„Kuny” na tropie legendarnej Gośliny! (42 km)

„Kuny” na tropie legendarnej Gośliny! (42 km)

Dziennik lasrala 07, data leśna 3 maja AL 2017

Elewator, sarna, i deja vu, a na końcu odnalazła się legendarna kraina zwana Murowaną Gośliną. Nasza kolejna misja po okolicach Poznania to 42 kilometry męki, radości i niezwykłych widoków!

Piwo, piwko, piweczko

3 maja to święto kontrowersyjne. Jedni twierdzą, że uchwalenie pierwszej konstytucji na europejskim kontynencie, to jedno z największych dokonań Polaków. Drudzy, iż właśnie ta sprawa wpędziła Polskę w długi niebyt na historycznych mapach. Im dalej od 1989 roku, gdy w końcu istnieje wolność słowa, a 3 maja stał się świętem narodowym, tym dyskusja na temat znaczenia tego dnia rozbrzmiewa co raz głośniej.

Nas w marszu 3 maja obchodziło to o tyle, że pogoda nad naszymi głowami, też nie mogła się zdecydować, czy czcić konstytucje słoneczkiem, czy potępiać deszczem. Zgniły kompromis polegał na tym, że słoneczko przykryły ciemne deszczowe chmurki ale temperatura nadal była wysoka (no dobra przesadziłem, było po prostu za ciepło na jesienną kurtkę;).

Wychodząc z Poznania w stronę Koziegłów, zapragnęliśmy ze starszą szyszkową sprawdzić jak wygląda ulica Syrenia. Początki były bardzo obiecujące, bo naprzeciwko zakrętu z Bałtyckiej w Syrenią stoi ogromny gmach. Swą budową przypomina twierdzę, w której można by długo bronić się po ewentualnym wybuchu apokalipsy zombie.

Z niewiadomych przyczyn internety po wpisaniu adresu ulicy i zaznaczeniu, że chodzi o zabytkowy budynek fabryki wskazują, iż to browar Mycielskich. Jakże wspaniale taki obiekt pasowałby do 3 majowej opowieści. Wszak uruchomił go w 1872 odesłany z powstania styczniowego Józef Mycielski. Ileż autor tego raportu mógłby wysnuć rozważań na temat tego, czy ów browar powstałby w ogóle gdyby nie podpisano konstytucji 3 maja.

Niestety, wrednym zrządzeniem losu oraz po dłuższym przekopaniu internetu okazało się, że ów budynek na Bałtyckiej 48 w Poznaniu to Słodownia Pneumatyczna dziś „Optima” a dawniej „Poznań”. Wzniesiona po 1880 roku. Należała do majątku Huggerów. Tych samych, którzy wybudowali browar w centrum miasta. Dziś stoi na jego miejscu centrum handlowe o podobnej nazwie.

Słodownia prezentuje się pięknie. Niezwykłego charakteru nadają jej charakterystyczne ruchome osłony wylotów kominów, których zadaniem jest osłanianie wylotów przed wiatrem. To na tyle symboliczne przedmioty, że firma zarządzająca budynkiem uczyniła z nich swoje logo. Natomiast, ulica Syrenia cóż… powiedzmy, że Słodownia to jedyne ładne miejsce w tych okolicach.

Skorpion z kamienia

Nie umiem już zliczyć ile razy mijałem znak „Koziegłowy” na piechotę (mieszkając na poznańskim Łazarzu, to jest pewnego rodzaju wyczyn). Byłem tu jeszcze zanim powstała nowa droga dojazdowa, która, muszę przyznać, mocno komplikuje pieszy ruch.

Nigdy nie miałem jednak okazji przyjrzeć się tej miejscowości. Dlaczego ciągnie tu Poznaniaków? Dopiero gdy przystanęliśmy na chwilę, by napić się wody ujrzeliśmy piękno kryjące się za naszymi plecami. Koziegłowy położone wyżej od Poznania pozwalają z oddali cieszyć się niezwykłą panoramą naszego miasta.

