170 km piechotą na Przystanek Woodstock! – Początek

170 km piechotą na Przystanek Woodstock! – Początek

Dziennik Lasrala 11, data leśna 4 października AL 2017

Wchodzimy… to pułapka! Nasze nogi krwawią, my niemal płaczemy z bólu. Nasza skóra rwana bezlitosnymi kolcami broczy w szkarłatnej posoce! Gdzieś musi być bezpieczna ziemia! Prowadzę swój oddział na zatracenie. Jest polana! Może przeżyjemy?!

Wyjście

– Boję się. Nie wiem, czy dam radę… – ujawnia swoje lęki starsza szyszkowa „Marta”, na dzień przed startem.

– Wiesz, teraz to już jakby nie mamy wyboru. – odpowiadam.

Bo co innego można powiedzieć osobie, z którą jutro wyrusza się w marsz na 170 kilometrów? Czy „nie martw się, wszystko będzie dobrze” brzmi dla Was lepiej? Byliście kiedyś na spacerze dłuższym niż 20 kilometrów? My, by wciągu czterech dni dotrzeć na Przystanek Woodstock z Poznania, musieliśmy codziennie pokonywać 42 kilometry! Prócz ostatniego dnia, bo wtedy już tylko 44, tak dla ułatwienia i lepszego samopoczucia.

Dzwoni budzik. Jest piąta rano. Wszystko spakowane czeka w korytarzu. Ja mam plecak turystyczny, duży, sześćdziesięciolitrowy. Ciuchy, śpiwory, karimaty, namiot, elektronika. Marta ma mały czarny plecak szkolny. W nim, zgodnie z wieloletnią polską tradycją, ekwipunek sanitariuszki, czyli apteczka. Są tam też klapki, bo nic nie ważą, a każdy człowiek zasługuje na odrobinę luksusu!

Śniadanie, ostatnie ciepłe. Smak tej jajecznicy będzie mnie prześladował. Nie żeby była jakaś wybitna. W końcu sam robiłem, a to oznacza, że Gordon Ramsay nie wszedłby nawet do mojej kuchni. Gesslerowa by weszła, ale tylko po to, by zapytać jaka tragedia przydarzyła mi się w życiu, skoro robię TAKĄ jajecznicę.

Marta nic nie mówi. Nic nie mówi ale wiem, że myśli „za sucha”. Dziś jednak mi tego nie powie. Dziś mnie oszczędzi i nie zetnie mojej kucharskiej głowy. Dziś mamy o wiele większy problem niż za sucha jajecznica.

Dochodzi siódma. My ubrani, wykąpani, najedzeni. Czas ruszać. Czas wstać i wypłynąć z bezpiecznego portu/mieszkania na ocean niebezpiecznych polskich szos i poboczy. Zakładamy plecaki. Ja mój sześćdziesięciolitrowy, Marta swój szkolny. Brązowe drzwi od mieszkania, z kolorowym napisem „WOŚP 2017”, powoli się zamykają. „To już jest koniec, możemy iść” podpowiada Kuba Sienkiewicz, sprytnie schowany, w głębi mojej głowy.

Przygoda toaletowa z finałem później

Z Poznaniem żegnaliśmy się długo. Najpierw pożegnaliśmy Park Wilsona. Potem Stare Zoo. Następnie Rynek Jeżycki i ulicę Dąbrowskiego. Z nią żegnaliśmy się najdłużej. Właściwie to zaczęliśmy się zastanawiać, czy istnieje jakiekolwiek życie poza ulicą Dąbrowskiego, bo ciągnie się ona jak pasmo klęsk i porażek naszego narodu.

Na szczęście długa, prosta i nudna jak flaki z olejem Dąbrowskiego zmieniła się w końcu w długą, prostą i nudną jak flaki z olejem Poznańską, a co za tym idzie, nieubłagalnie przyszedł do nas znak końca. Końca Poznania oczywiście, bo dla nas, niemal jak w biblii, ten koniec był dopiero początkiem.

Wielu z Was zwracało mi uwagę, że podczas wystąpienia w telewizji WTK zabrakło mi „ą” w manifeście kartkowym.

