Tajna wiadomość dla Jurka Owsiaka!

Tajna wiadomość dla Jurka Owsiaka!

– 170 kilometrów z buta?! – wykrzyknął z niedowierzaniem Jurek Owsiak, gdy ujrzał dwoje śmierdzących obdartusów za kulisami dużej sceny Przystanku Woodstock. A potem nas wyściskał!

Porzuceni

Pobudka czwartego dnia marszu, to nie była kaszka z mleczkiem. Marta po wczorajszym odwodnieniu nie była w najlepszej formie. Pojawiło się poważne pytanie, czy damy radę przejść jeszcze 46 kilometrów?

 

 

Uważny czytelnik zauważy w tym momencie, że w trzeciej części do celu brakowało nam 44 km. Skąd w takim razie dodatkowe 2? Znaki drogowe wskazują drogę do Kostrzyna nad Odrą, nasz marsz natomiast, kończył się nie w mieście a dwa kilometry za nim, na polu namiotowym Przystanku Woodstock.

Już przy śniadaniu Marta stwierdziła, że niestety nie da rady dojść do celu. Mnie było bardzo przykro ale przecież nie mogłem jej zmusić. Nie starczyłoby mi też siły, by ponieść ją i nasze oba plecaki. Po dłuższym przemyśleniu sprawy, zaproponowałem jej układ polegający na rozbiciu trasy na krótkie 7 lub 8 kilometrowe odcinki, po każdym z nich nastąpić miała pół godzinna przerwa. Wszystkie postoje zaplanowałem w miejscach cywilizowanych, by nie spotkała nas niespodzianka podobna do tej z wczorajszej dwudziestokilometrowej pustyni.

 

 

Udało się! W Martę wstąpiły nowe siły. Cyknęliśmy sobie fotkę z kurczakiem, na cześć miejsca, które uchroniło nas od śmierci z pragnienia i ruszyliśmy w trasę. W tej chwili powinna włączyć się podniosła muzyczka z amerykańskiego filmu przygodowego, a my w zdrowiu i szczęściu winniśmy szybko dotrzeć do celu.

Życie to jednak nie sen z Hollywood. Choć użyłem wszystkich swych perswazyjnych sztuczek, by nakłonić Martę do ruszenia w drogę, na pierwszym 7 kilometrowym odcinku, to mnie dopadł ból pleców. Ból ten był koszmarnie nieznośny i w żaden sposób nie dało się go zniwelować. Zaczynał się po prawej stronie karku i promieniując szedł wzdłuż kręgosłupa. Jak bym nie zmieniał pozycji plecaka, nadal uwierał. Po trzech dniach bezproblemowego marszu, mój własny plecak stał się dla mnie zbyt ciężki!

 

 

Z wielkim trudem dotarliśmy do pierwszego postoju w zajeździe „U Anki”. Przywitał nas tam niezbyt miły kot, w niczym nie przypominający starego dobrego Mowiego z drugiego dnia naszej wyprawy. Zrzuciłem plecak i padłem pół przytomny na krzesło na tarasie. Marta poszła zamówić coś ciepłego do jedzenia. Jajecznica, którą tam dostaliśmy w niczym nie przypominała tej, którą zrobiłem nam przed wyjściem z Poznania. Ta w zajeździe była kulinarnym arcydziełem. Być może piszę tak, bo było to moje pierwsze ciepłe śniadanie od dwóch dni. Miałem już serdecznie dość płatków owsianych z wodą!

Trzeźwy i najedzony umysł wpadł na genialny pomysł. Przez trzy dni naszego marszu temperatura utrzymywała się blisko 30 stopni. Dlaczego czwartego dnia miałoby być inaczej? Poranek był oczywiście chłodny i kropiło ale przecież podobnie było trzeciego dnia, a skończyło się upałem. Podjąłem decyzję. Z plecaka wyjąłem trzy rzeczy, które do niczego się mi nie przydadzą a swoje ważą. Był to zimowy, gruby polar, ciemne, długie, dżinsowe spodnie oraz litrowy płyn do mycia ciała. Zapakowałem to w foliową reklamówkę i zakopałem pod liśćmi w lasku koło zajazdu. Obiecałem im, że wrócę po nie po Woodstocku (no co? To bardzo fajne ubrania, nie chciałem ich tracić!)

Stada

Nie wiem i nie chce wiedzieć ile ważyły te rzeczy. Faktem jest jednak, że całkowicie mi ulżyło. Czułem się jak bohaterowie Dragon Balla, gdy zrzucali swoje treningowe szaty, czyli kilka ton lżejszy. Czym jest Dragon Ball nie będę tłumaczył, bo uznaję, że wszyscy wiedzą (a kto nie wie, powinien się szybko dowiedzieć, bo to wstyd i hańba nie wiedzieć!).

