Leży na poboczu miotana drgawkami! Co robić???

Leży na poboczu miotana drgawkami! Co robić???

Dziennik Lasrala 13, data leśna 18 października 2017

– Marek, przejdźmy dzisiaj trochę więcej, to jutro nie będziemy musieli się tak męczyć. – zaproponowała Marta. Gdybym wieczorem trzeciego dnia pieszej wędrówki na Przystanek Woodstock powtórzył jej te słowa, prawdopodobnie wydrapałaby mi oczy!

Tefałeny

Poranek był pochmurny, lekko kropiło. To cudowna odmiana po dwudniowej smażalni. Szybko się spakowaliśmy i zadbaliśmy, by w pięknym lesie, w którym przyszło nam nocować, nie pozostał po nas najdrobniejszy ślad. Jako Armia Lasowa musimy dbać o swój wizerunek wśród leśnych stworzonek! W trasie byliśmy już od 6 rano.

 

Gdy poprzedniego dnia daliśmy się oszukać znakom drogowym i zamiast 5 kilometrów, szliśmy do stacji benzynowej 13, obiecaliśmy sobie nigdy więcej im nie zaufać. Dlatego daliśmy się oszukać kolejnym, wychodząc z miejsca noclegowego pod Wierzbnem. Tym razem, przydrożny znak mówił o 8 kilometrach. Na szczęście, stacja benzynowa pojawiła się już po 11. Oprócz sytuacji ze stacją, były też inne znaki zwiastujące nadchodzące nieszczęście, od choćby potrójny krzyż przy drodze.

Nie zrażeni takimi omenami szliśmy beztrosko przez pola, łąki, lasy i wsie. Gdzieś za małym miasteczkiem Przytoczna, nieśmiałe słoneczko zaczęło wychodzić zza chmurek. Ten nasz kochany, ognisty potwór w krótkim czasie rozgościł się nad horyzontem i jakby wczoraj nic się między nami nie wydarzyło, znów począł jarać mnie na fioletowo!

Ani się obejrzeliśmy, a przed nami wyrósł znak Skwierzyna. To była świetna informacja! Po zaledwie czterech godzinach byliśmy prawie w połowie drogi do Wałdowic, gdzie mieliśmy kolejny nocleg. Z tej radości i spotkania z ekipą TVN24 postanowiliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę.

Tefałeny przegoniły nas trochę po Skwierzynie w poszukiwaniu najlepszych kadrów. A my, trochę jak te owieczki, daliśmy się przeganiać nie zważając na zmęczenie. Cała zabawa trwała prawie dwie godziny, kolejne dwie upłynęły nam na odpoczynku i pierwszym od dwóch dni prawdziwym obiedzie.

Pustynia

Wyszliśmy ze Skwierzyny około 14, było bardzo późno a winić za to mogliśmy tylko siebie i nasze lenistwo. Na szczęście, przydrożny znak z szacowaną odległością od Kostrzyna nad Odrą podniósł trochę morale oddziału. Naszym oczom ukazała się genialna liczba 60. Zaledwie 60 kilometrów dzieliło nas od miasta, w którym odbywał się najpiękniejszy festiwal świata!

 

 

Ów znak niósł jeszcze jedną fantastyczną wiadomość. Do naszego dzisiejszego celu – Wałdowic – zostało już tylko 20 kilometrów. Nie przesadzę ani trochę jeśli napiszę, że te 20 km było najstraszniejszą trasa w całej historii naszej podróży!

Cały horror rozpoczął się, jak to zwykle bywa, od głupoty głównych bohaterów. W tym przypadku, od mojej głupoty. Wychodząc ze Skwierzyny byłem tak pewny tego, że między Skwierzyną a Wałdowicami musi być jakiś sklep, że praktycznie nie zabraliśmy ze sobą żadnej wody. Piszę żadnej, bo mieliśmy jej dokładnie pół litra. Co w wypadku ponad trzydziestostopniowego upału, rozgrzanego asfaltu i otaczającego nas zewsząd lasu iglastego, można śmiało nazwać próbą samobójstwa.

Długa, prosta droga i piaszczyste pobocze, nic oprócz tego i mijających nas aut nie widzieliśmy. Problemy zaczęły się mniej więcej po 5 kilometrach. Widziałem po twarzy Marty, że nie jest najlepiej. Było źle a nawet tragicznie. Mniej, więcej na 10 kilometrze zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu. Nie mieliśmy już wody. Marta była skrajnie wyczerpana. Strasznie bolały ją nogi.

Zapytałem człowieka, który krótko po nas zjechał autem na postój, czy mógłby nam odlać trochę wody. Odpowiedział, że nie. Wyrzucił jakieś śmieci w las i szybko odjechał. Chwile po jego odjeździe na parking wjechały dwa tiry.

– Przepraszam Panowie, macie może trochę wody, bo nam się niestety skończyła? – zagaiłem.

– Nie, nie mamy. – odpowiedział kierowca pierwszy.

– Andrzej, może zawieziemy ich do baru? – zapytał ten drugi.

– Zawieźć was? – zapytał nas ten pierwszy.

– Nie dzięki, my chcemy dojść na pieszo na Woodstock. Daleko stąd ten bar? – zapytałem.

