Opuszczone cmentarzysko? Poczthalteria? Błądzenie po asfaltowej pustyni? Kochamy to!

Opuszczone cmentarzysko? Poczthalteria? Błądzenie po asfaltowej pustyni? Kochamy to!

Dziennik Lasrala 12, data leśna 11 października AL 2017

Drugi dzień marszu na 170 kilometrów był jak pierwszy w życiu maraton. Gdy zaczynasz wydaje Ci się, że jesteś niepokonany i nic nie może Cię zatrzymać. Pod koniec modlisz się, by to się już skończyło i prosisz o szybką, bezbolesną śmierć!

Niecodzienny gospodarz

4 nad ranem. Sen tej nocy przychodził i odchodził niczym niezdecydowany klient w Żabce. Nie policzę nawet ile razy się przebudzałem. Dlatego, gdy zadzwonił budzik cieszyłem się, że to koniec tortur.

 

 

Słońce jeszcze nie wyszło zza linii drzew, gdy zaczęliśmy się pakować. Na śniadanie w takich sytuacjach zjada się płatki owsiane, z rodzynkami i innym zdrowymi paskudztwami pod tytułem orzechy, żurawina i co tam jeszcze starsza szyszkowa wymyśli. Wszystko to zalane wodą mineralną. Brzmi barbarzyńsko ale uwierzcie mi na słowo, było pyszne! Mało rzeczy nie jest pysznych po przejściu 42 kilometrów.

Grzebaliśmy się z tym zbieraniem strasznie, bo miejsce pierwszego obozu udało nam się opuścić jakieś dwie godziny później. Ledwo wyszliśmy z zagajnika, który przygarnął nas na noc, a tu jakieś niecałe 500 metrów od miejsca, w którym spaliśmy stał przydrożny hotel!

 

 

To w pewnym sensie tłumaczyło, dlaczego w nocy tak wielu ludzi kręciło się przy naszym namiocie. Zwłaszcza, że rozbiliśmy się na ścieżce, która mogła, choć oczywiście nie musiała, prowadzić do jakiegoś przydrożnego miejsca schadzek wyczerpanych Panów kierowców z Paniami hmmm… niezbyt ciężkich obyczajów.

 

 

Przy przydrożnym hotelu stała również przydrożna restauracja. Po niezwykle burzliwej nocy postanowiliśmy wypić tam kawę. Okazało się, że terenu wokół lokalu pilnuje jeden z najbardziej przyjacielskich piesków na naszej planecie. Mowi jest ogromnym, postawnym mieszańcem. Umaszczeniem przypomina polską, swojską krówkę.

 

 

Mowi, jako porządny zarządca majątku, podchodzi do każdego nowego gościa i wita się bardzo czule. Czasami pozwalając sobie nawet na wymierzenie bardzo ślinianego całusa w policzek, czy gdziekolwiek tam trafi jęzorem. My, tak spodobaliśmy się obrońcy tego przybytku, że leżał z nami do końca wizyty. Czuję, że gdyby nie właściciele, to wyruszył by z nami w dalszą wspaniałą podróż do Jurka!

Poczthalteria

Gdy w końcu ruszyliśmy zegar nieubłaganie wskazywał 7 rano. Bezchmurne niebo pozornie mogłoby wydawać się Wam czymś pozytywnym. Jednak my posiadając doświadczenie z dnia poprzedniego wiedzieliśmy, że czeka nas kolejny dzień w smażalni. Było rano, a na termometrach już około 18 stopni.

 

 

Bardzo szybko dotarliśmy do Pniew, jedynego względnie „dużego” miasta, które tego dnia znalazło się na naszej trasie. Trzeba przyznać, że gdy nigdy wcześniej nie słyszało się o tym miejscu, to może zaskoczyć. Nad wszystkimi budynkami w okolicy góruje budowla, która w pierwszej chwili sprawia wrażenie zamku.

