Wielkopolska Sława za 42 kilometry!

Wielkopolska Sława za 42 kilometry!

Temperatura -14 stopni Celsjusza. Zamarzają włosy, nosy, ręce a niektórym również inne końcówki. Nie powstrzymało nas to jednak przed dumnym marszem po Sławę. Posłuchajcie opowieści z wnętrza Puszczy Zielonki!

Legenda

Dawno, dawno temu, gdy na świecie nie było jeszcze broni palnej, a masakry w amerykańskich szkołach nie miały miejsca (bo biały człowiek jeszcze tam nie dotarł), na północ od Poznania ciągnęły się bezkresne lasy. Nie jeden rycerz w tych właśnie lasach przechodził próbę męskości zabijając niewinne stworzenia. Sarny, lisy, zające, kuny i jelenie padały od strzał wystrzelonych z łuków młodzików, pragnących mordem udowodnić swoją pozycję w społeczeństwie.

Choć puszcza niechybnie uginała kark pod jarzmem człowieka, był w niej element dzikości, który przerażał najdzielniejszego woja. Od dziecka, każdy chłopiec uczony był, że jeśli posłyszy mrożący krew w żyłach ryk, musi w ten czas uciekać jak najprędzej. Znane były bowiem straszliwe czyny bestii, żyjącej w mrocznych leśnych czeluściach.

Najbardziej zaś doświadczony w tym względzie był Czębor ze wsi Czerwonak. Ów starzec, choć ubogi, uchodził za znawcę leśnych ostępów. Służył radą i pomocą wielmożnym panom z Poznania. Szanowano go, bo wszyscy wiedzieli, że bestia na jego oczach pozbawiła ducha czterech jego własnych synów.

Wczesną wiosną, gdy pierwsze śniegi zaczęły się roztapiać, odkryto kolejne ofiary bestii. Mieszkańcy Poznania nie mogli już dłużej znieść ucisku diabelskiego posłańca. Wybrano zatem czterech najdzielniejszych mężów. Ci zaś zwrócili się do starego Czębora po pomoc w wytropieniu maszkary. Starzec zgodził się wskazać im drogę. Ostrzegł jednak, żeby nie zbliżali się do potwora, a gdy tylko usłyszą najdrobniejszy szelest niech nie wahają się natychmiast wystrzelić z łuków.

Wiele dni błąkali się po lesie. Nie wiedząc jak długo jeszcze i czy w ogóle znajdą bestię zaczęli popadać w rozpacz. Nagle, gdy już wszyscy stracili nadzieję, ktoś usłyszał szum. Tak! To bestia! Ogromna niczym tur. W brązowym futrze biegła w stronę góry. Jedyny z mężnych rycerzy, który był jeszcze w stanie podnieść łuk wystrzelił…

Ryk, to jedyne co zapamiętali. Słysząc demoniczny skowyt, kierowani lękiem z dzieciństwa rzucili się do ucieczki, pozostawiając wielkiego potwora w ciemnościach nadciągającej nocy.

***

 

Przecie to nie Anka tylko Marta

 

Anna miała już czternaście wiosen na karku. Gdy tego ranka wychodziła nazbierać ziółek dla matki, wiedziała, że nie powinna zapuszczać się tak głęboko w las. Jednak już dawno temu odkryła, iż wiosną najdorodniejsze roślinki zbiera się w sercu lasu. Lubiła tak nazywać górę, na którą wdrapywała się z niemałym trudem.

Tym razem jednak na jej szczycie wcale nie znalazła ziółek, i nie one były najważniejsze. Leżał tam bowiem ogromny, przeraźliwie chrapiący niedźwiedź. Nie był to jednak taki zwierz, jakiego Anna widywała, gdy ojciec zabierał ich do miasta na jarmark. Martwe niedźwiedzie na targowiskach były przynajmniej dwa razy mniejsze od tego.

„To musi być prawdziwy król tej puszczy” pomyślała. Wtedy właśnie zwierz przewrócił się mordą w jej stronę. Ujrzała łapę przebitą strzałą z łuku i skapującą po drewnie krew zwierzęcia. Wiedziała, że jej nie wolno oraz jakie wiąże się z tym niebezpieczeństwo, ale postanowiła pomóc biednemu zwierzakowi.

