Wyspiarze z Armii Lasowej! 40 km

Wyspiarze z Armii Lasowej! 40 km

Dziennik lasrala 10, data leśna 30 czerwca AL 2017

„Być może jest taka wyspa / na jakimś oceanie / która ma jedną przystań” śpiewał już niemal w zamierzchłych czasach Ryszard Rynkowski. Otóż jest taka wyspa, lecz nie na oceanie, a na skromnym Jeziorze Raczyńskim i o niej oraz drodze do niej Wam opowiem.

Armata

Jest 20 stycznia 1845 roku. Zima była podobno łagodna, odwilż miała przyjść dokładnie za 6 dni. Jednak hrabia Edward Raczyński, wnuk starosty wielkopolskiego Kazimierza, w najmniejszym stopniu nie był zainteresowany pogodą. W głowie wciąż słyszał głos swego prześladowcy Kazimierza Szumana, który jak mantrę powtarzał zarzuty wobec Edwarda.

Wciąż i wciąż słyszał słowa o nieprawidłowościach i kradzieży przy budowie Złotej Kaplicy w Katedrze Poznańskiej. A przecież to właśnie Edward był autorem koncepcji tak zwanej Złotej Kaplicy. Z własnych pieniędzy, nie kto inny a właśnie Raczyński, ufundował posągi Mieszka i Bolesława Chrobrego!

Publiczne oskarżenie bolało bardziej niż rana zadana szablą. Nie mogąc znieść takiego upodlenia, takiego niesprawiedliwego upokorzenia i bólu, Edward postanowił bronić swego honoru. W tym celu przybył na wyspę na jeziorze Raczyńskim. Tu właśnie z pomocą małej acz niezwykle groźnej armatki wiwatówki chciał raz na zawsze pozbyć się plamy na swym honorze.

Stalowe smoki

172 lata później, nie w styczniu lecz w czerwcu, my, oddział „Kuna”, postanowiliśmy dotrzeć na wyspę Edwarda. Już tyle razy wymykaliśmy się z Poznania na piechotę, że trudno wymyślić oryginalną trasę, która nigdy wcześniej się nie powtórzyła. Tym razem nam się nie udało. Podróż rozpoczęliśmy na poznańskiej Wildzie, która od maja nic a nic się nie zmieniła. Wciąż na latarniach znaleźć można podobizny głosiciela tolerancji i równości Romana Dmowskiego. Wciąż garaże, bloki i śmietniki przyozdobione są celtyckimi krzyżami. To, że śmietniki noszą ten znak jest akurat dobrą nowiną. Może Ci, którzy je rysowali wiedzą, iż ideologia nienawiści powinna trafić na śmietnik historii? Wciąż „Mordor” straszy swą wieżą.

Dobrze więc, że z Wildy można uciec do lasku dębińskiego, który dziś jest jeszcze piękniejszy niż w maju. A komu mało pięknej przyrody ten jak najszybciej powinien biec na most Dębiński, z którego widok na Wartę jest powalający! Szkoda tylko, iż za naszymi plecami jeździć muszą stalowe smoki, nazywane przez zwykłych śmiertelników pociągami. No ale w końcu most Dębiński zbudowany w XIX wieku, przeznaczony był wyłącznie dla pociągów.

Dziennikarska

Kierując się na południowy wschód od Poznania, bardzo długo opuszcza się miasto. Tym razem nie natknęliśmy się na żaden znak lub informację mówiącą, że to już nie Poznań. Podpowiedzią okazała się brama wjazdowa do 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego. Ulica Śmigi, poprowadziła nas wprost do budki wartowniczej. O dziwo, przy wejściu nie ma uzbrojonych po zęby polskich Rambo, a jedynie starszy pan z prywatnej firmy ochroniarskiej, który swą fizjonomią przypominał ochroniarzy z Biedronki. Być może to tylko zmyła naszego Ministerstwa Obrony Narodowej. Tak naprawdę ów stróż wyposażony jest w wiedzę i umiejętności pozwalające zneutralizować dowolnie uzbrojonego napastnika na 365 sposobów. Jeśli jednak ma on w zanadrzu jedynie zaświadczenie o niepełnosprawności i dorabia do renty, to na miejscu wojskowych pilotów nie spałbym spokojnie.