 

 

Ruszyliśmy jak to się mówi z kopyta. Szybko dotarliśmy do Krzeszyc. Pytałem Martę, czy chce odpocząć? Lecz ona, równie jak ja, oszołomiona naszym tempem zaprzeczyła. Więc idziemy. I choć nam się wydawało, że Krzeszyce to mała mieścina, znaki drogowe twierdziły, iż ciągnie się przez co najmniej 3 kilometry! Jak inaczej wyjaśnić fakt, że w centrum miasta stoi znak wymierzający odległość do Kostrzyna nad Odrą na 29 kilometrów, a tuż za Krzeszycami kolejny znak poświadcza, że zostało tylko 26?

 

 

Powiem szczerze, nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie starsza szyszkowa. Dla niej zarówno znak 29 a już tym bardziej 26 lały pyszny miód prosto z pasieki na skołatane serduszko. Prawdziwą siłę do dalszej drogi dały jej nie moje gadki, ale te właśnie symbole świadczące jak już niewiele nam brakuje do mety, do celu!

Następnym przystankiem na naszej mapie żabich skoków były Lemierzyce. Marcie spodobała się ta nazwa, bo kojarzyła jej się nie wiedzieć czemu z lemurami. Mnie jakoś mniej ale cieszyłem się, że po wczorajszej traumie nareszcie zaczęła się uśmiechać.

 

 

Lemierzyce to mała wieś znajdująca się nieopodal drogi krajowej numer 24. Dawniej, nieźle prosperująca miejscowość popadła w ruinę, gdy tylko otwarto obwodnicę omijającą wieś. Tak przynajmniej twierdził rodowity mieszkaniec Lemierzyc siedzący koło nas w ogródku piwnym przed sklepem spożywczym.

– Kiedyś wiecie to tu były trzy sklepy! Ludzie mieli robotę a teraz? Beznadzieja! Ja na tirach jeżdżę i widzę jak ta wieś podupadła. – przekonywał, gdy odpoczywaliśmy w ogródku. – Faceci pod sklepem stoją i piwo piją, bo co mają robić? Nie ma roboty!

 

 

Trzeba mu było przyznać, że faktycznie miasteczko najlepiej nie wyglądało. Jestem jednak ciekaw jak to było w czasach, gdy przez wieś codziennie przejeżdżały niezliczone stada tirów. Gdybyśmy się wtedy spotkali, na co by narzekał?

Poznań 166

Z Lemierzyc w tempie błyskawicy dotarliśmy do Słońska. Tak jak się spodziewałem, po południu z pochmurnego poranka zrobiła się kolejna trzydziestostopniowa patelnia. Pech chciał, że najdłuższy kawałek dzisiejszej trasy przypadał na odcinek między Słońskiem a Chyrzynem. 12 kilometrów w piekarniku. Wspomnienia trzeciego dnia były bardzo żywe. Bałem się kolejnego odwodnienia u Marty. Tym razem mieliśmy uzupełnione zapasy wody i to jedno podtrzymywało mnie na duchu. Co było robić? Ruszyliśmy!

Nie będę owijał w bawełnę, było cholernie ciężko. Co 3 kilometry robiliśmy postój. Upiorny gorąc sprawiał, że woda znikała w mgnieniu oka. W połowie marszu przez upiorną asfaltową pustynię wiedzieliśmy już na 100%, iż nie wejdziemy na teren festiwalu o godzinie 17. Oznaczało to, że całkowicie ominą nas obchody związane z upamiętnieniem powstania warszawskiego. Tak, na Przystanku Woodstock co roku oficjalnie obchodzimy rocznicę wybuchu powstania. Niedowiarków zapraszam w przyszłym roku!

 

 

Przez chwilę było mi przykro. Ale z drugiej strony opuszczenie rocznicy, to mała cena za przyjście na Przystanek Woodstock piechotą. Zwłaszcza, że przecież tak niewiele nam brakowało! Wstaliśmy z asfaltowego pobocza i mimo upału szliśmy dalej.

Musiało być już gdzieś po 17, gdy dotarliśmy do miejsca oznaczonego na mapie jako Chyrzyno. Drugi raz podczas tej wyprawy daliśmy się nabić w butelkę. Owo Chyrzyno podobnie jak Wałdowice nie jest żadnym miastem. Przynajmniej nie w miejscu, które pokazuje mapa. O ile w barze z kurczakami w „Wałdowicach” można kupić coś do picia, o tyle w „Chyrzynie” nie da się dostać niczego. Stoi tam jedynie dziwny budynek otoczony płotem.

Do centrum Kostrzyna zostało nam jakieś 5 kilometrów. Po krótkiej odsapce powlekliśmy się w jego stronę. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy dosłownie 500 metrów dalej zza przejazdu kolejowego, wyłoniła się stacja benzynowa! Uzupełniliśmy zapasy wody, a ponieważ odpoczęliśmy wcześniej, byliśmy gotowi do dalszej drogi.

 

 

Gdy spojrzeliśmy w stronę szosy, którą przeszliśmy naszym oczom ukazał się przepiękny znak potwierdzający, że od Poznania z miejsca, w którym stoimy dzieli nas 166 kilometrów! Łza w oczku sama się zakręciła. Ale to wcale nie był koniec atrakcji, bo tuż przy stacji znajduje się rondo a za rondem jeden z najpiękniejszych znaków jakie ujrzałem w życiu!