 

 

Nic bardziej mylnego, jest to bowiem budynek dawnej poczty dyliżansowej. W pierwszej połowie XIX wieku, gdy te tereny znajdowały się pod zaborem Pruskim, Pniewy jako jedno z wielu miast stało się przystankiem dla dyliżansów przewożących listy oraz pasażerów. Był to złoty okres dla miasta. Co roku przewijało się przez nie tysiące ludzi. Pniewska poczthalteria znana była z cudownego wystroju oraz wyśmienitej kawy. Przez ten wspaniały budynek, który do dziś robi niezwykłe wrażenie, przewinęli się tacy ludzie jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki (ciekawe czy się tam spotkali?) czy Zygmunt Krasiński. Niestety, rozwój technologiczny sprawił, że dyliżanse przestały być potrzebne, a budynek do dziś niszczeje w zapomnianych przez podróżnych Pniewach.

 

 

To miasto jest prawdziwą kopalnią niezwykłych zabytków. Nam udało się zobaczyć jeszcze tylko Klasztor Zgromadzenia Sióstr Urszulanek. Swoją drogą, siostry słuchają radia Maryja tak głośno, że słychać wyraźnie spikera nawet z przeciwległej ulicy. Odważnemu turyście, który zechce zwiedzić to miasto polecam udać się do pałacu, wybudowanego w XVIII wieku dla ówczesnego właściciela miasta Władysława Szołdrskiego. Są tu również wspaniałe kościoły, które warto zobaczyć choćby dla samej architektury. Zaś na koniec zwiedzania, można zawsze schłodzić głowę w Jeziorze Pniewy.

Starsza szyszkowa prezentuje herb miasta.

 

Cmentarzysko

Dalsza część trasy mijała nam prozaicznie. Pobocza, małe wioseczki i, pierwszy raz odkąd wyszliśmy z Poznania, potężne wielkie lasy. Nie takie tam zagajniczki, jak ten w którym spędziliśmy noc. Fantastyczne dżungle, często z bagniskami. Była to świetna odmiana dla płaskich jak stół, usianych polami uprawnymi terenów podpoznańskich.

 

 

Jeśli wcześniej czytaliście o naszych przygodach, to wiecie, że zgodnie z tradycją musieliśmy się natknąć na opuszczony, zaniedbany cmentarz. Nie inaczej było tym razem. W Orzeszkowie, jakieś 109 kilometrów przed Kostrzynem nad Odrą, tuż przy drodze krajowej numer 24, stoi coś, co dla niewprawnego oka mogłoby się wydawać opuszczonym parkiem miejskim.

 

 

W rzeczywistości jest to stary cmentarz kalwiński z początków XIX wieku. Miejsce spoczynku znaleźli tu niegdyś bardzo szanowani członkowie znanych Wielkopolskich rodów, takich jak Bronikowscy, Bukowieccy czy Żychlińscy. Z zachowanych do dziś nagrobków największe wrażenie robi żeliwny obelisk postawiony ku pamięci Jana Wilhelma Kassyusza. Ów jegomość był pastorem zboru w Orzeszkowie. Działał na rzecz rozwoju polskiego rolnictwa i przemysłu w Wielkopolsce.

 

 

Dziś jednak to miejsce pełne jest chwastów, poprzewracanych zniczy i rozpadających się nagrobków. Nie pomaga fakt, że teren nie jest pilnowany, a wejść na niego może każdy z ulicy, na przykład my. I gdy już wybudziliśmy się z szoku cmentarnego, ruszyliśmy w stronę oddalonego o kilkaset metrów Kwilicza.

Oszukani

 

 

To małe miasteczko stało się naszym pierwszym przystankiem w drugim dniu marszu. Najważniejszą potrzebą był dla nas krem z filtrem. Bezchmurne niebo i temperatura wahająca się na granicy 30 stopni, przeobrażała moją skórę na rękach w fioletowe narzędzie tortur. Nie spodziewaliśmy się jednak, że w jedynej Biedronce w okolicy będą akurat ogromne kolejki. Miało to dwie przyczyny, po pierwsze, jak już wspomniałem, był to jedyny otwarty sklep w okolicy. Po drugie, była niedziela i szczęśliwi Polacy wyszli właśnie ze świątyni chrystusowej, by udać się do świątyni zakupowej. Zresztą, obie te instytucje oddalone są od siebie o niespełna 100 metrów.