Na piechotę po Wielkopolsce i na Woodstock

Otóż nic mi nie zabrakło! My z Martą jesteśmy żywo zainteresowani sprawą niepodległości miejscowości Sady!

Chcemy, by Sady były wolne, podobnie jak sady roślinne i mniej zrzeszone sady zwane potocznie „lasami”. Taka wolność należy się też dalekim kuzynom sadów – sądom. Sądy są roślinami szczególnie wrażliwymi na politykę. To chyba jedyne takie rośliny na tej planecie. Niestety, gdy piszę te słowa, to już wiemy, iż Adria… Pan Prezydent Duda zezwolił na częściową wycinkę sądów. Dalsza część wycinki przełożona na jesień. Ale większych szans na uratowanie drzew, którym bliżej do setki niż dwudziestki, raczej nie ma.

Więc żar leje się z nieba. Nie wiem jakim cudem starsza szyszkowa ciągle ma na sobie CZARNĄ bluzkę z długim rękawem. Ja umieram nawet w krótkim i nie czarnym rękawie. A tu wybija nam pierwsze 20 kilometrów. Tarnowo Podgórne jest nam znane, bylyśmy, zwiedzalyśmy więc akcent swojskości poprawił nam humory.

http://piechotasiechodzi.pl/2017/07/17/oddzial-do-tarnowa-marsz-25-km/

Trzymając się Poznańskiej wylądowaliśmy na Orlenie przy ulicy Owocowej. Z resztą w tej okolicy w ogóle są fajne ulice. Krucza, Sowia, Promienista. Wchodzę do toalety na stacji… albo może nie, zacznę to zdanie jeszcze raz. Wychodzę z toalety na stacji, a ponieważ korytarz z umywalką prowadzący do drzwi wyjściowych przewidziany został dla jednej, bardzo szczupłej osoby, motocyklista, który właśnie chciał wejść zastygł czekając aż wyjdę.

– Widziałem, że jesteś z dziewczyną. Wy na Woodstock? – pyta motocyklista, choć cały czas ma na sobie kask, który zasłania całą twarz prócz oczu.

– Tak, idziemy. – odpowiadam.

– Idziecie?! – sprawdza sprawność swojego słuchu motocyklista.

– Tak, idziemy. – potwierdzam, żeby nie miał wątpliwości.

– Super! A słyszałeś o tym z Hiszpanii?

– Nie, a co też idzie? – zapytałem wpadając w lekką panikę.

– Nie, jedzie na deskorolce.

Tak zakończyła się nasza toaletowa rozmowa. „Deską na Woodstock! Ludzie, to mają fanaberię” pomyślałem i dotarło do mnie, że przecież ja idę na piechotę 170 kilometrów!

W sklepie na stacji kupiłem wodę, bo nam się skończyła. Gdy wychodziłem motocyklista szedł do swojego motocykla. Zauważyłem na jego czarnym plecaku naszywkę „Pokojowy Patrol”.

– Hej! Ty jesteś z „pokojowego”! – krzyczę za nim. On się odwraca.

– Skąd wiesz? A, naszywka. Tak, jestem z patrolu. Właśnie też jadę do Kostrzyna.

– Szacun bracie za to co robisz! – mówię mu, bo wdzięczny jestem całemu Pokojowemu Patrolowi, że tak cały Najpiękniejszy Festiwal na Świecie ogarniają.

– Dzięki. Mam nadzieję, że spotkamy się w Kostrzynie! – rzuca mi na odchodne.

„Szkoda tylko, że twarz miał zasłoniętą kaskiem cały czas” pomyślałem sobie długo później, gdy maszerowaliśmy przy szosie. Gdyby zdjął kask, to może bym go później poznał, a tak, musimy liczyć na łut szczęścia.

Wielki Guy

Za Tarnowem, na długiej szosie ogrzewanej piekielnym słońcem, zaczęli zatrzymywać się pierwsi samarytanie. Wychodzimy zza zakrętu i na końcu długiego prostego odcinka widzimy wana, który stanął na pasie awaryjnym. Kierowca przestawia coś z tyłu auta, odwraca, przekłada, przemieszcza. Im bliżej jesteśmy, tym bardziej dociera do nas, że on nas wyprzedził o dobry kilometr, żeby zrobić w aucie miejsce na nasze rzeczy i na nas oczywiście. Ostatnie wątpliwości rozwiała Woodstockowa koszulka, którą miał na sobie.