Oczywiście, chcieliśmy stworzyć przepiękne portrety, które swą formą nawiązywałyby do pejzaży wielkich malarzy. Niestety, słoneczko na czas naszego pobytu w Koziegłowach postanowiło znów schować się za chmurami, w proteście przeciw 3 majowym obchodom. Widoczność tego dnia, również pozostawiała wiele do życzenia. Tym niemniej Poznań nadal pozostawał piękny. Z perspektywy Koziegłów, stolica Wielkopolski wydaje się taka cicha, spokojna. Nie słychać tu wiecznie wyjących syren karetek, nie ma nieustającego szumu aut. Jest tylko obraz, który pozwala szybko zapomnieć o tym jak niewygodnie żyje się w wielkim mieście.

Nastrój wiejskiej sielanki został nam brutalnie przerwany, gdy ujrzeliśmy potwora rodem z greckich mitów. Drogę do Czerwonaka przecięła nam kamienna kreatura, czyhająca na skraju ulicy Polnej łączącej się z Gdyńską. W życiu nie wiedziałem czegoś takiego. Kamienny tułów potwora nie zdradzał, żadnych słabych punktów. Stanęliśmy jak wryci oczekując na ruch bestii. Ta z kamienną twarzą, niewyrażającą żadnych emocji przystanęła w kwiatkach.

Naszym oczom ukazał się stalowy ogon bestii. Trudno walczyłoby się z przeciwnikiem wyposażonym w taką broń. Na szczęście dla nas okazało się, że ów stalowy bicz zakończony jest… kwiatuszkami! Kamienny potworek okazał się być bestią nieszkodliwą, a nawet w pewnym sensie uroczą. Doprawdy dziwne rzeczy dzieją się w Koziegłowach, musicie to zobaczyć sami!

Elewator

Komu nie wystarcza namiastka natury w postaci pięknych widoków i chciałby się z nią bliżej poznać zapraszam do Czerwonaka. Mieszczące się pod tą nazwą gmina i miejscowość, to naładowane historią i naturą wspaniałe miejsce na weekendowy wypoczynek. Ale zacznijmy od polityki.

Historia Pomnika Poległych Milicjantów w Czerwonaku jest tak zakręcona jak cała historia Polski. W lutym 1945 roku niedobitki z Wermachtu próbowały przebić się z Poznania do Piły. Do walki z nimi Armia Czerwona włączyła tworzące się na terenach Wielkopolski odziały Milicji Obywatelskiej. Jeden z takich oddziałów 14 lutego stoczył potyczkę z Niemcami broniącymi się w zagrodzie na terenie gminy Czerwonak. W walkach zginęło 9 Polaków.

Na cześć tego wydarzenia 7 października 1984 roku, w dniu Święta Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa wzniesiono pomnik zaprojektowany przez Józefa Kaliszana. Święto, z okazji którego odsłonięto pomnik, jest co najmniej kontrowersyjne (jak święto 3 maja i większość polskiej historii). W 1993 roku zmieniono w sposób znaczący wymowę pomnika. Przede wszystkim zawisł na nim orzeł w koronie, przytwierdzono do konstrukcji również tablicę z herbem Czerwonaka i krótkim napisem „Poległym i pomordowanym za wolność tej ziemi”.

Spragnionym natury proponuje natomiast spacer brzegiem Warty. Przepiękne, ciche, pełne zieleni miejsca, gdzie od czasu, do czasu natknąć się można na polującego wędkarza. Nie ma ton śmieci, smrodu setek papierosów ani wiecznego wrzasku. Wybrzeża Czerwonaka przypomniały mi jak było nad Wartą w Poznaniu, gdy jeszcze nikt nie wiedział, że wolno pić tam alkohol. Jeśli chcielibyście cofnąć się w czasie i zobaczyć jak było kiedyś, Czerwonak to umożliwia. Tereny są tak ciche i spokojne, że idąc nimi niemal wpadliśmy na sarnę, beztrosko szwendającą się w trawie. Ścieżki okupują ślimaki a ptaki tworzą cudowną ścieżkę dźwiękową.

