Ostatni dzień maja! (47 km)

Ostatni dzień maja! (47 km)

Dziennik lasrala 09, data leśna 31 maja AL 2017

Piękny, słoneczny, ostatni dzień maja. Wprost wymarzona pogoda na zwiad. Więc my postanowiliśmy sprawdzić drogę z Poznania do Śremu. Niemal 50 kilometrowa trasa pełna była boćków, występowały też węże, nie brakowało maków a zdarzali się także piloci!

Marsz! Marsz! Naprzód iść!

47 kilometrów piechotą, to już nie przelewki. Na takim dystansie nie wolno pozwolić sobie na duże błędy. Zwłaszcza, że my ze starszą szyszkową „Martą” podróżujemy bez żadnej asekuracji. Na żadnej z przedstawionych Wam dotychczas tras nie posiadaliśmy zabezpieczenia innego członka Armii Lasowej, gotowego podjechać po nas autem w razie niesprzyjającej sytuacji. Idziemy na żywioł! Może to mało odpowiedzialne, ale z drugiej strony, daje prawdziwego kopa. Jeśli bolą nas nogi, jesteśmy wyczerpani, jest bardzo źle, to w głowach mamy tylko jedną myśl „jedyny ratunek jest na końcu trasy”. Nie możemy się wycofać, zdezerterować lub wywiesić białej flagi. My zwyczajnie nie mamy wyboru. Gdy tylko opuszczamy Poznań, jesteśmy zdani na siebie, aż do następnego w miarę dużego miasta. Nie inaczej było tym razem ale nie wyprzedzajmy faktów.

Nasza podróż rozpoczęła się obłędnie długą ulicą Hetmańską w Poznaniu. Mam wrażenie, że na tej piekielnej ulicy ruch samochodowy nigdy nie ustaje. Szum i huk aut zagłusza tam każdą próbę rozmowy. Na dodatek, rowerzyści jadący chodnikiem w głębokim poważaniu mają pieszych. Nie używają dzwonków, nie przejmują się losem innych. Tylko jakoś odwagi im brak, by jechać ulicą a nie ścieżką. Zresztą Poznań, to prawdziwe królestwo źle jeżdżących rowerzystów, którzy przemieszczają się po mieście według własnego prywatnego kodeksu drogowego, ale nie chcę tu rozpętywać wojny. Miło by było, gdyby czasem pamiętali o dzwonkach. Z dzwonkiem moje trącone ramię bolałoby troszeczkę mniej.

Prawobrzeże Warty ciągnące się na południe od ulicy Hetmańskiej, to popis poznańskiego industrializmu. Jeśli ktoś z Was nie był nigdy na Śląsku, wystarczy przejść się Starołęcką w Poznaniu, by poczuć klimat Katowic, Chorzowa, czy Bytomia. Tym bardziej zdziwiła nas, w tak niezwykłych warunkach przyrodniczych, obecność węży. Wydawałoby się, iż te gady wolą spokojne, ciche, leśne polany. Co zatem robią w środku miasta?

Mieszkańców prawobrzeża uspokajam, to znak ostrzegawczy przed pracownikami Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w skrócie ZUS, który swą siedzibę ma kilkanaście metrów dalej. Żadnemu badaczowi przyrody nie udało się nigdy udowodnić, że w budynkach tego zakładu żyją gatunki jadowite, ale petenci swoje wiedzą!

Marsz! Marsz! Nie ma pauz!

Naszego miasta nie da się opuścić bez odrobiny starego dobrego faszyzmu. W każdej dzielnicy i niemal na każdej ulicy znajdziemy krzyż celtycki, swoistą swastykę XXI wieku. Nie inaczej jest na Starołęckiej. Gdzie najwyraźniej nic tak nie cieszy mieszkańców, jak czyste rasowo Rataje, których domagają się przez takie manifesty.

Lecz nie tak znów daleko, bo dosłownie dwie ulice dalej, w ludziach o zgoła innych poglądach niż ci od ras, dojrzewa rewolucja. Różnica jest oczywiście dostrzegalna gołym okiem. W odnogach Starołęckiej stoją małe obskurne kamieniczki z ciasnymi mieszkaniami. Na Świętego Antoniego i Minikowie domki jednorodzinne, niektóre budowane z wielką fantazją, żeby nie powiedzieć szaleństwem.

To właśnie w tych, jakby je dawniej nazwano, burżuazyjnych okolicach, znajdziecie wlepki zatytułowane „Niszcz Kaczyzm”. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież „kaczyzm” (czytaj PiS), to nie faszyzm. I racja, nie będę między tymi dwoma pojęciami stawiał znaku równości. Ale w okolicznościach licznych paskudnych wypowiedzi partii rządzącej na temat uchodźców z Syrii, trzeba zauważyć, iż obecna władza legitymizuje takie napisy jak „Białe Rataje” na murach polskich miast.