– Jakieś 5 kilometrów, zaraz powinien być. – zapewnił jeden z nich, już nawet nie pamiętam który.

I wtedy dokonał się jeden z cudów tej wyprawy. My już ruszaliśmy w trasę kiedy Andrzej zawołał.

– Hej kolego podejdź tu. Skoro Wy na piechotę, to odleje Ci trochę mojej wody! – i mogłem przysiąc, że widziałem w oczach Andrzeja podziw wywołany naszą wyprawową deklaracją.

– Powodzenia! – życzyli nam, gdy się rozstawaliśmy.

Koniec już blisko

Panowie uzupełnili całą naszą dwulitrową butelkę. Marcie zrobiło się troszkę lepiej. Wróciliśmy na piekielny słoneczno asfaltowy szlak. Było już koło 17 a słońce nadal waliło w nas niemiłosiernie. Marta cholernie się wkurzyła, gdy po 5 kilometrach zamiast obiecanego baru witała nas ta sama asfaltowa pustynia.

Auta jeździły coraz rzadziej, a starsza szyszkowa szła coraz wolniej. Nie było mi do śmiechu. Z jednej strony, widziałem na mapie, że do celu dzisiejszej podróży już tylko 4 kilometry. Z drugiej, dla mojej partnerki każdy metr stawał się kilometrem. Prawdziwy problem i chyba załamanie nastąpiły w Marcie, gdy w ciągu jednego kilometra 3 razy zapytała ile jeszcze a odległość prawie się nie zmniejszała.

Poranna optymistyczna perspektywa zakładająca nadrobienie dziś kilku kilometrów, by jutro szybciej dojść do Kostrzyna, nie tylko przestała istnieć, eksplodowała i mocno zachwiała tym, czy w ogóle dziś dotrzemy do miejsca, w którym mieliśmy spać! Trzy kilometry przed celem dzisiejszej podróży Marta nie wytrzymała. Usiedliśmy w rowie przy drodze. Początkowo starała się wmówić, bardziej sobie niż mnie, że to tylko na chwilę. Potem zaczęła rozważania, czy nie lepiej przespać się w tym miejscu i jutro ruszyć z nowymi siłami.

Chciała się czymś przykryć a przecież z nieba sypał się ogromny żar. Wtedy zauważyłem, że ona ma dreszcze. Boże, w jaką ja popadłem panikę (w swoim wnętrzu oczywiście, bo na zewnątrz starałem się przed nią grać sopel lodu). Przecież nie potrafiłbym nawet wyjaśnić służbom ratunkowym gdzie jesteśmy!

Dwukrotnie zatrzymywały się przy nas auta. Dwukrotnie niemal siłą próbowałem wepchnąć starszą szyszkowa do tych aut, by zawieźli ją do najbliższej stacji, czy baru. Nie dała się! Siedzieliśmy na tym poboczu tak długo, aż drgawki jej przeszły. Wstała i bardzo powoli ruszyliśmy w dalszą drogę.

Wybawienie

Myśmy nie szli, my się wlekliśmy. Marta poruszała się naprawdę ostatkami sił. Gdy jej powiedziałem, iż do celu zostało jakieś 900 metrów po prostu się rozpłakała. Bynajmniej, nie ze szczęścia.

Ostatnia prosta tego dnia ciągnęła się pod górkę. Jakby na złość, jakby nawet w tej ostatniej chwili pech nie chciał nam odpuścić. Gdy cudem dotarliśmy na szczyt górki, okazało się, że coś takiego jak Wałdowice nie istnieje! Nie ma tu żadnego miasta, miasteczka, czy wsi chociażby. Miejsce nazwane na mapie Wałdowice, to namiot przymocowany do przyczepy, w której sprzedaje się kurczaki z rożna.

Doczłapaliśmy się do tego namiotu. Musieliśmy zrobić niezłe wrażenie, bo pani z obsługi szybko do nas podeszła i zapytała co nam się stało. Wnioskuję, że wyglądaliśmy strasznie. Marta natychmiast położyła się na ławce. Ja musiałem mówić bardzo niewyraźnie, bo pani pytała o wszystko po trzy razy.

W końcu, gdy już wypiliśmy zachłannie napoje, które u niej zakupiliśmy zapytała:

– Czy wy macie gdzie spać?

– Myślałem o jakimś polu namiotowym. – skłamałem, bo przecież nie powiem jej, że zaraz pójdziemy do lasku za bar, by się tam rozbić.

– Tu w okolicy kilku kilometrów tylko lasy, nic nie ma. – zaniepokoiła się – Czekajcie, ja zadzwonię do szefa. Tu za barem jest pole. Rozbijecie się tam. Ochrona pilnuje całego terenu przez całą dobę, będziecie bezpieczni. Tu w rogu jest kran z czystą wodą, możecie pić ile chcecie.

Wróciła po jakichś pięciu minutach. Szef zgodził się na nocleg! W końcu nasz pech minął!

Obserwowałem jak na twarz starszej szyszkowej wracają kolory. Z każdym łykiem wody wracały jej siły życiowe. Po godzinnym odpoczynku w barze postanowiliśmy rozbić namiot na strzeżonym polu i z niekłamaną rozkoszą utonąć w objęciach Morfeusza.

Do Kostrzyna już tylko 44 kilometry!

Koniec części III

Udostępnij...Share on Facebook