My nie próbowaliśmy nawet sprawdzać w czym tkwi obronny sekret Pana stróża. Tuż obok bramy wjazdowej jest mała wydeptana ścieżka prowadząca wzdłuż płotu otaczającego bazę. Nią można dotrzeć do świetnie nam znanej ulicy Dziennikarskiej. Ta ulica z kolei pasuje do swej nazwy tak samo dobrze, jak starszy pan z orzeczeniem o niepełnosprawności do pilnowania bazy wojskowej.

Dziennikarska pozbawiona jest asfaltu. Jeździ się tutaj po wertepach, kamieniach, dziurach, połamanych gałęziach i wszystkim innym co utrudnia jazdę samochodem. Gdy byliśmy tutaj w lutym, przy drodze leżały nawet bezpańskie meble. Gdyby ktoś zapragnął być uszczypliwy mógłby powiedzieć, że ta ulica jest metaforą dziennikarstwa w naszym kraju. Ci z prawej mogą powiedzieć, że Dziennikarska jest jak dziennikarze TVN, a Ci z lewej, że jak telewizja publiczna. Mimo wielu wad jakie niewątpliwie ma ta ulica, wyłaniają się jednak podstawowe zalety. Jest prosta, towarzyszą jej niezwykle piękne drzewa, a gdy stanie się w odpowiednim miejscu, to nawet piękne widoczki. Czy o mediach w Polsce można powiedzieć coś takiego?

Groby pod Kórnikiem

Już w lutym apelowaliśmy, by w Borówcu coś się zaczęło dziać. Nie dlatego, że mieszkańcy tej małej wsi nie mają dostępu do kultury. Tam coś musi zacząć się dziać z bezpańskimi grobami zostawionymi samym sobie! Jak na ironię losu, człowiek nowoczesny wybudował przy niszczejącym, nieogrodzonym cmentarzu przystanek, a śmieci z przystanku beztrosko przyozdabiają ludzkie groby.

Groby z przystanku należą do osadników z Fryzji i Niderlandów. Sprowadził ich na te ziemie mąż Teofilii z Działyńskich, Stefan Szołdrski. To właśnie ci osadnicy byli pierwszymi mieszkańcami wsi założonej w XVIII wieku. Nieposzanowanie pamięci po nich i ich potomkach, jest niszczeniem pamięci o korzeniach tej miejscowość. Może w przyszłości to się zmieni…

Tymczasem, z okrutnym widokiem w Borówcu kontrastuje świetnie utrzymany i piękny Kórnik. Miasto w którym urodziła się Wisława Szymborska, jest miejscem godnym polecenia na weekendowy wypad za miasto. Przepiękny pałac, towarzyszące mu Arboretum oraz genialnie zagospodarowane wybrzeże Jeziora Kórnickiego sprawia, iż tu po prostu chce się być!

Budda i Zaniemyśl

Spotkać przy drodze w Polsce krzyż, to żadne osiągnięcie, są one właściwie na każdym kroku. Jezus, to również powszedni towarzysz podróży. Weźmy choćby tego ze Świebodzina. Matka boska nie powinna stanowić trudnego wyzwania. Jej figurki są chyba nawet częstsze niż podobizny Chrystusa. Nie ma w tym nic dziwnego, wszak jest królową tego kraju.

Nam jednak udało się trafić na bardzo rzadkie znalezisko. Jego tęgi brzuch i łysa głowa nie są podobne do żadnego z figurkowych świętych. To, iż stoi sobie bezpiecznie na drodze przy jeziorze Bnińskim i nikt nie ma z nim problemów, jest dla nas równie dziwne, jak fakt, że nikt nie dba o groby w Borówcu.

Budda, bo właśnie o nim tu mowa, znalazł sobie naprawdę cichy i spokojny zakątek. Pełno tu zielonych roślin i trudno zza ich nawału dostrzec ludzkie domy. Czy symbolowi buddyzmu podobałaby się taka okolica? Myślę, że mnie w takich warunkach o wiele łatwiej przyszłoby osiągnąć stan nirwany, niż w wiecznie hałaśliwym Poznaniu.