Na szczęście, jeszcze nie wszystko stracone! Przyroda podpowiada nam, że nawet na ugorze, ba, na najtwardszym betonie może zakwitnąć prześliczny kwiatek. Tak jest też z nami. Zastygliśmy w fundamentach podziałów i nienawiści rozpamiętując kto, komu, kiedy i za co. Powinniśmy przebić ten mur i stworzyć coś pięknego. Byle tylko nie wyrósł z tego męczący i obrzydliwy chwast.

Marsz! Marsz! Nie ma – stać!

Dość tej florystycznej propagandy! Powracamy do tradycji natrafiania na bazy Wojska Polskiego. Oto za super, ekstra, ekspresową autostradą A2 pręży się 31. Baza Lotnictwa Taktycznego. Z nadzieją przemierzaliśmy okolicę przy terenie wojskowym. Jakaż byłaby to gratka uchwycić naszego orła F16 startującego z „najnowocześniejszego lotniska wojskowego w Polskich Siłach Powietrznych” jak zapewniają na oficjalnej stronie Bazy wojskowi.

Niestety, tego poranka orły nie latały. Musieliśmy się zadowolić jedynie statecznikiem pionowym, który jest częścią pomnika na cześć poległych pilotów. Symbol wdzięczności i hołd zmarłym żołnierzom stoi na cmentarzu parafialnym przy ulicy Daszewickiej nieopodal Babek. Nie chodzi rzecz jasna o stojące niedaleko starsze panie lecz o malowniczą wieś Babki z przepięknymi lasami, które warto odwiedzić!

 

Bardzo długo opuszczaliśmy Poznań. Jakby stolica Wielkopolski była zazdrosna, że chcemy ją porzucić dla jakiegoś tam Śremu. Ale on wcale nie jest „jakiś tam”! To piękne, wspaniałe miasto. Oczywiście jeszcze do tego wątku wrócimy. Tymczasem minęliśmy Daszewice i Kamionki, które okazały się być ogromną sypialnią Poznania z dosłownie polami domków jednorodzinnych. Stamtąd prześliczną ulicą Mieczewską, która jest raczej leśnym duktem niż pełnoprawną drogą publiczną, chcieliśmy dotrzeć do Mieczewa.

Piszę chcieliśmy, bo choć na mapie wszystko się zgadzało, i, jak nam się wydawało, szliśmy zgodnie z jej wskazówkami, to w przedziwny sposób teleportowaliśmy się na drogę prowadzącą do Radzewic. Jest to o tyle nieprawdopodobne, że droga którą szliśmy wiodła nas cały czas prosto. Wydawało nam się, że idziemy na południe. Więc jeśli spojrzycie na mapę i przejedziecie palcem ulicą Mieczewską w dół, cały czas kierując się na południe, dojdziecie do tego samego wniosku co i my. To nie jest możliwe! Nie wiem kiedy popełniłem błąd nawigacyjny, zwłaszcza, że droga jest prosta jak drut. Starsza szyszkowa „Marta” rzuciła dla żartu, iż chyba porwali nas kosmici, a ja pierwszy raz z pełną odpowiedzialnością jestem w stanie się z nią zgodzić, gdyż nie potrafię w inny sposób wyjaśnić tego co tam zaszło.

Marsz! Marsz! Nie ma Cię!

Choć zagubienie się ma na ogół minusy, my wyłapaliśmy także  kilka plusów. Przede wszystkim Radzewice, to piękna położona tuż nad Wartą wieś. Moglibyśmy zatem złorzeczyć na twórców map dla Armii Lasowej, że nas oszukali, że padliśmy ofiarą międzynarodowego spisku interaktywnych mapowników. W końcu można by się zwrócić do węży z ZUS o odszkodowanie za straty poniesione przez niezaplanowane uprowadzenie przez istoty poza ziemskie.

Jednak gdybyśmy się nie zgubili, nigdy nie odkrylibyśmy, że pod Radzewicami mieszka jeleń Daniel, który rozpaczliwie poszukuje poroża! Jest na tyle zdesperowany, że przybija do drzew ogłoszenia. Podobno proponuje za poroże najwyższe ceny. Jakich to czasów dożyliśmy, że nawet zwierzęta kopytne z braku zasobów leśnych rozpoczynają handel z ludźmi! Co będzie następne? Biedronki oferujące dobre ceny za czerwone płaszcze przeciwdeszczowe w czarne kropki? Dokąd zmierza ten szalony świat? Obudź się Polsko! Obudź się Europo i ty Trumpie! W jakiej kondycji muszą być podpoznańskie jelenie (szczególnie Daniel), skoro błagają o poroże używane? A przecież poroże powinno należeć do nich z natury! Nie idźcie tą drogą Ludwiku Dorn, Sabo, jeleniu Danielu i Europo a nawet Świecie! Cesarzowi co cesarskie, Bogu co boskie a Naturze co naturalne!

