Otusz, to droga do Iłówca! (39 km)

Otusz, to droga do Iłówca! (39 km)

Nieokiełznane stęszewskie mustangi, laska elegant i strata szlaku. Oto przygody, które spotkały nas podczas pierwszej w tym roku, długodystansowej pieszej wyprawy. To przecież tylko 39 kilometrów.

Podsumowanie

(Jeśli nie interesuje Cię co u nas przejdź do następnego rozdziału)

Zanim jednak opowiem Wam o wydarzeniach z ostatniego marszu, warto poświęcić chwilę wydarzeniom z 2017 roku. Maszerujemy okolicami Poznania już ponad rok. Poznaliśmy niezwykłe miejsca. Często bardzo blisko stolicy Wielkopolski, o których nigdy nie dowiedzielibyśmy się, gdyby nie ten pierwszy marsz w styczniu zeszłego roku.

Takie atrakcje jak Śnieżycowy Jar, Dziewicza Góra, Wyspa Edwarda, czy nawet malutka wieś o wdzięcznej nazwie Orkowo, byłby dla nas ziemią nieznaną. Na szczęście odważyliśmy się wyjść, pójść a nawet dojść.

Ukoronowaniem zeszłorocznego sezonu, była wyprawa na Przystanek Woodstock w Kostrzynie nad Odrą. Pokonaliśmy pieszo niemal 170 kilometrów! Ale czego się nie robi, by przytulić Jurka Owsiaka?

Chcemy w tym roku dać Wam jeszcze więcej niezwykłych przygód. W planach mamy wielką, naprawdę wielką wyprawę. Ale o tym na razie cicho sza! Nie zapeszajmy. Więcej szczegółów damy Wam na początku kwietnia. Zmieniamy też odrobinę formułę naszych marszów. W zeszłym roku po prostu szliśmy szosami do wyznaczonych wcześniej miejscowości. Teraz chcemy poznać Wielkopolskie szlaki turystyczne i podobnie do bohaterów Pokemonów, złapać je wszystkie. Tymczasem, śledźcie nas na naszym blogu, facebooku, Instagramie lub czytajcie nasze opowieści na portalu miastopoznaj.pl. Będzie o nas głośno w tym roku!

 

Warto było! zdj. Marlena Kuczko Woodstock 2017

Przeklęte perony

Nareszcie świt zastąpił noc / Powietrze świeże jak po burzy / Więc po co chowasz twarz pod koc? / Dzisiejszy dzień się nie powtórzy…

Tę piosenkę śpiewa zawsze największy wróg Marty, gdy ta chce wstać o wyznaczonej porze. Tego dnia wstawaliśmy razem o piątej nad ranem, więc głosy zespołu 2 plus 1 również dla mnie oznaczały koniec snu.

…Czekają gry nie rozegrane / Czekają sny niewypełnione / Czekają wiatry nie schwytane / A każdy woła w Twoją stronę!…

Darł się budzik w komórce starszej szyszkowej. Czy zdążyliśmy go wyłączyć nim złowieszcze trio z zespołu disco zawyło zgodnie „Wstawaj szkoda dnia!”? To nie ma najmniejszego znaczenia. Te słowa i tak wryły nam się w mózgi do tego stopnia, że odgadlibyśmy co to za przebój nawet po jednej nutce, jeśli zmusiłby nas do tego Robert Janowski z programu „Jaka to melodia”.

 

Kawowe serduszko, albo trójkąt albo… wszystko mi zniszczyliście!

 

Śniadanie to owsianka plus kawa. Miałem przeczucie, że to będzie dobry dzień, gdy w moim kubeczku spontanicznie pojawiło się kawowe serduszko. Czarna kawa, jak dusza mojej ukochanej i brązowe serduszko, jak… nieważne.

UWAGA! MĘŻCZYZNO, W ŚRODĘ SĄ WALENTYNKI, LEPIEJ PAMIĘTAĆ NIŻ PÓŹNIEJ USUWAĆ… skutki chwilowego zapomnienia rzecz jasna.

Pociąg z Poznania do Otusza, gdzie mieliśmy rozpocząć marsz, wyjeżdżał o 6:47. My wstaliśmy o 5. Z mojej perspektywy, to nieskończona ilość czasu. Można zrobić wszystko, łącznie z kąpielą z bąbelkami. Jednak w świecie kobiet czas płynie zupełnie inaczej. Dlatego ja przez ostatnie pół godziny spędzone w domu stałem pod drzwiami niczym pies, czekając aż moja właścicielka w końcu łaskawie weźmie smycz i wyprowadzi mnie na szybkie siku.