Jednak świat ludzki nie pozwala zapomnieć o sobie w tej przepięknej wsi. Widoczny z oddali zespół elewatorów zbożowych podobnie jak Słodownia Pneumatyczna początkowo budzi skojarzenia z twierdzą obronną. W odróżnieniu jednak od schowanej w wielkim mieście słodowni, zespół elewatorów góruje nad całą wsią, niczym zamczysko właściciela tych terenów. Wybudowany w 1955 wielki elewator powiększono w latach ’70 o żelbetonowe silosy. Kompleks był przystosowany do odbioru zboża nawet z barek rzecznych. Za elewatorem znajduje się nieczynny dziś port oraz młyn do mielenia ziarna.

Teren elewatora należy do prywatnej firmy. Resztki po porcie rzecznym dogorywają stojąc sobie bezpańsko przy brzegu. Stały się miejscem spotkań młodzieży z Czerwonaka co widać po graffiti na ścianach i porozbijanych butelkach po piwie. Na górnym piętrze portu spotkaliśmy gołębicę dzielnie wysiadującą swe jaja. Oby tym, którzy przyjdą tam po nas nie przyszło do głowy krzywdzić dzielnej mamy.

Pałac Deja Vu

Idąc z Czerwonaka brzegiem Warty na północ, przywita Was w Owińskach przepiękny klasztor i zabudowania pocysterskie. Początki tego niezwykłego kompleksu sięgają XIII wieku. Swą obecną formę zawdzięcza przebudowie mającej miejsce około 1700 roku, według projektów Jana Catenazziego. Nie wiadomo czy wykorzystano do budowy pozostałości po trzynastowiecznych murach. Zaledwie 20 lat później budynki przeszły kolejną przebudowę czego przyczyną był pożar. Tym razem za projekty odpowiedzialny był Pompeo Ferrari (co może tłumaczyć czerwoną kolorystykę budowli;). Na przestrzeni następnych lat wielokrotnie powiększano kompleks i zmieniano nieznacznie jego formę.

Historyczną ciekawostką jest fakt, że klasztor odwiedził sam Napoleon Bonaparte w 1806 roku. Jeśli chcielibyście napisać historyczną powieść sensacyjną, której akcja miałaby dziać się  na terenach Wielkopolski to podpowiem, iż podczas tej wizyty doszło do próby zamachu na Francuskiego przywódcę.

W 1838 roku w klasztorze uruchomiono zakład psychiatryczny, co miało się okazać w przyszłości niezwykle tragicznym pomysłem. Szpital przetrwał bowiem wiatry historii aż do 1939 roku, gdy w ramach akcji T4, Niemcy eksterminowali wszystkich pacjentów.

Po II wojnie światowej utworzono tu ośrodek dla niewidomych dzieci, który w 1973 przekształcono w Ośrodek Szkolno-Wychowawczy. Kościół służy obecnie jako świątynia parafialna. W 2013 roku obiekt otrzymał nagrodę w konkursie „Zabytek Zadbany”, w kategorii „najlepsza rewaloryzacja przestrzeni kulturowej i krajobrazu”.

A gdy tylko wyjrzycie za róg parkingu przy klasztorze, Waszym oczom ukaże się dla odmiany pałac. My przeżyliśmy swego rodzaju deja vu, gdy okazało się, że znów stoimy przed pałacem rodziny von Treskow. Dwa dni wcześniej, uwięzieni w Strykowie również oglądaliśmy pałac tego rodu.

Przepiękny budynek ukończono w 1806 roku. Zygmunt Otton von Treskow chciał stworzyć rezydencje rodową, co mu się zresztą udało. Pałac był własnością jego rodziny aż do 1945 roku. Po wojnie budynek przekształcono w szkołę podstawową i przedszkole. Pierwsza funkcjonowała do 1993 roku. Przedszkole zamknięto 5 lat później.

Pałac trafił w prywatne ręce. Jednak inwestor zamiast budynek ratować pozostawił go na pastwę szabrowników. Zdewastowany, zrujnowany obiekt wrócił w ręce gminy pod koniec 2002 roku. Choć gmina uporządkowała staw i trawnik wokół pałacu, to budynek wciąż niszczeje, dewastowany niestety, przez grupy pijanej młodzieży. Co piszący raport miał nieszczęśliwą okazję widzieć na własne oczy.

Gdzie się podziały Śnieżyce?