Koniec manifestu ekologicznego, bo oto dotarliśmy do Czmonica. Dziwnej małej wioski, gdzie straszy stary, zapomniany przez mieszkańców, a już na pewno  przez administrację, przystanek PKS. Jest tam również, wyglądający na świeżo postawiony, kościółek. Dosłownie naprzeciwko siedziby Fundacji Dom Na Skale i znajdującego się w budowie Domu Wspólnoty Sióstr Uczennic Krzyża. Wspominam o tym nie bez powodu. Choć kościółek i droga do niego wydają się świeże, to już o terenie przylegającym do świątyni nie można tego powiedzieć. Ściślej rzecz ujmując, kościół otoczony jest niszczejącymi grobami z XIX wieku. Mam nadzieję, że w niedługim czasie ktoś zajmie się odnowieniem tych wspaniałych zabytków z zapałem równym temu, który towarzyszył we wstawianiu w tym miejscu świątyni katolickiej.

Marsz! Marsz! Z całych sił!

Ach Orkowo, przecudnie znaleźć się w tym magicznym miejscu. Każdy fan RPG wie, że doświadczenie najlepiej zdobywać na orkach. Tu jak przystało na wieś najpopularniejszych potworów w świecie fantastyki, rozciągają się wielkie pola, na których toczyły się zapewne epickie bitwy w czasach, gdy jeszcze ziemia była płaska i chodziły po niej smoki.

Na szczęście dla tych czarcich pomiotów, żaden z nich nie odważył się zadrzeć z naszą drużyną. Bezpiecznie przeszliśmy przez ich legowisko i może na szczęście, bo nie wzięliśmy na wyprawę żadnego maga, który by nas uzdrawiał w trakcie walki.

Wybaczcie ten gikowski wtręt ale to już 36 kilometrów. Nogi bolą a wyobraźnia zaczyna płatać figle i podsuwać zwariowane pomysły. A co jeśli udałoby się zorganizować w Orkowie największy na świecie festiwal LARP? Dla niewtajemniczony, LARP to zabawa w której ludzie stają się pionkami w grze. Na miejscu wydarzenia gracze zjawiają się w przebraniach i walczą tak jak postacie z gier. Czy można wyśnić sobie do tego lepsze miejsce niż Orkowo? Kto z Was nie chciałby się zmierzyć z niepokonanymi bestiami z Orcktown? Ludzie z całego świata zjeżdżaliby się do małej wioski pod Poznaniem.

A właściwie pod Śremem. Bo nasza radość z dotarcia do Orkowa w mniejszym stopniu wynikała z chęci spotkania oślizgłych, zielonoskórych, spoconych troglodytów, a bardziej z faktu, iż do celu zostało niecałe 11 km. Drogę tę pokonywaliśmy zachwyceni okolicznościami przyrody. Nasze piękne białe bociany bardzo upodobały sobie okolice Zbrudzewa. Na całej trasie widywaliśmy je często ale dopiero w tej miejscowości tak blisko. Zmienia to całkowicie wydźwięk hasała „Białe Rataje”. Jeśli autorom tego hasła i mu podobnych jak „Biały Poznań”, „Biała Polska”, „Biała Europa”, chodziłoby o zapełnienie naszego kontynentu bocianami, przez tworzenie specjalnie przystosowanych miejsc na gniazda, to ja jestem za!

Marsz! Marsz! Nie bój się!

Nareszcie w Śremie! Niemal 47 kilometrów, plus odległość, którą pokonaliśmy błądząc do Radzewic. Nogi mamy jak z ołowiu, ciężko się skupić a tu tyle piękna! Śrem  powitał nas w nietypowy sposób. Pomnikami upamiętniającymi Żydów pochowanych na   nieistniejących już cmentarzach żydowskich.

Żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia z mostu im. 23 stycznia. Rozciąga się z niego fantastyczny widok na promenadę nadwarciańską. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Śremie koniecznie musicie zajść na ten most i rzucić okiem na Wartę! Jedno z najstarszych miast w Polsce obfituje w zabytki, których nam z wyczerpania oraz niewyobrażalnego zmęczenia nie udało się zwiedzić.

Myśleliśmy już tylko o wygodnym pociągu wprost do Poznania. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że stacja kolejowa owszem istnieje ale od dawna jest nieczynna! Popadliśmy w lekką panikę. Jak tu się teraz dostać do domu? Na nasze szczęście odkryliśmy, że choć przystanki PKS są stare i opuszczone to same pekaesy do opuszczonych wcale nie należą. Można powiedzieć, iż w Śremie są nawet oblegane!

Tak opuściliśmy śremską krainę. Lecz powrócimy tu, bo to piękne warte odwiedzenia miasto!

Udostępnij...Share on Facebook