Gdy udało nam się zdobyć niezbędne artefakty w postaci kremu z filtrem i wody, postanowiliśmy, że udamy się jednak na jakąś przydrożną stację, gdzie będzie ciszej, spokojniej i jakoś tak… normalniej. Sytuacja nam sprzyjała, bo znaki przy wyjściu z Kwilicza sugerowały, że najbliższa stacja benzynowa znajduje się 5 kilometrów za miastem. Ruszyliśmy…

 

 

Pierwszy niepokojący znak pojawił się jak tylko opuściliśmy miejscowość. Naszym oczom ukazała się wieś o niezbyt szczęśliwej dla żeglarzy nazwie Rozbitek. Ceglany dom stojący niemal na ulicy nosił na sobie niebieską tabliczkę z pesymistycznym podpisem 1 Rozbitek. Niewypowiedziana wróżba, stała się naszym przekleństwem. Przez następne kilkanaście kilometrów nie było ani stacji benzynowej, ani nawet zwykłego sklepu. Staliśmy się rozbitkami pozbawionymi nawet możliwości wypicia słonej wody, która doprowadziłaby nas do szaleństwa. Na asfaltowym oceanie nie ma nawet takich przyjemności.

 

 

Na mapie wydawało się, że Kamionna to duża miejscowość. Pech chciał, że i tam nie znaleźliśmy ratunku. Jak się okazało, w tej mieścinie w niedziele nic nie jest otwarte. Jak oni sobie tutaj radzą z głodem alkoholowym? Wybraliśmy jedyne zacienione miejsce i urządziliśmy godzinną przerwę.

 

 

W tym czasie zdążyliśmy poznać mieszkającego nieopodal na słupie bociana. Jakoś tak lepiej nam się zrobiło widząc go. Gdy wychodziliśmy z Kamionnej natknęliśmy się na biało czerwony słup z napisem „Jest czas, który niszczy i pamięć, która ocala. W tym miejscu stał pomnik poświęcony powstańcom wielkopolskim i wojakom zniszczony pod koniec grudnia 1939 r. przez Niemców”, pal postawiono w 2003 roku. Miło, że ktoś pamięta.

Ruszyliśmy w dalszą drogę praktycznie bez wody, z resztkami zapasów jedzenia. Było ciężko i bardzo nieprzyjemnie. W trakcie drogi zmieniłem koszulkę i zamiast krótkiego rękawka założyłem długi, bo moje ręce przypominały już skwarki. I w końcu w Gorzyniu, czyli dokładnie 13 kilometrów od znaku w Kwiliczu (mówiącym, iż stacja za jedyne 5 km) udało nam się znaleźć te pieprzoną stację. Próbowaliście kiedyś przejść 13 kilometrów przy 30 stopniach i rozgrzanym asfalcie? Nie polecam!

Granica

Dłuuugi postój w Gorzyniu bardzo nas rozleniwił. Marta broniła się rękami i nogami przed dalszym marszem. Szczerze powiedziawszy, ja też miałem już dość. Jednak w głowie ciągle kołatała się myśl niczym dzwon kościelny „jeśli dziś odpuścicie, jutro będzie trzeba przejść jeszcze więcej!”. Takie rzeczy działają na wyobraźnie. Nie bez wysiłku zmusiłem Martę do wymarszu.

 

 

Okazało się, że za Gorzyniem powolutku rozpoczynała się kraina lasów i jezior, nierozłącznie związana z granicą między województwem Wielkopolskim a Lubuskim. Nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się, że na takich granicach są jakieś fajerwerki. Na przykład wielkie tablice z napisami „Witamy w naszym województwie” czy coś w tym stylu. Lubuskie nie wita gość z Wielkopolski niczym. Właściwie, gdyby nie wielki znak „Województwo Wielkopolskie”, to nie wiedzielibyśmy, że już jesteśmy uchodźcami.

 

 

Nocleg drugiego dnia znaleźliśmy w lesie 2 kilometry za Wierzbnem, gdzieś na skraju Pszczewskiego Parku Narodowego. Na powitanie wyszedł nam wspaniały jeleń, który umknął, gdy tylko upewnił się, że niczego nam nie brakuje, co oznajmiłem mu klaszcząc bardzo głośno. Chciałem, by zarówno on jak i wiele innych dzików i saren wiedziało, iż jest nam dobrze, więc mogą zrezygnować z wizyt w naszym namiocie.

 

 

Przygotowani do snu, obkupieni w wodę i nieziemsko wyczerpani, położyliśmy się spać w nadziei, że następnego dnia pójdzie nam o wiele lepiej!

 

 

Koniec części 2

Udostępnij...Share on Facebook