinach marszu bardzo wyczekiwane. Cały czas nasłuchiwałem kroków. Przez całe 15 minut nikt nie nadszedł. Czyżbym był ostatni? Moje tempo nie było oszołamiające, trochę się wlokłem, dużo czasu straciłem, gdy jeszcze nie miałem włączonego GPS. Jeszcze nie miałem pojęcia, że właśnie zdobyłem ostatnią ludzką stację, a przede mną 4 godne miana boskich…

 

XI

Cicho i spokojnie, w marszu przeszkadzają tylko własne myśli. Jeszcze za wcześnie na ptaki. Od czasu, do czasu słychać jakby skrzypienie otwieranych bardzo starych drewnianych drzwi. Kto nigdy nie był nocą w lesie mógłby pomyśleć, iż wiedźma jaka ze swego domku na kurzej stopie wyjrzała. Jednak to tylko drzewa skrzypią, poruszane przez orzeźwiający nocny wiaterek.

Drogę do stacji XI wspominam jako niewyobrażalnie długą i ciągnącą się. Sukces w postaci bardzo szybkiego zdobycia dziesięciu poprzednich stacji rozochocił. Budziło się we mnie przekonanie, że te 57 kilometrów to nic, a z Tulców nie będę potrzebował żadnego autobusu, te kilkanaście dodatkowych kilometrów przejdę bez problemu. Gdzieś na wysokości Gorzkiego Pola byłem szczerze przekonany, że dawno już pokonałem stację XI, nagrałem tam film, w którym opowiedziałem co działo się z Chrystusem w tamtym miejscu. Jednak, okrutny GPS uświadomił mi, że jestem dopiero lub też może aż w połowie drogi do XI.

 

Gorzkie Pole zamiast Gorzkich żali… taki sucharek na drogę 😉

 

Stacja kolejowa Promno była symbolicznym portalem między w miarę normalną drogą a okrutnie wyboistą i kamienistą leśną ścieżką. Szedłem w wąwozie wyobrażając sobie jak musiałbym wyglądać dla kogoś kto przypadkiem znalazł by się na szczycie jednego z dwóch towarzyszących sobie urwisk. Osobiście, miałem wrażenie, że przypominam trochę hobbita, nie za wysoki, w lokowanych włosach idę w płaszczu nocą, tyle, że nie do Mordoru. Choć w pewnym sensie Tulce były moim Mordorem.

Z wąwozu wyszedłem na malowniczą ścieżkę przy Jeziorze Góra. Miała ona jeden minus… ciągnęła się pod górę. Nie była to jakaś wielce stroma góra, lecz dla mnie, w tamtym momencie miała ona wymiar Everestu! Wioska w której znajdowała się upragniona XI stacja przypominała plan zdjęciowy filmu opowiadającego o początkach XX wieku, albo nakreśloną piórem pisarza XIX wieczną polską wieś. Na drodze przy końcu Góry, bo tak też nazywała się ta wioska, znajdował się krzyż koło którego się położyłem. Bracia z czołówkami właśnie ruszali na XII stację. Chwilę poleżałem, posłuchałem jak burki ujadają czując mój obcy mieszczański zapach połączony z wodospadem potu, bo ten po prostu ze mnie wyciekał i ruszyłem dalej.

 

XII

Po mękach związanych z dotarciem do XI stacji wiedziałem, że dalej wcale nie będzie łatwiej. W mej głowie zrodził się nawet taki koncept, że odległość między stacją X, gdzie Jezusa obdarli z szat, XI, gdzie przybili go do krzyża i XII, gdzie umiera, nie jest przypadkowa. Ba, byłem przekonany, że te odległości mają i nam przysporzyć niemałego cierpienia.

Trasa do XII wiodła drogą asfaltową przez najróżniejsze wsie i szosy. Jankowo, Sarbinowo, Paczkowo przecięte wielką drogą Poznańską, krajową 92, aż do Siekierek Małych. Idąc przez bezkresne szosy, z nudów, czy też może z obłędu, który zawsze towarzyszy nadludzkiemu wysiłkowi, zacząłem w myślach rozmowę z Bogiem, w którego nie wierze. Ale w drodze nie wybiera się towarzystwa, akceptuje się to które się ma. Ja mu mówiłem dużo, z natury jestem gawędziarzem, on raczej milczał.