Zakradła się do niedźwiedzia. Dwoma sprawnymi ruchami odłamała grot i szybko wyciągnęła strzałę. Mordę wielkiego stwora przeszył grymas bólu. Wybudził się natychmiast lecz nim zdążył zamachnąć się zdrową łapą, czy choćby ryknąć, Anna już przykładała do łapy okład z dzikich ziół.

Stała się rzecz przedziwna. Nagle, ogromne kły bestii zaczęły się cofać. Pysk zaczął przypominać twarz a futro opadać na ziemię. Przed Anną stanął wysoki mężczyzna w stroju Adama.

„Król puszczy” okazał się zaginionym przed laty rycerzem z wielkiego poznańskiego rodu. Straszna klątwa rzucona przez złego czarnoksiężnika, ukrywającego się pod skórą starca Czębora, została zdjęta jednym, dobrym, ludzkim uczynkiem. Rycerz pokochał Annę i razem zamieszkali w jego poznańskich włościach. Górę na której go uratowano nazywano odtąd Górą Anny lub Dziewiczą górą. Po Częborze zaś, ślad wszelki zaginął i tylko czasami, w mroźną, ciemną noc słychać jak śmieje się wraz z wiatrem z ludzkiej naiwności.

Pierwszy siwy włos

Gdy szumnie ogłaszano w telewizji nadejście mrozów, przyznam szczerze, nie bardzo wierzyłem. Co to jest -10 dla prawdziwego piechura? Z takim przekonaniem wyszliśmy na przystanek Czerwonak Osiedle z ciepłego, klimatyzowanego pociągu Kolei Wielkopolskich. Było piękne bezchmurne niebo. Słoneczko podobnie jak my, właśnie się przebudziło i już wystawało zza horyzontu.

 

Szpiedzy z krainy dreszczowców

 

Nie trzeba było godzin, czy nawet minut, bym zwrócił honor meteorologom. Kolokwialnie mówiąc piździło jak w Kieleckiem. Choć Czerwonak nie jest znów taką małą miejscowością, to różnica odczuwalnej temperatury między nim a Poznaniem wydawała mi się gigantyczna!

Żeby nie tracić ciepła ruszyliśmy w stronę Dziewiczej Góry. Tam swój początek ma niebieski szlak. Niemal trzydziestoośmiokilometrowa trasa jest w zasadzie obejściem Puszczy Zielonki wzdłuż i wszerz. Nie wyprzedzajmy jednak faktów.

By dojść na malowniczą górę, posiadającą nie mniej piękną malowniczą legendę, trzeba najpierw wydostać się z Czerwonaka. Mimo, iż temperatura tego dnia nie była naszą przyjaciółką, udało się nam dostrzec plusy takiej sytuacji.

Po pierwsze, oszronione gałęzie i ściółka przykryta lekką śnieżną pierzynką sprawiały wrażenie, jakby cały las wykonany został z czystego srebra. Tej pięknej aurze przyświecała nasza wspaniała gwiazda (nie mówię tu o Marcie), dodając uroku skrzącym się w jej promieniach kawałeczkom lodu.

 

Iść, ciągle iść w stronę słońca!

 

Po drugie, (bardziej przyziemne niż poetyckie) w tak niskich temperaturach bardzo przyjemnie się maszeruje. Człowiek nie jest narażony na fontanny potu wylewające się z najdziwniejszych miejsc w ciele. Choć latem jest cieplej, to zimą bardziej… higienicznie.

Cztery kilometry ze stacji kolejowej do szczytu góry minęły w mgnieniu oka. Wydawało się, iż nie minęła nawet godzina. Kiedy jednak spojrzeliśmy na siebie coś było ewidentnie nie w porządku. Posiwiały mi wąsy, broda a nawet włosy na skroniach. Czyżbyśmy zdążyli się zestarzeć? A może to jakieś złowrogie czary?

 

Siwy dziad

 

Nic z tych rzeczy. Mróz w puszczy okazał się jeszcze większy niż ten w Czerwonaku. Włosy zwyczajnie mi zamarzły. Choć na wszelki wypadek, wiedząc o grasującym po lesie czarnoksiężniku, wolałem nie zdejmować czapki, by nie okazało się, że oprócz nowego koloru włosów te spod nakrycia głowy całkiem wyparowały.