On na pasie prawym, my na pasie lewym. On krzyczy „dokąd?!”, my odpowiadamy „na Woodstock”. No to on „wsiadajcie ja też!” a my „dzięki ale my na piechotę”. I tu doszło do jakiegoś zerwania połączenia, nawalenia komunikacji lub braku środków na naszym koncie, bo on powtarza „podwiozę!?”, już jakby mniej pewny siebie. Więc my „wielkie dzięki, ale my chcemy dojść piechotą!”.

On wsiada do wana, wyjmuje smartfona i odpala silnik auta. Przejeżdża koło nas wolniutko i mówi do nagrania „nie chcieli ze mną jechać”. Potem krzyczy do nas odjeżdżając „do zobaczenia na polu!”.

Jest coś magicznego w tym, gdy ludzie zatrzymują się specjalnie dla Ciebie. Tak dużo w telewizjach i internetach mówi się o okrucieństwie, zbrodni, mordach, złu. Tymczasem, idąc przy szosie możesz się przekonać, że nasi rodacy są piękni, uśmiechnięci i pomocni. Do końca życia zapamiętam chód innego kierowcy, właściciela Żuka (też woodstockowicza), który również postanowił wybawić nas z problematycznego spaceru. Zaparkował na przystanku autobusowym. Powiedzieć, że jego krok w naszą stronę był defiladowy, to nic nie powiedzieć. On kroczył tak, jakby zstępował z niebios. Niczym archanioł odpowiedzialny za ruch samochodowy. Wyciągnął do nas swą pomocną dłoń i jemu chyba najtrudniej było odmówić. Jaki on był zadowolony, że może komuś pomóc, to wręcz niespotykane!

Lecz zanim spotkał nas ten drogowy wolontariusz, dotarliśmy do miejscowości Gaj Wielki. W sumie trudno opisać co nas tam przywitało. Na początku myśleliśmy, że totem. Przyglądając się bardziej przeszliśmy przez fazę świętego Mikołaja ale tak właściwie, to do teraz nie wiemy czym to jest.

Ale żeby nie drażnić mocy i bóstw, których nie znamy, Marta przybiła mu „piątkę”. Co byśmy wszyscy w zdrowiu i szczęśliwości poszli w swoje strony. Choć on akurat na zbyt ruchliwego nie wyglądał.

Jednak jak się okazało, jego wystawiona w górę ręka nie była namawianiem do „piątek”. On najzwyczajniej w świecie pozdrawiał amfiteatr muzealny po drugiej stronie szosy. Z daleka udało nam się rozpoznać popiersie Jana Pawła II i miniaturkę piety. Dwa krzyże przypomniały nam porzucony kilka godzin wcześniej Poznań. Fajny ten Gaj, ale żeby od razu Wielki?

Przystanek Alaska i kolce

Trzeba przyznać, że pierwszego dnia szło nam się naprawdę dobrze i przyjemnie. Choć pierwotny plan zakładał, iż wystarczy nam jedna długa przerwa w Tarnowie Podgórnym, to rzeczywistość boleśnie to zweryfikowała.

Chcieliśmy odpocząć w Bytyniu, to jakieś 15 kilometrów od lasku, w którym mieliśmy nocować. Jednak pod sklepem, gdzie zaopatrywaliśmy się w wodę stała klasa robotnicza. Prawdziwa klasa, ciężko codziennie pracująca fizycznie i z tego też powodu codziennie odpoczywająca pod sklepem z piwem. Chłopaki były młode i szybko się zorientowałem, że rzadko widują mężczyzn z długimi włosami.

Gdy czekałem na Martę pod sklepem, usłyszałem jak dywagują nad problemami homofobii. Jak się okazało, byli też ekspertami we fryzjerstwie, specjalizowali się szczególnie w modzie męskiej.