Na długo przed Paczkowem w jednej z naprawdę małych wsi, gdzie było kilka domów na krzyż, wyprzedziłem braci z czołówkami. „Przynajmniej nie będę ostatni” pomyślałem. Na zegarku była już 4, czyli szliśmy ponad 8 godzin. Zakładałem, że przy bardzo dobrym tempie mniej, więcej o 4 będę już w Tulcach, przy dobrym o 6, przy bardzo złym o 8.

Paczkowo było namiastką cywilizacji. Światła, sklepy (choć zamknięte oczywiście), działająca sygnalizacja na przejściu dla pieszych przez ulicę Poznańską. „Stąd na pewno coś jedzie do Poznania” błysnęła myśl, gdy dla mnie świeciło czerwone. Ale nie, idę dalej!

Przy zakręcie do Siekierek stał samochód z ekipą EDK. Jeśli to ostatni na trasie, to, z tego co pamiętam ze zgubionej mapy, mam za sobą 44 kilometry, do pokonania tylko 13. XII stacja była właściwie w polu przy jednym jednorodzinnym domku. Jezus na tej stacji umarł, a ja umierałem ze zmęczenia. W swoim własnym mniemaniu wszedłem właśnie w złoty krąg dwóch ostatnich stacji. Na początku ustaliłem sobie, że jeśli poddam się a do pokonania zostaną mi więcej niż pięć stacji to byłem w kręgu brązowym, jeśli więcej niż dwie stacje to byłem w srebrnym, teraz została już tylko XIII i XIV.

 

XIII

Chyba tylko irracjonalna myśl o tych brązowo-srebrno-złotych  kręgach zmusiła mnie, by wstać z ziemi i ruszyć dalej. No dobra, nadejście braci z czołówkami też wywarło na mnie presję. „Ach, dogonili mnie!” pomyślałem. Ruszyłem drogą przez pola do Rabowic. Cieszyłem się niezmiernie, że krajową 92 udało mi się pokonać na tyle wcześnie, że nie było tam dużego ruchu. Super sprawą był też fakt, iż nie musieliśmy iść żadną naprawdę ruchliwą drogą w trakcie podróży. I to magiczne przeświadczenie pękło niczym bańka mydlana, gdy trafiłem na Średzką, drogę dojazdową do Swarzędza. Tiry, osobówki, busy, wszystko mknęło z prędkością nie mniejszą niż 100 na godzinę. Trzy razy zmieniałem mentalnego pampersa, gdy kolejne samochody mijały mnie o centymetry. Na szczęście, to tylko bardzo krótki kawałeczek, a potem do Kruszewni, gdzie spokój i ciszę zakłócał tylko fetor kurzych odchodów.

Stamtąd przepiękną dróżką przez pola do Szewc. Na tej prostej jak niemiecka autostrada ścieżce obserwowałem przepiękny wschód słońca a zdjęcia, które zrobiłem nie są nawet w 1% tak wspaniałe, cudowne i piękne jak ów obraz, który pośrodku pustkowia mi się ukazał.

 

Jak kałowo i nieprofesjonalnie zrobić zdjęcie wschodu słońca? Tak! 😛

 

XIII stacja zdobyta o 5:54. Jezusa ściągają z krzyża, jego męka dobiegła końca, a moja chyba tak naprawdę się zaczęła.

 

 

XIV Tulce i coś ekstra

Zaskoczona widokiem młodego człowieka pod krzyżem o 6 rano, mieszkanka Szewc wykrztusiła słowa powitania.

– Dzień dobry!

– Dzień dobry Pani! – niemal krzyknąłem i zaraz zrobiło mi się głupio, bo już drugi raz złamałem regułę milczenia.

Szewce opuszczałem ulicą Orzechową, dalej przez Tulecką, która przeprowadziła mnie nad strumykiem o nazwie Kopla. Wiodła przez pola, przy samotnym gospodarstwie odbijała w lewo i tu już chyba stawała się Pocztową. Czy Pocztowa to już ulica należąca do Tulec, czy może jeszcze do Szewc tego nie wiem. Na tym etapie nie zastanawiałem się już, o której będę na miejscu, nie myślałem o brązowo-srebrno-złotych kręgach, nie rozmawiałem już z Bogiem. Nie będzie chyba kropli kłamstwa jeśli stwierdzę, że już o niczym nie myślałem, po prostu szedłem. Ból nóg był dogłębny, to nie było zmęczenie na zasadzie za długiego spaceru, dosłownie czułem jak grawitacja ciągnie mnie do ziemi.