Dla Marty czasu było stanowczo za mało, wszystko trzeba było robić w pośpiechu i niczemu nie można było poświęcić odpowiedniej ilości czasu. Zgniły kompromis doprowadził do tego, że na dworcu głównym znaleźliśmy się o 6:40. Ustawiłem się w kolejce po bilety.

– Hej, to ja już pójdę na peron. – rzuciła Marta.

„Super” pomyślałem, bo czasu było naprawdę nie wiele. Pociąg już się pewnie podstawiał, a to było regio więc o miejsca siedzące trzeba zawsze walczyć siłą własnych mięśni, sprytem i przebiegłością.

W kolejce przepuściła mnie starsza pani.

6:43 „nie ma szans, nie zdążę”.

6:44 mam bilety biegnę na 1 peron.

6:45 Marty nie ma na peronie, jest za to pociąg.

6:46 Dzwonię do niej.

– Jesteś w pociągu?

– Nie, stoję na peronie. Tu nie ma naszego pociągu. Jest tylko do Olsztyna i to TLK.

– Dziwne, bo ja stoję w naszym pociągu. Gdzie jesteś?!

– Dobra, biegnę!

Chwilę potem, gdy usilnie przytrzymywałem nogą automatyczne drzwi pociągu, na peron wbiegła Marta i zdyszana wskoczyła do pociągu.

– To bez sensu! – mówi do mnie.

– Gdzie byłaś? – pytam lekko poddenerwowany.

– No, przecież 1 peron powinien być na początku, dlaczego jest w środku? – pytała siedząc już w pociągu.

 

Przeklęte perony
Przeklęte perony!

 

Dlaczego 1 peron jest w środku dworca, to dobre pytanie. Czy ktoś z Was kiedyś się nad tym zastanawiał? Dlaczego Polskie Koleje Państwowe tworzą paradoks za paradoksem? Od czego zależy numeracja peronów i cóż za wszechwładny bóg o niej decyduje? To pewnie jedna z największych zagadek naszego wszechświata. Ja pokornie cieszę się jedynie, że moja druga połówka pojechała ze mną do Otusza, a nie z TLK do Olsztyna.

Dziurawie, wszędzie dziurawie

To był chłodny, orzeźwiający poranek. Gdy tylko wyszliśmy na stację Otusz, mróz chwycił nas za policzki i szczypał niczym stara ciotka, z którą widzicie się tylko na Boże Narodzenie. Leniwe słońce wcale nie śpieszyło się, by wyjrzeć znad horyzontu. Jedynie kurki w tej małej miejscowości były strasznie podekscytowane. Gdakały tak głośno, że nawet przez chwile zastanawialiśmy się, czy one nas przypadkiem po prostu nie witają?

 

W tle możecie usłyszeć witające nas kurki

 

Cała zabawa w szlaki turystyczne polega na tym, by być sprytniejszym od tego, kto je malował. Z doświadczenia wiemy, że PTTK lubi ukrywać swoje ścieżki. Toteż wcale nie zdziwiło nas, iż namierzenie niebieskiego śladu farby pod stacją w Otuszu było niemal niemożliwe.

Na nasze szczęście droga do kolejnej miejscowości był tylko jedna. Gdy ruszyliśmy nią do Skrzynek (miejscowości, nie przedmiotów), szlak sam nas odnalazł, machając do nas z jednego ze słupów wysokiego napięcia.

Problem pojawił się jednak już na pierwszym i chyba jedynym skrzyżowaniu w Skrzynkach. Asy z PTTK namalowały szlak na znaku drogowym. Zdziwił nas jedynie fakt, że niebieską farbę pociągnięto dookoła słupa. W takiej sytuacji, na skrzyżowaniu, wszystko jest jasne i klarowne. Po prostu nie wiadomo gdzie iść.

Zaufaliśmy naszej intuicji i trochę mapie internetowej. Ta kazała nam zejść z asfaltowej drogi wprost na piaszczystą leśną ścieżkę będącą równocześnie ulicą o wdzięcznej nazwie Szkolna. Ta malownicza trasa poprowadziła nas wprost do Tomic.

 

Szkolna, to ulica dla prawdziwych twardzieli. Asfalt jest dla ciot!