 

 

Z buta?!

Po 166 kilometrach byliśmy nareszcie w Kostrzynie nad Odrą. To są emocje, których nie da się opisać. Radość mieszająca się z bólem, euforia tocząca walkę z niedowierzaniem. Szliśmy przez to miasto tak, jakbyśmy dotarli na biegun północny. Wszystko było jakby całkiem nowe mimo, że przecież byłem tu już 10 razy!

 

 

Stan podwyższonego ryzyka przyznany w tym roku Przystankowi Woodstock dawał się we znaki. Policjantów było więcej w całym Kostrzynie. Na ostatniej prostej do terenu festiwalu poustawiano betonowe bloki najwyraźniej w obawie, przed chcącymi taranować ludzi terrorystami. Ja chciałem taranować te bloki ze szczęścia, z radości, że udało nam się dotrzeć aż tutaj i to w zaledwie 4 dni.

 

 

Gdy weszliśmy na teren 23 Przystanku Woodstock od razu pod dużą sceną czekała na nas ekipa TVN24. Okazało się, że Jurek Owsiak czeka na nas za dużą sceną.

– 170 kilometrów z buta?! – wykrzyknął z niedowierzaniem prezes Fundacji WOŚP, gdy ujrzał dwoje śmierdzących obdartusów za kulisami dużej sceny Przystanku Woodstock.

Mimo niewątpliwego fetoru, którego nie dało się od nas nie czuć, wyściskał nas mocno i serdecznie. Pytał skąd przyszliśmy? Który to nasz Woodstock? Czy było ciężko? Co może dla nas zrobić?

Wstyd się przyznać, ale naszą jedyną prośbą był ciepły prysznic. Wręczyliśmy Jurkowi tajną wiadomość od dowództwa Armii Lasowej, jej treść możecie poznać tutaj:

 

 

Dla tych, którzy nie chcą, nie mogą, bądź nie potrafią odtworzyć filmiku podpowiadam, Armia Lasowa w liście do Jerzego Owsiaka, nakazała by ten ogłosił całemu światu, że MIŁOŚĆ JEST NAJWAŻNIEJSZA!!!

Jurek wypełnił polecenie Armii Lasowej, a my, jej wierni żołnierze, otrzymaliśmy wynagrodzenie w postaci  bardzo ciepłego prysznica! Co jak wie każdy Woodstockowicz jest najcenniejszą walutą na Najwspanialszym Festiwalu Świata.

Tym optymistycznym akcentem mógłbym zakończyć moją opowieść, gdyby nie wydarzenia z następnego dnia!

 

zdj. Marlena Kuczko

 

Otóż dzień po naszym dojściu na Przystanek Woodstock, jedna z fotografek woodstockowych zaprosiła nas na kilka zdjęć. Razem z fotografką Marleną Kuczko (która jest autorką zdjęcia powyżej) przyszedł chłopak z pokojowego patrolu. Z początku myślałem, że po prostu eskortuje osobę z legitymacją fotografa, może z powodu podwyższonego ryzyka? Jednak, gdy skończyliśmy robić zdjęcia podszedł do mnie i powiedział:

– A pamiętasz motocyklistę, którego spotkaliście pod Poznaniem? – zagaił, a ja automatycznie pomyślałem sobie, że ten chłopak, którego spotkaliśmy pierwszego dnia marszu musiał opowiedzieć kolegom patrolowcom o świrach idących na pieszo. Pewnie obecny tu patrolowiec chciał przekazać pozdrowienia od motocyklisty.

– Pamiętam, znacie się? – odparłem.

Patrolowiec roześmiał się gromko.

– To ja jechałem na tym motorze!

Ha, jaki świat jest mały pomyślałem.

– Jak nas znalazłeś bracie, skąd wiedziałeś, że tu będziemy?

– Moja dziewczyna Marlena powiedziała, że idzie robić zdjęcia ludziom, którzy przyszli na piechotę z Poznania na Woodstock. Pomyślałem, że to musicie być Wy!

Tak kończy się wspaniała czterodniowa podróż na najpiękniejszy festiwal świata. 23 Przystanek Woodstock przeszedł już do historii. Nie wierzcie jeśli ktoś mówi Wam, że czcimy tam szatana, konstruujemy bombę, czy przechodzimy na Islam. Przez 3 dni panuje w Kostrzynie Miłość, Przyjaźń i Muzyka. Mam nadzieję, iż kiedyś MIŁOŚĆ STANIE SIĘ NAJWAŻNIEJSZA, tak będzie lepiej dla całej ludzkości. Inaczej cóż, wyginiemy, jak dinozaury…

Koniec części IV ostatniej

PS. Ubrania pozostawione przy zajeździe „U Anki” odzyskałem tuż po Woodstocku. Jak? Niech to pozostanie moją i Marty słodką tajemnicą 😉

Udostępnij...Share on Facebook