Na horyzoncie pojawiły się trzy osoby i fotograf. Powoli, powoli nabierali coraz bardziej ludzkich kształtów, aż w końcu stanąłem przed nimi.

– Gratulacje! XIV stacja jest tu w kościele! – mówiła bardzo uradowana kobieta.

– Jeśli masz ochotę zapraszamy na ciepłą herbatę i poczęstunek. – zapraszał stojący obok niej mężczyzna.

– Szybko poszło. – dodał ostatni.

Co potraktowałem raczej jako słowa pocieszenia, ale oni nie chcieli powiedzieć kto już dotarł. W kościele nie spotkałem żadnego podróżnika. Modliły się tam tylko Panie, które czuwały całą noc. W bufecie dla uczestników Ekstremalnej Drogi Krzyżowej też nie było żywej duszy. Na początku pomyślałem, że może jestem pierwszy, lecz chwilę po tej myśli dostrzegłem plecak w rogu sali. Plecak był, człowieka nie. Korzystając z okazji poczęstowałem się ciastem czekoladowym. „Boże, jakie to pyszne!” wykrzyknąłem w myśli i z łakomstwa zżarłem jeszcze sześć kawałków. Także z góry przepraszam wszystkich tych, dla których nie starczyło, ale zwyczajnie nie mogłem się powstrzymać.

– Byłeś czwarty, przed Tobą na miejsce dotarł mężczyzna co jechał rowerem, chłopak co teraz siedzi chyba w kościele i ta dziewczyna, która jest w toalecie. To jej rzeczy. – wskazał na plecak leżący w rogu sali starszy mężczyzna, który wszedł do bufetu razem z Paniami, które zrobiły mi jedną z najpyszniejszych herbat jakie w życiu piłem. – Zmęczony po tych 58 kilometrach?

– Jak to 58? – zapytałem zaskoczony.

– A no oficjalnie policzyli długość trasy i im wyszło o kilometr więcej – zaśmiał się starszy mężczyzna.

Prawie 60 kilometrów w nieco mniej niż 12 godzin. Spodziewałem się lepszego wyniku, moje ciało nie spodziewało się, że w ogóle pójdzie na ten marsz. Tabliczka z napisem Tulce, chyba nigdy nikomu nie przyniosła takiej ulgi jak całej dwudziestce, której udało się ukończyć Ekstremalną Drogę Krzyżową. Na starcie było nas prawie czterdzieścioro, połowa nie dała rady. Przez całą trasę ani przez chwilę nie zwątpiłem, nie poddałem się i szedłem dalej, co daje nadzieję na lepszy wynik w przyszłym roku… kto idzie ze mną?

 

 

Ale Tulce to nie Poznań, trzeba jakoś wrócić do łóżka a regulamin EDK mówi wyraźnie, że transport powrotny trzeba załatwić sobie we własnym zakresie.

– Nie chcemy Wam, uczestnikom niczego ułatwiać, sami musicie się zorganizować. Ta trasa ma być odbiciem Waszego świadomego życia, jeśli potraficie poradzić sobie w tak ekstremalnej sytuacji, to w każdej sobie poradzicie. – mówił mi kilka dni przed startem Mikołaj Henschke, koordynator EDK w Poznaniu.

Ja sobie nic nie organizowałem, w ogóle o tym, że idę wiedziała moja dziewczyna i redakcja portalu. Nikomu więcej nic nie mówiłem, próżno było więc czekać na znajomego z autem. Na przystanku dowiedziałem się, że najbliższy autobus mam za godzinę, a że jakoś nie chciało mi się więcej siedzieć i nic nie robić to postanowiłem, że pójdę na następny przystanek.

Już wtedy po godzinnym odpoczynku w kościelnym bufecie chodziłem jak osiemdziesięciolatek z osteoporozą, który zapomniał zabrać z domu balkonik, a wnuki ukradły mu wózek inwalidzki. Innymi słowy, poruszałem się naprawdę, naprawdę bardzo wolno. Gdy doszedłem, a raczej doczłapałem się do skrzyżowania Poznańskiej ze Sportową zatrzymał się koło mnie czarny wóz.

– Kolego, do Poznania?

– Tak! – odparłem.

– To wsiadaj!

Przypadek, los, Bóg… zdecydujcie sami.

 

Nad ranem w Poznaniu ukochanem 😉
Udostępnij...Share on Facebook