 

Lulaj go Martuuuniu lulaj to drzewko

 

Granica między zimą a niezimą

 

Zanim jednak tam dotarliśmy Marta zdążyła serdecznie wyściskać zabytek przyrody. Czyli niezwykle urokliwe drzewko stojące sobie przy ścieżkoulicy Szkolnej. Byliśmy też świadkami granicy między zimą a niezimą. Przebiega ona mniej więcej w połowie drogi między Skrzynkami a Tomicami. Dziwne, że nikt wcześniej tego nie odkrył? Ale od czego macie Armię Lasową!

W Tomicach dosłownie cudem wpadliśmy na trop niebieskiego szlaku. Starsza szyszkowa wypatrzyła resztki niebieskiej farby na murze jednego z okolicznych domów. Idąc wśród ekskluzywnych willi, które porastają pobocza tomickich dróg usłyszeliśmy wspaniały dźwięk.

– To żurawie, Marek zobacz! – Marta wskazała na oddalone o kilkaset metrów pole.

Wstyd się przyznać ale z tej odległości, dla mnie, to nie były ptaki. Raczej rozmazane czarne punkciki w oddali. Na szczęście, żurawie śpiewały swe pieśni głośno i doniośle. Więc mogłem podziwiać chociaż dźwięki.

Nie wiem, czy wiecie, ale żurawie w wierzeniach słowiańskich były symbolem przewodników. Podobno to do ich piór i nóg miały czepiać się ludzkie dusze w wędrówce do Wyraju, zamorskiej krainy, kresu żurawiej podróży.

Nam Wyraj raczej nie groził. Nieuchronną konsekwencją przejścia przez Tomice, było jednak znane nam dobrze Rybojedzko (Tu znajdziecie opowieść o zeszłorocznej wyprawie http://piechotasiechodzi.pl/2017/07/21/armii-lasowej-pochod-1-majowy-35-km/).

 

Takie dziwne połączenie słów rybo i dziecko

 

Tym razem jednak nie szliśmy do pięknego Strykowa. Zgodnie z ledwo widocznym i trudnym do odszukania niebieskim szlakiem, polną drogą dotarliśmy do Mirosławków. Niebieska farba prowadziła nas na ogromne pole, tuż za wsią. A tam… dziurawie, wszędzie dziurawie. Na całym polu a nawet na ścieżce, którą szliśmy dziurawie, jak żartobliwie nazywa te ptaki mój ojciec.

 

ukazał mu się las… Żurawi!

 

Skubańce twardo przechadzały się po polu udając na początku, iż w ogóle się nas nie boją. Dopiero, gdy zrozumiały, że my naprawdę będziemy pokonywać tę błotnistą, pełną olbrzymich kałuż drogę między polami, wzbiły się do lotu. Trzy grupy po kilka osobników. Zatoczyły nad nami koło (pomyślałem nawet przez chwilę, że nas osaczają) i pofrunęły w las zostawiając po sobie majestatyczne wspomnienie pięknych skrzydeł.

Stęszewskie mustangi

Pola się skończyły, zaczęły się lasy. Równo z linią drzew pojawił się niebieski szlak. Wcześniej, bardziej domyślaliśmy się niż wiedzieliśmy, że idziemy zgodnie z nim. To co w mieście jest ledwo widoczne, odrapane, zniszczone, w lesie zostało odmalowane i dobrze umiejscowione. Najwyraźniej, wielkopolskie PTTK wychodzi z założenia, że szlaki warto oznaczać jedynie w lasach.

 

Orgazmiczne kwiatki

 

Ten krótki leśny fragment trasy między Mirosławkami a Wielką Wsią okazał się być niezwykle urokliwy. Spotkaliśmy tam mnóstwo saren oraz kwitnące drzewka. Niestety, smród ludzkiej cywilizacji dotarł do naszych nozdrzy, gdy tylko drzewka lekko się przerzedziły. Ktoś najwyraźniej nie miał żadnych oporów przed tym, by palić śmieci na swojej posesji.

Gdy tylko wyszliśmy z zagajnika, niebieski szlak zniknął niczym za dotknięciem magicznej różdżki. Pozostawieni sami sobie na rozdrożu między drogą do Wielkiej Wsi a Krąplewem, wybraliśmy to pierwsze.

