„Kuny” w pałacu – Rogalin (22 km)

„Kuny” w pałacu – Rogalin (22 km)

Dziennik lasrala 08, data leśna 22 maja AL 2017

Mordor, nacjonalistyczny wybawca narodu, biały Chrystus, i przepiękny kościółek w Rogalinku. Piesza misja może dać wiele radości szczególnie, gdy pokonuje się tylko 22 kilometry!

Nacjonalizm, w górę ręce kto jest z nami!

Mój raport rozpoczynam w samym sercu poznańskiego Dębca. To tu, przy skrzyżowaniu Czechosłowackiej z 28 czerwca 1956r., stoi „Mordor”. Jego charakterystyczna wieża, niestety bez piekielnego oka, góruje nad dzielnicą. Ów „Mordor”, to oczywiście kościół Świętej Trójcy. Jego historia sięga 1936 roku! Podczas wojny Niemcy przekształcili kościół w składowisko torfu, później żywności. W 1945 budynek znów stał się świątynią, poświęcony 8 grudnia przez kardynała Augusta Hlonda. Swoją, iście tolkienowską, wieżę kościół zawdzięcza inżynierowi Aleksandrowi Holasowi. Dobudowano ją w 1992 roku. Nie wiadomo, czy pan Aleksander czytał „Władcę Pierścieni”, gdy projektował swoje dzieło.

Czy Dębiec można nazwać pogrążoną w mroku, jałową krainą, gdzie złowroga cisza przerywana jest jedynie marszowym krokiem orkowych oddziałów, a ziemią wstrząsają kroki gigantycznych troli? Byłby to obrazek mocno przerysowany. Dębiec ma swoje ciemne strony lecz potwory i czarnoksiężnicy nie mają z nimi nic wspólnego. W tej dziwnej krainie rozkwita coś o wiele mroczniejszego od wszystkich złych magicznych mocy. Ta dzielnica jest zagłębiem poznańskiego nacjonalizmu. Idąc ulicą Czechosłowacką (tą samą przy której stoi „Mordor”… znaczy kościół), można poczuć się oblężonym przez celtyckie krzyże, skrótowce Obozu Narodowo-Radykalnego i… Romana Dmowskiego.

Autor takich słów jak „Gdybyśmy byli podobni do dzisiejszych Włoch, gdybyśmy mieli taką organizację jak faszyzm, gdybyśmy wreszcie mieli Mussoliniego, największego niewątpliwie człowieka w dzisiejszej Europie, niczego więcej nie byłoby nam potrzeba” lub „Gdyby Polska nie miałaby tylu Żydów, nigdy by nie było rozbiorów” jest dla młodzieży tamtego rejonu „Wyzwolicielem Polski”. Pytanie brzmi tylko od czego wyzwalać chciał Dmowski ojczyznę i z kim tego wyzwolenia pragnął dokonać. Nie sądzę bowiem, by młodzi chłopcy z Dębca pragnęli, by o ich wyzwolenie w dzisiejszej Polsce zabiegał Putin.

Ironią losu można nazwać fakt, że patron, którego na sztandary wznoszą dzieci z ONR potępiał ich poprzedników za głupotę. Mimo upływu lat i zmiany pokoleniowej, nie wyleczyli się ze swej największej przywary, czym szkodzą nie tylko sprawie Obozu Narodowego, ale sprawie  polskiej w ogóle!

Warta grzechu warta

O Wiśle mówi się, że jest królową polskich rzek. Z resztą, rok 2017 jest przez polski sejm ogłoszony rokiem tejże właśnie królowej. Nie da się jej odmówić panowania nad naszym krajem. Lecz jeśli Wisła to królowa, Warta musi być księżniczką. Jaka jest różnica między królową a księżniczką, wie każda dziewczynka. Nikt nie chce być starą, wredną i ponoszącą odpowiedzialność za swe czyny królową. Dziewczynki pragną być młodymi, pięknymi, bogatymi i nie związanymi żadną odpowiedzialnością królewnami. Taka jest właśnie Warta!