Opuściliśmy wesołego grubaska, by podążyć własną ścieżką ku oświeceniu. Naprawdę nie trzeba było długo iść, by koło Łękna natrafić na założyciela religii chrześcijańskiej. Ukrzyżowany Jezus nie był jednak typowym przedstawicielem swojego przydrożnego gatunku. Ten był mocno zarośnięty i nie zanosiło się by ktoś miał go przystrzyc. Może ten akurat Chrystus stoi tam ku czci lasów, wycinanych właśnie przez jego wyznawców? Może to był krzyż Armii Lasowej?

Dowództwo naszego oddziału w tej sprawie wymownie milczy. Nam ów liściasty krzyż zwiastował natomiast rychłe pojawienie się Zaniemyśla. Tak się też stało. Tu kolejne zaskoczenie. Podobnie jak Kórnik, Zaniemyśl to bardzo ładne i zadbane miasteczko. Skwer prowadzący do kościoła św. Wawrzyńca jest przepiękny! Niesamowite wrażenie robi pomnik poświęcony powstańcom wielkopolskim, chyba najpiękniejszy jaki w ogóle widziałem.

Wyspa Edwarda

Drogą na prawo od kościoła wspomnianego już św. Wawrzyńca, doszliśmy na wybrzeże jeziora Raczyńskiego. Po raz pierwszy od wyruszenia z domu zadaliśmy sobie banalne pytanie „jak dostaniemy się na wyspę?”. Wpław odpadało ze względu na nasz bagaż. Żadnej prywatnej łódki lub kajaka ze sobą nie mieliśmy. Na szczęście okazało się, iż można dopłynąć na wyspę barką, która kursuje co pół godziny. Dokonaliśmy zuchwałego abordażu. Starsza szyszkowa „Marta”, stała się pierwszym oficerem okrętu pacyfistycznego USS „Katastrofa”. A ponieważ poprzedni kapitan barki był bardzo miłą osobą, pozwoliliśmy mu zachować dotychczasową funkcję!

 

Wyspa Edwarda według ludowych podań wcześniej nazywała się Zaniemyską Kępą. Nie powstała samoistnie, podobno usypał ją wojewoda Stanisław Górka. Legenda głosi, że ukrył na niej swoje skarby. Na karty historii to niezwykłe miejsce dostało się już w 1331 roku. Stanowiła ona bastion obronny i dzięki niej rycerstwo polskie odparło i rozgromiło wojska krzyżackie.

Na wyspie rosną wspaniałe dęby, jest ich około 60. 17 tych pięknych drzew uznano za pomniki przyrody. Dodatkowego uroku wyspie dodaje domek w stylu szwajcarskim, wybudowany przez Edwarda Raczyńskiego.

Dziś domek jest restauracją dla przyjezdnych gości. Na wyspie można też zanocować, urządzić sobie wesele lub inną imprezę. Nie zdziwcie się jeśli zobaczycie konie, to kolejna atrakcji czekająca na turystów. Tak jak w piosence Rynkowskiego, jest tu tylko jedna przystań i tylko jedna wyspa. Możecie ją zwiedzić, warto!

Edward

„Okradłeś ludzi” mówił głos w jego głowie, „jesteś oszustem!” krzyczał. Edward wiedział, że jedynym sposobem, by uciszyć ten głos jest strzał. Ustawił więc armatę, nie mógł spudłować. Taka okoliczność naraziłaby go na wegetację i życie w hańbie do końca jego dni. Armata miała trafić w głowę.

Huk! Ciało padło martwe na ziemię. Hrabia nie żył. Plama została zmyta. Czy Kazimierz Szuman choć raz pochylił się nad tą tragiczną śmiercią? Czy wiedział, jak wielki wpływ miał na wydarzenia na małej wysepce w Zaniemyślu? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy. Swym tragicznym czynem hrabia Edward Raczyński nadał wyspie zupełnie nowe imię i oblicze. Nie była już wspaniałą pamiątką zwycięstwa nad zakonem krzyżackim. Stała się symbolem tragedii, którą na cześć nieszczęśnika nazwano Wyspą Edwarda.

Udostępnij...Share on Facebook