 

Nieokiełznany burak

 

Wybraliśmy błędnie. Po krótkim czasie GPS pokazał, że kierujemy się znów w stronę Rybojedzka. Na szczęście nie zdążyliśmy odejść za daleko od skrzyżowania dróg. Pośpiesznie wróciliśmy na właściwą drogę. W Krąplewie, w nagrodę za naprawiony błąd, powitały nas kwitnące bazie. Na początku lutego!!! Trafiliśmy na serię szczęśliwych przypadków, bo oprócz kwitnących roślinek znalazł się również szlak.

 

Samotna chodzicielka

 

Bazie w naszej lutowej bazie

 

W oddalonym nieopodal Stęszewie, już przy znaku z nazwą miejscowości mieszkańcy zamieścili informację „Zakaz wyrzucania śmieci.”. Możemy poświadczyć, iż Stęszewianie skrupulatnie trzymają się tego przepisu. Nic się tu nie wyrzuca, wszystko się pali. Nasze nosy, gardła i płuca dobitnie doświadczyły stęszewskiej dbałości o niezaśmiecanie miasta. Szczególną uwagę służb odpowiedzialnych za dbanie o powietrze w tym mieście zwróciłbym na ulicę Powstańców Wielkopolskich. Tam w jednym z domów niedaleko sklepu Żabka, ktoś pali rakiem płuc instant. Nie polecam i nie zapraszam do odwiedzania tej ulicy!

 

 

My śmieci z dworca w Stęszewie

 

W tej beczce dziegciu znalazło się jednak kilka solidnych łyżek miodu. Pierwszą z nich, jest przepiękny budynek dworca PKP. Z daleka przypominał nam miniaturkę Hogwartu. Mogło być to związane z nawdychaniem się rakotwórczych oparów lub głodem i wyziębieniem. W każdym razie, to właśnie dworzec wybraliśmy na miejsce dłuższej przerwy i posiłku.

 

 

Jaki kraj taki Hogwart

 

Stęszew ma też własną czarownicę! W 1645 roku spalono na stosie w Poznaniu Reginę Boroszkę ze Stęszewa. W trakcie okrutnych tortur przyznała się do lubieżnych czynów z lokalnym diabłem Pacholicą oraz do posiadania nadnaturalnych mocy. Chyba najwyższy czas postawić jej jakiś mały pomnik, za cierpienia, których doznała tylko za to, że była kobietą? Bo w to, iż mieszkańcy nadal czczą czarta Pacholicę nie wątpimy. W powietrzu czuć odór piekielnych czeluści, a może to te niewyrzucone śmieci…

Creme de la crème czaił się jednak u wyjścia ze Stęszewa. Gdy spacerowaliśmy drogą nad Jeziorem Witobelskim nagle ujrzeliśmy stojące w wodzie… konie!

 

 

Koniczki!

 

Koniczki stały sobie jakby nigdy nic po kostki w lodowatej wodzie jeziora. Były najwyraźniej przyzwyczajone do podziwiających ich turystów. Wydawały się zupełnie nie wzruszone naszą obecnością. Trochę nas to ubodło, w końcu nasze mamy powtarzały nam, iż jesteśmy wyjątkowi. A tu jakieś szkapy spod Poznania w ogóle nie cieszą się, że poświęciliśmy im kilka minut naszej cennej uwagi!

 

Patrzcie jak one patatajają

 

W końcu jeden z nich, chyba ten najodważniejszy, podszedł do ogrodzenia, przełożył łeb przez szczeble i chyba oczekiwał jakiejś nagrody za podjęty przez siebie trud. Szybko się jednak zorientował, że podjął ryzyko na marne. To nie polepszyło naszych notowań u stęszewskich mustangów.

Studnia napoleona

Naszą obecnością o wiele bardziej zainteresowane były krówki mieszkające w zagrodzie nieopodal. Ich uwagi od nas nie odwrócił ani przejeżdżający tuż koło nich traktor, ani przechodzący wokół pracownicy gospodarstwa. Dwie brązowe mordki były wpatrzone w nas niczym zahipnotyzowane. Oto uwaga, której pragnie każdy stęskniony za wsią mieszczuch.

 

Co one paczą?

 

Niebieski szlak wiódł nas wybrzeżami jezior Witobelskiego i Dymaczewskiego wprost do Wielkopolskiego Parku Narodowego. Skłamałbym mówiąc, że te tereny były nam nieznane. Jednak Park Narodowy jest cudowny o każdej porze roku i warto się do niego wybrać zawsze!