Gdy ogląda się te naszą księżniczkę z mostu Dębińskiego, nie można nie westchnąć z zachwytu. Wrażenie jest jeszcze większe jeśli dosłownie przed chwilą wyszło się ze wspaniałego lasku dębińskiego. Wypełniony jeziorkami oraz przepięknymi drzewami użytek ekologiczny, jest wspaniałą odskocznią od obskurnej zabudowy Dębca. To miejsce, w którym dosłownie czeka się na pojawienie majestatycznych elfów, które dadzą odpór orkom z Mordoru.

Komu obce są rozkosze wynikające z obserwacji przyrody, a kocha muzykę chóralną, polecam prawobrzeże naszej rzeki. Idąc na południe od mostu Dębińskiego przy ulicy Starołęckiej 88 znajduje się dom, w którym urodził się Stefan Stuligrosz. Każdy wielbiciel „Poznańskich Słowików” wie, iż to właśnie Stuligrosz, muzyk i pedagog, był założycielem znanego chłopięco-męskiego chóru.

Będziemy się jednak trzymać pięknej Warty, której byliśmy wierni idąc na południe ku Rogalinkowi. Po drodze musieliśmy minąć Czapury. Miejscowość w której do tego stopnia nic się nie działo, że z budynku pod nazwą „Czas zabawy” zaczęły dosłownie uciekać literki.

Nasza rzeka nie dała o sobie zapomnieć. Każdemu kto wjeżdża do wsi Wiórek od strony Poznania proponuje mały przystanek pod znakiem z jej nazwą. Przepiękne widoki zapierają dech w piersiach. Nasza królewna tu właśnie w Wiórku prezentuje się przecudownie!

Choć muszę przyznać, że nie do końca rozumiemy ze starszą szyszkową lokalną sztukę. Kilka metrów za znakiem wjazdowym znaleźliśmy dziwną rzeźbę. Niby kamień z welonem i przywiązanym doń słonecznikiem. Czy to groźba, żart, powitanie? Zostawiam Was z tymi pytaniami.

Rogalinek

„Biali patrioci”, to hasło wita wraz z Chrystusem przybitym do krzyża gości w Rogalinku. W sumie, cały południowy szlak od Dębca naznaczony jest śladami nacjonalistów. Razi mnie to niesamowicie. Prawie tak jak zbitka słów „White patriots” godło mojego kraju i ukrzyżowany Jezus w tle.

Rozłóżmy to na czynniki pierwsze. Jesteśmy w Polsce, gdzie urzędowym językiem jest polski. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, wszak jest to związane nieodłącznie z naszą kulturą. Dlaczego więc biali, polscy patrioci stosują komunikat w języku angielskim? Czyżby Rogalinek zamieszkiwali anglojęzyczni imigranci nie pojmujący polskiej mowy?

Polskie godło połączone z krzyżem celtyckim, to obraza naszego kraju sama przez się. Dość powiedzieć, że krzyżem tym posługiwali się nazistowscy kolaboranci z Francji i Holandii. Młodzi ludzie pewnie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo krzywdzą nasze godło łącząc je na jednym obrazku z tym plugawym neonazistowskim znakiem.

Na to wszystko dokłada się jeszcze Jezus. Z pochodzenia Żyd, urodzony i wychowany na bliskim wschodzie, założyciel religii głoszącej bezwzględną miłość do bliźnich. To wszystko składa się na prosty wniosek, iż na wlepkach pseudokiboli zamiast słów „White patriots” powinien znaleźć się napis „Dumb idiots”. Wtedy symbolika i miejsce całkowicie się zgadza!

To co naprawdę zasługuje na uwagę w Rogalinku, to drewniany kościółek z przełomu XVII i XVIII wieku. Kryty gontem, jednonawowy, ozdobiony wieżyczką o kształcie barokowym. Świątynia jest zabezpieczona pięcioma zastrzałami drewnianymi, a obok niej wznosi się drewniana dzwonnica z 1893 roku.