List do Turysty

Na nasze nieszczęście wieża widokowa na Górze Anny była nieczynna. Szkoda, bo widoki z niej są przepiękne. Taki obrót sytuacji sprawił, że nie tracąc czasu ruszyliśmy niebieskim szlakiem w głąb lasu.

Zaskoczyło nas, iż niebieski kolor ciągnie nas na zachód. Biorąc pod uwagę fakt, iż jedną z miejscowości przez które powinien przechodzić było wysunięte na wschód Tuczno, a cel wyprawy był raczej na północy, zastanawialiśmy się czy idziemy w dobrą stronę.

Naszą uwagę od kierunku marszu ciągle odciągały dzięcioły, sarny i przepiękne zabytki przyrody. Przytulaliśmy wszystkie drzewka z tabliczką zaświadczającą o ich długowieczność. Gdy tak staliśmy wtuleni w korę jednego z dostojnych dębów, w uchu przywartym do drzewa usłyszałem bicie. Na początku pomyślałem, że to złudzenie ale po chwili podwójne uderzenie się powtórzyło. Czy to serce przedwiecznego drzewca przebudziło się dzięki okładom z ludzi?

 

Ona go dotkła w konar… fuj!

 

Ależ skąd, to jeden z przepięknych dzięciołów postanowił zakpić sobie z dwójki wędrowców. Uderzał w drzewo tworząc złudzenie bicia serca. Robił to tak dobrze, że przez chwilę obydwoje z Martą patrzyliśmy na siebie z konsternacją.

Zwiódł nas ten leśny huncwot. Nie byliśmy jednak źli na niego, za ten wyśmienity psikus. Cieszyliśmy się, że możemy podziwiać i piękne drzewo, i pięknego ptaka. Nie przypuszczaliśmy nawet, że kilka kilometrów dalej otrzymamy list od samego lasu. A stało się to tuż przy leśniczówce Nadleśnictwa Łopuchówko.

Las pisał do nas tak:

Jeśli jesteś w dalekiej podróży, / Jeśli miejski zgiełk już Cię znużył, / Na chwilę wstrzymaj swój ,wehikuł czasu” / I po prostu do mnie wstąp – do Lasu. / Mam dla Ciebie pod dachem ławeczkę, / Usiądź na niej, odpocznij chwileczkę. / W ciszy wsłuchaj się w moją muzykę – / To w koronach wiatr pociąga smykiem. / Mam dla Ciebie drogę zieloną, / Czarno-żółtym kolorem znaczoną, / Tam na spacer się wybierz z ochotą / Swym rowerem albo piechotą. / By nie zbłądzić nie zbaczaj ze szlaku, / Bądź uważny i pilnuj znaków. / Ścieżka sama przez bór poprowadzi, / Tajemnice ostępów Ci zdradzi. / Jeszcze tylko o jedno Cię proszę / Abyś śmieci wyrzucił do koszy. / Będę czekał na Ciebie z radością / By umilać Twój wolny czas. / Z pozdrowieniem zielonym – Twój Las.”

 

Wierszyki układają tu korniki XD

 

Alabastrowe złoto

Jedno co naprawdę warto sobie wziąć do serca z tego listu, to pilnowanie szlaku. Jest on bowiem w Puszczy Zielonce chytry i przebiegły. Kilkakrotnie gubiliśmy naszego niebieskiego przyjaciela. Pierwszy raz mocno znikną nam z oczu gdzieś między Czerwonakiem a Owińskami. Wybraliśmy wtedy złą drogę, co udało nam się szybko naprawić i wrócić na szlak.

Głębiej w puszczy sprawa zaczęła się komplikować. Szlak oznaczony jest całkiem słabo. Gdyby nie nasza dociekliwość i doświadczenia z poprzedniej wyprawy do Iłówca, pewnie i tym razem niebieska farba by nas pokonała.

 

Święta Marta od mrozów

 

Natura potrafi nagrodzić odwagę. Idąc w gąszczu natrafialiśmy na cudowne zamarznięte jeziora. Były też dziwne, ustawione przy samej ścieżce ambony. Pierwsze trzy nas śmieszyły, reszta wtopiła się w krajobraz puszczy.