Kolejną dłuższą przerwę postanowiliśmy sobie urządzić nad malowniczym Jeziorem Kociołek. Właściwie trzeba by powiedzieć w „obszarze ścisłej ochrony Jezioro Kociołek”, jeśli trzymać się sztywnej nomenklatury Parku Narodowego. Koliste jeziorko otoczone jest dwustuletnimi sosnami i dębami. Co ważniejsze, wszędzie widać ślady działalności grupy przestępczej zwanej bobrami. Praktycznie każde przybrzeżne drzewko nosi na korze ślad ich złowieszczych działań.

 

Kociołek

 

Bobrza stołówka

 

Nie będę ukrywał, siedzieliśmy cicho w nadziei, iż uda nam się zostać światkami bobrzej grabieży! Niestety, przez całe pół godziny żaden bóbr się nie pojawił. Było nam bardzo smutno. Może następnym razem będziemy mieli więcej szczęścia.

Tymczasem ruszyliśmy w dalszą podróż niebieskim szlakiem. Nie trzeba było długo maszerować, by dotrzeć na skraj lasu. Tam, na wzgórzu, powitała nas magiczna Studnia Napoleona. Legenda głosi, że gdy Napoleon stacjonował pod Mosiną, poprosił o wodę do obmycia twarzy. Płyn zaczerpnięto z tej stojącej pod lasem studni, a gdy cesarz francuski zamoczył twarz w misce krzykną „Na Boga! To szampan!”. Rozpoczęto poszukiwania miejsca, w którym odkryto złoża szlachetnego trunku. Gdy jednak podwładni Napoleona zaprowadzili go następnego dnia do studni, w środku była już tylko zwykła woda. Odtąd, żyje wśród okolicznych mieszkańców legenda, że raz w roku woda w studni zamienia się w najprawdziwszego szampana!

 

Szampan dla wszystkich!
Podmiejskie oko Boga

 

Był szlak, nie ma szlaku

Nie jesteśmy tak głupi jak Francuzi! Nie daliśmy się nabrać na te bajeczkę i nie spróbowaliśmy wody ze studni (a tak naprawdę, otwór jest zakratowany, więc nie mieliśmy takiej możliwości). Studnia Napoleona, to wrota do Mosiny. Doskonale znamy te miejscowość. Niebieski szlak jest tu dobrze oznaczony, choć w ogóle go nie potrzebowaliśmy, by dotrzeć do dworca PKP.

 

Dom w rozmiarze Marty, czyli XXS

 

Rzadko zdarza mi się trzymać mężczyzn za laski, ale kiedy już to robię… nadal brzmi źle 😉

 

Po drodze Marta znalazła dom w swojej rozmiarówce. Mnie natomiast, udało się chwycić Eleganta z Mosiny za jego nadobną laskę (to nie tak jak myślicie… zboczeńce!). Wszystko było ładnie i pięknie aż do dworca. Tam pojawiły się problemy, bo zniknął szlak.

Na szczęście wszystko wydawało się przedwczesną paniką. Starsza szyszkowa „sokole oko” Marta, wypatrzyła niebieską farbę kierującą nas na ulicę Kolejową w kierunku Iłówca. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak kilka minut później. Otóż, na skrzyżowaniu Kolejowej z Śremską niebieski szlak zaginął całkowicie.

Szukaliśmy go przy nowo wybudowanym wiadukcie, wzdłuż Kolejowej, na ulicy Torowej a nawet na Jana Kasprowicza. Nigdzie nie było białoniebieskiej flagi. Ostatnie 10 kilometrów i taka porażka. Byliśmy i źli, i smutni. Postanowiliśmy dokończyć nasz marsz idąc ulicą Leszczyńską.

To była nudna, prosta jak drut trasa a w dodatku mijało nas mnóstwo śmierdzących aut. Natura, by pokazać nam jak bardzo z nas zakpiła, postanowiła na wysokości wsi Drużyna zrzucić na nas grad z deszczem. To nie było miłe!

By osłodzić gorycz porażki, zrobiliśmy sobie przerwę na słodkości we wsi Nowinki. Stamtąd do Iłówca był już tylko rzut beretem. Nasz zdradziecki niebieski szlak powrócił do nas przed stacją kolejową w Iłówcu. Powitaliśmy naszego przeciwnika z godnością. Świadomi, że PTTK tym razem z nami wygrało…

Nareszcie Iłówiec!
Kto zgasił światło?
Udostępnij...Share on Facebook