Dodatkową atrakcją jest leżący przed kościołem głaz narzutowy wydobyty z dna Warty pod Rogalinkiem w 1916 roku. Ów kamień spełnia rolę pomnika poświęconego pamięci parafian poległych w I i II wojnie światowej oraz ofiar zamęczonych w obozach koncentracyjnych.

Teren przykościelny pełni tutaj rolę cmentarza. Stojąc przy kościele stoi się właściwie w samym centrum nekropolii. Groby można napotkać właściwie wszędzie. Kilka z nich umiejscowionych jest dosłownie przy ścianie kościoła. Nadaje to temu i tak już niezwykłemu miejscu nutkę grozy. Wyobraźcie sobie, jest ciemna, głęboka noc. Stoicie samotnie u drzwi małego drewnianego kościółka a wokół Was tylko groby. To jest materiał na pierwszy dobry horror w historii polskiej kinematografii (nie licząc komedii romantycznych z Karolakiem).

Pałac

Gdy w końcu pokonaliśmy ponad dwudziestokilometrowy dystans naszym oczom ukazał się on. Piękny, wspaniały, robiący piorunujące wrażenie pałac Raczyńskich. Postawił go w tym miejscu Kazimierz Raczyński, budowa zakończyła się w 1776 roku. Barokowo-klasycystyczny styl pałacu cieszyć dziś może nasze oczy, dzięki kompleksowej rewaloryzacji i modernizacji, którą pałac przeszedł między 2007 a 2015 rokiem.


Oprócz nas, na terenie kompleksu pałacowego znajdowała się wycieczka szkolna, której przewodził bardzo ciekawy nauczyciel. Ów Pan tłumaczył swoim podopiecznym, że kiedyś sadziło się drzewa w ogrodach przed pałacem, w formie klimatyzacji, by w słoneczne dni znaleźć ochłodę w cieniach tych drzew. Gdyby na tym zakończył swój wywód, pewnie nawet nie zwróciłbym na to uwagi, lecz prawdziwie szokujące informacje miał zdradzić dzieciakom  już w następnej chwili.

Otóż Pan nauczyciel przekonany jest, że dziś już nie potrzebujemy drzew, bo… mamy klimatyzację! By utwierdzić swoich uczniów w bezużyteczności roślin spytał (w sumie nie wiadomo dlaczego?) czy uważają, że drzewa rosnące przy drogach są bezpieczne? Nie czekając na odpowiedź dzieci zawyrokował, że drzewa są bardzo niebezpieczne i należałoby je jak najszybciej powycinać. Mam nadzieję, że człowiek ten nie uczy na co dzień przyrody. Zaprezentował iście szyszkowe podejście do tematu.

Wnętrze pałacu przywodzi na myśl baśnie o księżniczkach i książętach, co żyli długo i szczęśliwie. Zwiad z interaktywnym przewodnikiem rozpoczynamy od jadalni, którą zdobią portrety i arrasy. Następnie podziwiamy pokoje domowników, urządzone tak, jak gdyby dawni gospodarze ledwo co z nich wyszli.

Ogromne wrażenie robią schody wiodące na pierwsze piętro. Ich poręcz przyozdobiona jest imitacjami toporów a na balustradzie rozciąga się kolczasty łańcuch. Ta kolczatka według elektronicznego przewodnika miała symbolizować Polskę spętaną jarzmem zaborców. Na ścianie przy schodach wiszą ogromne obrazy, a wieczorami światła dostarczają tu lampiony trzymane przez czarne ręce okryte złotym suknem.

Moim zdaniem najpiękniejszym pomieszczeniem w pałacu jest neobarokowa biblioteka. Wchodzi się do niej udając się w prawą stronę od szczytu schodów. Stworzył ją podczas gruntownej renowacji pałacu Edward Aleksander Raczyński. Piąty z kolei właściciel pałacu.