 

„A na początku nie było niczego” – księga Kononowicza wers 1

 

Napotkane po drodze Ludwikowo okazało się jednodomową wsią. Zastanawialiśmy się jak często gospodarze jeżdżą po zakupy i czy nie boją się mieszkać w jednym lesie z czarnoksiężnikiem. Jak się jednak okazało, do cywilizacji nie jest tam zbyt daleko. Nie całą godzinę marszu od Ludwikowa leży Tuczno. Te miejscowość znamy bardzo dobrze z Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Czyli nocnego marszu organizowanego w całym kraju przez współorganizatora akcji „Szlachetna Paczka” księdza Jacka Stryczka. W tamtym roku pokonaliśmy z Martą trasę niemal 50 kilometrów z Poznania na Lednicę. Dwa lata temu, również przechodziłem przez Tuczno w ramach EDK. Wtedy jednak poszedłem w samotny nocny marsz na 60 kilometrów rozpoczynający się w Poznaniu a kończący w Tulcach.

 

Jest taki samotny dom!

 

W Tucznie zrobiliśmy przerwę. Podziwialiśmy niezwykłą budowlę, nazwaną przez gospodarzy „Gospoda pod krukiem”. Przyznam szczerze, że „Restauracja” wyglądała jak plan zdjęciowy „Kuchennych rewolucji”. Tynk się sypie, okolica też raczej nie malownicza. Wierzę jednak, że ów przybytek jest perełką tego miejsca, a my nie poznaliśmy się na jego uroku, bo akurat mieli zamknięte i krytykujemy to z czystej zgryźliwości oraz oczywiście zazdrości!

By nie siać wyłącznie czarnego „pijaru” dodam, że dosłownie kilkadziesiąt kroków dalej spotkaliśmy najpiękniejszego i najbielszego golden retrievera jakiego widziałem w życiu. Zajściu temu towarzyszyła niezwykła sytuacja. Najpierw ujrzeliśmy konia. Kóń jak to Kóń, nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że zaczął tańczyć na nasz widok podrzucając zad do góry i zabawnie biegać po swoim ogrodzonym terenie. Wtedy nagle przy naszych dłoniach pojawiła się przepiękna alabastrowa suczka. Marta dostała od niej nawet buziaka! W tym momencie do zagrody tańczącego konia, jego właściciel (jak się później okazało, również właściciel psa) wprowadził jeszcze jednego kónia i zaczęła się galopada! Ależ to były widoki! Szkoda tylko, że zapomniałem o aparacie…

Jeden wój

Od Tuczna zrobiło się już bardzo leśnie. Las i las, i las, od czasu do czasu gałęzie a potem jeszcze więcej lasu. Słowem nu… coś pięknego! Puszcza Zielonka nie byłaby Parkiem Krajobrazowym, gdyby nie można było tam spotkać niezwykłych okazów (znów nie mówię tu o Marcie). Idąc niebieskim szlakiem traficie na… Rezerwat Przyrody Klasztorne Modrzewie!

 

Nie taka stara znów z niej sosna 😉

 

Cóż w nim takiego niezwykłego zapytacie? Otóż, jest to ośrodek spokojnej starości dla dam sosen oraz dżentelmenów modrzewi. Nasi drzewni seniorzy liczą sobie około stu dziewięćdziesięciu lat! W to dojrzałe społeczeństwo wplatają się również dąb, buk i grab, ich wiek szacuje się  gdzieś między sto trzydzieści a sto dziewięćdziesiąt lat. Nieopodal tego ośrodka położony jest drugi kurort nazywany Rezerwatem Przyrody Las Mieszany. Tu raczej nie przyjmuje się Modrzewi. Mieszkają tutaj mocno posunięte w wieku sosny, a towarzyszą im dęby. Od czasu do czasu trafi się grab lub buk.

Ciszę naszej leśnej asymilacji przerwał dopiero warkot samochodu terenowego, gdy zbliżaliśmy się do Zielonki. Ta niezwykle malownicza miejscowość, zdaje się być sercem Puszczy. Usytuowanie nad ślicznym jeziorem dodaje temu miejscu uroku niczym z baśniowej legendy. Niestety, gdy tam dotarliśmy słoneczko schowało się za chmurkami, co odrobinę popsuło widoki.