Podjąłem dramatyczną decyzję, by opóźnić nasz odpoczynek i wybyć z Bytynia nim panowie postanowią empirycznie skonfrontować swoje przekonania z moją twarzą. Oczywiście, starsza szyszkowa stwierdziła, że panikuję i cytuję „każdy napotkany dres sprawia, że wpadasz w panikę, a pozory często mylą”. Może ich pozory mnie mylą ale na odkrywanie gołębich serduszek w skorupach trolli nie miałem jakoś nastroju.

Za Bytyniem znaleźliśmy stację benzynową. Bezpieczną, bez trolli i innych znawców fryzur męskich. Stacja fajna, odpoczynek miły ale na stopach Marty już coś zaczęło się dziać. Pęcherze przebiła i zakleiła specjalnym plastrem. Nie uświadomicie sobie nawet jak byłem przerażony całą sytuacją. W końcu do celu pierwszego dnia jeszcze 10 kilometrów. Przeszliśmy zaledwie 32 klocki a moja partnerka ma już dwa pęcherze! Co będzie jeśli nie dojdziemy nawet do pierwszego przystanku?

I wtedy właśnie, albo właściwie 15 minut później, gdy ruszaliśmy, nastąpił cud. Cud nowoczesnej medycyny polegający na tym, że Marcie w plastrach przeciw pęcherzowych szło się nawet lepiej niż bez pęcherzy w ogóle!

Cudownych wieści nie było końca, bo niedługo po opuszczeniu stacji (niedługo w mojej głowie, bo w rzeczywistości niemal dwie godziny) dotarliśmy do Podrzewia. Mniej, więcej 2 kilometry za miejscowością mieliśmy rozbić swój obóz. Przyznam szczerze, że jako dziecko lat ’90, kusiła mnie wizja nocy spędzonej w sławnym „Przystanku Alaska”.

Dla tych co nie wiedzą, był kiedyś taki serial „Przystanek Alaska”. Tak, wyobraźcie sobie, że przed Grą o Tron i Breaking Bad też były seriale! Ten konkretny nie specjalnie mi się podobał ale był, a teraz po 40 kilometrach marszu widziałem przed sobą hotel o tej samej nazwie lub o byłej nazwie, której nikt nie umiał porządnie zamalować. To nie ważne!

Wspominka z lat ’90 była, żebyście poczuli respekt do człowieka w podeszłym wieku. Podeszłym pod trzydziestkę,  czyli starca dla piętnastolatków. Chociaż, kogo ja oszukuje, który piętnastolatek to przeczyta? Nie ma pokemonów, śmierci, kradzieży ani celebrytów. Są dwie spocone osoby i o ile spocona Marta może działać na wyobraźnie, o tyle ja spocony mogę się stać wyłącznie czyimś najgorszym koszmarem.

No więc („nie zaczyna się zdania od ‘no więc’”, też słyszycie głos podstarzałej polonistki?) cel niemal osiągnięty. Znaki przydrożne szaleją, wskazując oddalenie od Poznania na całe 40 kilometrów, a my idziemy te dwa ostatnie dzisiaj. „Oczom ich ukazał się las” pozwolę sobie przytoczyć znany cytat z filmu Koterskiego. Na szczęście dla nas, nie był to las krzyży. Piękny zagajnik wokół pól, dwa kilometry za Podrzewiem, miał stać się naszym jednodniowym domem.

Wchodzimy… to pułapka! Las usłany jest pnączami jeżyn! Nasze nogi krwawią, my coraz głębiej w te jeżyny, bo przecież gdzieś musi być bezpieczna ziemia. Prowadzę swój oddział na zatracenie. Marta niemal płacze mierząc się z kolejnymi bolesnymi ranami. Jest polana! Przeżyjemy!

Namiot rozbiliśmy na ścieżce, naiwnie myśląc, że po dwudziestej nikt nie będzie tędy chodził. Myliliśmy się. Ludzie chodzili. Na szczęście i tym razem okazało się, że Polacy to naród gościnny i miły. Nawet jedna linka namiotu nie została zerwana. Lubię Polskę, Polska jest całkiem fajna. Przynajmniej w namiocie…

Koniec części I

Udostępnij...Share on Facebook