W pałacu zobaczyć możemy jeszcze pomieszczenie dawnej neogotyckiej zbrojowni, niestety jej wyposażenie zostało przez Raczyńskich tak dobrze ukryte, że do dziś nie wiadomo, gdzie się znajduje. Są też kolejne prywatne pokoje, portrety i rzeźby pięknych dam oraz zabawne łóżka z łapami (dosłownie). Nic jednak nie może równać się pięknem biblioteki, w której mógłbym mieszkać do końca życia, pogrążając się w cudownej literaturze!

Wokół pałacu

Po wyjściu z głównego budynku warto wybrać się do Gabinetu londyńskiego. Jest to ekspozycja poświęcona ostatniemu męskiemu potomkowi rogalińskiej linii rodziny Raczyńskich – Edwardowi Bernardowi Raczyńskiemu. Pełnił on rolę ambasadora Polski w Wielkiej Brytanii w latach 1934-1945. Od 1979 do 1986 sprawował urząd prezydenta RP na Uchodźstwie.

Gabinet w Rogalinie jest wierną rekonstrukcją pokoju w londyńskim mieszkaniu przy 8 Lennox Gardens, którego wyposażenie przekazały Fundacji im. Raczyńskich córki prezydenta po jego śmierci w 1993 roku. Zgodnie z jego wolą został pochowany w Rogalinie, do którego bardzo tęsknił przebywając na wyspach brytyjskich. (W pokoju można znaleźć między innymi fotografię z Lechem Wałęsą!)

Gdy skończymy podziwiać rekonstrukcje, warto rzucić okiem na obrazy. A jest w rogalińskim kompleksie pałacowym na co rzucać. Wspomniany już Edward Aleksander Raczyński stworzył bowiem, nie tylko genialną bibliotekę. W 1910 roku otworzył on zupełnie nowy budynek, mieszczący się przy pałacu, w którym można było podziwiać zbierane przez Raczyńskiego przez 40 lat dzieła malarstwa europejskiego. Przed II wojną światową galeria Edwarda Aleksandra uważana była za najlepszy zbiór malarstwa współczesnego w Polsce!

Dziś część zbiorów galerii znajduje się w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Rogalin nadal jednak poszczycić się może takimi dziełami jak „Dziewica Orleańska” Jana Matejki, „Śmierć Ellenai” i „Melancholia” Malczewskiego. Są tu również pastele Wyspiańskiego, wystawiane z przyczyn konserwatorskich w specjalnej, przyciemnianej sali. Na spragnionych sztuki zagranicznej czekają Albert Besnard, Wlastimil Hofman, Paul Delaroche i wielu innych. Choć na mnie największe wrażenie wywarła „Czarodziejka Zeineb” Etienne’a Dineta, francuskiego malarza żyjącego od 1861 do 1929 roku. Jest niezwykła, hipnotyzująca i do teraz żałuję, iż nie cyknąłem jej zdjęcia.

Wychodząc z galerii można udać się wprost do rozciągającego się za pałacem ogrodu francuskiego zamkniętego kopcem. Jeśli mam być szczery, to nudne jak niemieckie autostrady miejsce. Przyjemność odnajdą tu na pewno pedanci wszelkiej maści. Wszystko jest idealnie przystrzyżone, równe i na swoim miejscu. Jedyne co można tam odnaleźć, to fantastyczny widok na pałac!

Sprawę ratuje na szczęście park krajobrazowy, który otacza ogród francuski. Jest to największe w Europie skupisko dębów. Znajdziemy tu około 2 tysięcy dębów, których najznamienitsi przedstawiciele mają pnie o obwodzie sięgającym 9 metrów! Spośród nich najbardziej znane i najmocniej chronione są Lech, Czech i Rus. Badania dendrologiczne wykazały, że ci zacni staruszkowie liczą sobie mniej, więcej 700 lat!

Nasz ulubieniec Lech, jest już niestety tak stary, że musi podtrzymywać się nie na jednej a na kilku laskach. Czech ze starości wyłysiał, lecz nadal stoi między Lechem a Rusem, próbując pogodzić zwaśnionych braci. Rus natomiast, przypomina samotnego starca, który straszy okoliczne dzieci dla zabawy. Miło jednak widzieć, że ci starsi dębowie mimo upływu lat, wciąż stoją koło siebie.