 

Na chwałę posępnego Tico!

 

Po malutkiej okolicy, pełnej dziwnych rzeźb oraz przyjaznych, drewnianych figurek, niczym sęp krążyło bordowe Tico. Nie całkiem rozumieliśmy ten tubylczy rytuał. Biorąc pod uwagę fakt, iż dróg w Zielonce mało, pierdzący prawie kaszlak wciąż smrodził nam pod nosami spalinami. Mieliśmy zrobić sobie przerwę nad jeziorem ale zapalczywość Tico wygrała i ruszyliśmy dalej.

 

WTF?!

 

Ten Pinokio wyjątkowo mało kłamał 😉

 

Nie minęło dużo czasu nim naszym oczom ukazała się tablica z napisem Głęboczek. Było to preludium do zakończenia wyprawy. Od tego miejsca do Sławy już tylko 9 kilometrów. Warto jednak w tej wsi zatrzymać się na momencik.

Okazuje się, że by stać się miastem wcale nie trzeba mieć ogromnych drapaczy chmur, galerii handlowych, czy pól wypełnionych blokami z wielkiej płyty. W 1458 roku Głęboczek uzyskał prawa miejskie i w ramach tego dzieła na wyprawę przeciw zakonowi krzyżackiemu wystawił… jednego pieszego woja, co upamiętnia zwalisty głaz w „centrum”. Dziś Głęboczek jest jednak znowu wsią. Najwyraźniej wojów tu we wsi niedostatek.

 

Był wój, było miasto. Nie ma woja, nie ma miasta ;(

 

Omen śmierci i Sława

Niebieski szlak z „upadłego miasta” zaprowadził nas do Dzwonowa. Niezwykłego miejsca na mapie Puszczy Zielonki. Nazywane czasami zaginionym miastem Dzwonowo, swoją świetność przeżywało między XIV a XVIII wiekiem. Trudno uwierzyć, że na terenie, na którym stoją dziś tylko cztery gospodarstwa mieszkało dawniej około dwustu osób. Wieś miała swój kościół a także rynek. Świat zaczął się jednak zmieniać, zmieniły się też trakty komunikacyjne. Dobrze prosperująca niegdyś wieś popadła w zapomnienie.

 

Zaginione miasto D

 

Na nas tymczasem padł blady strach. Tuż za wsią, niczym zły omen, na środku drogi czekała na nas ogryziona nóżka jakiejś biednej sarny. Czyżby znów zły czarnoksiężnik? Taką wiadomość trudno zignorować. Poczuliśmy się jeszcze mniej pewnie, gdy kilka kroków dalej znaleźliśmy opuszczony ludzki cmentarz!

 

To nie jest zbyt pomocna dłoń… czy racica raczej…

 

Cicho wszędzie, głucho wszędzie…

 

Co to będzie? Co to będzie?

 

Otoczone rachitycznymi konarami ludzkie mogiły straszyły swym zaniedbaniem. Zrobiło się jakoś tak smutno, szaro i ponuro. Chcieliśmy się jak najszybciej dostać do Sławy…

Ostatnie kilometry marszu minęły nam szybko. Choć niebieska farba próbowała jeszcze swych niecnych sztuczek i kilka razy nieomal wyprowadziła nas w pole, to trzymaliśmy się dzielnie. Nikt z nas nie chciał skończyć jak sarnia stópka.

 

Dżiuzzeppe, ach Dżiuzzeppe XD

 

Drogę do dworca kolejowego w Sławie Wielkopolskiej wskazał nam kucharz Dżiuzeppe. Złemu Częborowi nie udało się nas pokonać. Choć rzucał swe zaklęcia, próbował nas zgubić, zamrozić, oszukać, a na końcu nawet przestraszyć, to dotarliśmy do celu. Zmarznięci, wygłodniali ale szczęśliwi, że udało się zdobyć Sławę, choć na razie tylko Wielkopolską 😉

 

Sława, blichtr i PKP

Z dziennika Lasrala Marka
Data leśna Anno Lassori 2 marca 2018

Udostępnij...Share on Facebook