Rogaliński Kubica

Okrążając park krajobrazowy, przy dębie Edwarda zeszliśmy w dół na brzeg rozlewisk nadwarciańskich. Są to przepiękne okolice. Nie da się słowami opisać cudowności tego miejsca. Gdy tak sobie leżeliśmy nad brzegiem rzeki, nagle rozpoczął się żabi koncert. Udział w nim wzięły największe gwiazdy chórów żabich. Składy były mieszane, męsko-żeńskie, a nagrodą dla najlepszych solistów, stała się kopulacja w zaciszu okolicznych traw.

Ważnym i godnym polecenia miejscem w Rogalinie jest również kościół pod wezwaniem św. Marcelina. Ukończony w 1830 roku budynek wzorowany był na rzymskiej świątyni w Nimes z I wieku przed naszą erą. Kościół jest dwupoziomowy. Górna część pełni rolę kaplicy, natomiast dolna jest w zasadzie mauzoleum rodu Raczyńskich. Spoczywa tu między innymi Edward Bernard Raczyński, wspominany już Prezydent RP na Uchodźctwie a także Roger Raczyński oraz serce fundatora świątyni Edwarda Raczyńskiego.

To na co szkoda czasu w kompleksie pałacowym, to powozownia. Jak się okazuje, powozy, które się w niej znajdują, nie mają żadnego związku z pałacem ani Raczyńskimi. Są, bo są i szkoda, że ta informacja spada na turystów dopiero po wejściu do powozowni. Jeśli ktoś chce pooglądać w czym jeżdżono 100 lat temu, może tego dokonać właśnie tam. Największym plusem powozowni jest jej niewielki rozmiar. Całość można zwiedzić w 5 minut. Zamiast tego polecam zabawę w poszukiwanie pomnika na cześć Henryka Sienkiewicza, który podobnie jak Adam Mickiewicz i Jacek Malczewski, gościł w pałacu Raczyńskich. Rodowa legenda głosi nawet, że właśnie tu Sienkiewicz pisał fragmenty „Rodziny Połanieckich”.

Cóż, czas nieubłaganie gonił i musieliśmy z wielkim smutkiem opuścić włości Raczyńskich. Rogalin jednak postanowił zaskoczyć nas jeszcze raz. Nieświadomi swego losu wsiedliśmy do busa, którym chcieliśmy się dostać do Mosiny, skąd łatwiej o połączenie do Poznania.

Okazało się jednak, że Pan kierowca jest szalony. Pędziliśmy przez wioskowe drogi, nie zważając na nic. W pewnym momencie kierowca „Kubica” wjechał komuś na podwórko, zahamował i zaczął wypytywać gospodarza, czy pies mu nie zaginął, bo on akurat widział podobnego do tego, który właśnie ujadał na łańcuchu. Gdy spotkał się z zaprzeczeniem zatrzasnął drzwi i pomknęliśmy dalej. Dowiedziałem się co to znaczy być „agresywnym kierowcą”. W pewnym momencie nasz busowy „Kubica” zniecierpliwiony korkiem na szosie zaczął pruć pod prąd, co automatycznie sprawiło, że włosy na karku stanęły mi dęba! Gdy samochód z naprzeciwka nieubłaganie się zbliżał nasz kierowca nie wrócił na swój pas. Wręcz przeciwnie, z całą stanowczością odbił w lewo wjeżdżając na pobocze i tym poboczem mijając samochody z naprzeciwka dojechał aż do zakrętu w lewo. Ta niezwykle szatańska jazda była końcem naszej wspaniałej Rogalińskiej podróży! Ale nie bójcie się, nie zginęliśmy w potwornym wypadku drogowym, a ten raport nie jest pisany przez ducha. Rogaliński „Kubica” dowiózł nas bezpiecznie na pociąg do Poznania.

Udostępnij...Share on Facebook