Minąwszy Bolechowo wkroczyliśmy na teren wsi polskiej, znanej z powieści i filmów obyczajowych. Pola przeplatały się tu z zagajnikami, od czasu, do czasu widywaliśmy łączkę leżącą odłogiem. W ten obraz mimochodem wplątane były gospodarstwa i domeczki jednorodzinne. Gdyby nie wiosenna pora można by za Mickiewiczem rzec, że tęskno nam do „tych pól malowanych zbożem rozmaitem, / Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem”, choć to co mijaliśmy, to chyba był rzepak.

Droga wiodąca do Śnieżycowego Jaru udekorowana jest przepięknymi miejscami. Zaczynając od przystani Binduga, przy której można odpocząć w świetnie przygotowanych zadaszonych drewnianych ławeczkach. Gdy tamtędy przechodziliśmy jakaś rodzinka urządzała sobie grilla. Do brzegu cumował zaś mały jachcik.

Idąc dalej wzdłuż Warty można napotkać piękne jeziora nad którymi wygrzewają się okoliczni mieszkańcy. Ścieżki przerywane są małymi strumieniami, które żłobią powolnie tunele w okolicznym lesie. Każdego fana uroków przyrody takie obrazy muszą wprawić w ekstazę!

Nabrzeże prowadzi przez piękne krajobrazy i gdy już myślisz, że nic nie może Cię zaskoczyć, wtedy wprost z lasu wyłania się Skaczący Młyn. To gospodarstwo agroturystyczne, dom weselny, restauracja i właściwie wszystko, położone w niezwykle malowniczym miejscu z własnym stawem. Pisałem już o tym miejscu, w styczniowym raporcie ze Śnieżycowego Jaru (teraz wiem, że wtedy nie udało mi się dotrzeć na teren rezerwatu, od kwiatków dzieliło mnie zaledwie kilkaset metrów). Wiosną ośrodek jest jeszcze ładniejszy a mnie nadal nie udało się ustalić kim są osoby pochowane w grobach tuż za płotem tego niezwykłego miejsca.

Śnieżycowy Jar to więcej niż piękne miejsce. To prawdziwa świątynia natury! Tu człowiek może poczuć ten wspaniały spokój i piękno przyrody! Choć, i piszę to z ogromnym żalem, kolejny raz nie udało mi się zobaczyć śnieżyc wiosennych. Nie chodzi tu oczywiście o burze śnieżne w maju. Śnieżyca wiosenna to prześliczny kwiatek z rodziny amarylkowatych. Rośnie głównie w Sudetach i Karpatach. Rzadko występuje poza terenami górskimi, stąd jej wyjątkowość na wielkopolskich terenach. Bardzo wcześnie kwitnie, zdarza się, że nawet w lutym. My dotarliśmy do Śnieżycowego Jaru na początku maja i już nie było po kwiatkach śladu. Starsza szyszkowa „Marta” nie dawała za wygraną i szukała bardzo dogłębnie. Może śnieżyce też nie lubią 3 majowego święta?

Legendarna Goślina

Wychodząc z rezerwatu czuliśmy się jak uchodźcy. Na rozciągłości całej ścieżki toczyła się wielka wojenna kampania. Z nieznanych nam przyczyn, mrówki z mrowiska po prawej stronie ścieżki mocno nacierały na te z mrowiska po lewej. Jatka potęgowana była przez przejeżdżających po ścieżce, nieświadomych niczego rowerzystów. Mrówki żadnej ze stron nie chciały się poddać. Gdy dowódcy obu wojsk zauważyli dwa wysokie obiekty, stojące przez dłuższy czas na środku frontu, musieli wydać podobne rozkazy. Ich podwładni i ci z lewej i ci z prawej rozpoczęli podbój naszych butów. To był moment, w którym ogłosiłem odwrót.

Nasz oddział na szczęście bez strat wycofał się do wsi Starczanowo, gdzie też napotkaliśmy zwierzęta. Na szczęście były to kozy, o wiele bardziej pokojowo nastawione niż mrówki, a dodatkowo za płotem. Co umocniło mnie w przekonaniu, że nie zostaniemy przez nie rozszarpani na strzępy, a właśnie to ewidentnie planowały wcześniej mrówki.

Ostatnie 9 kilometrów było prawdziwą męczarnią. Mieliśmy już w nogach ponad 30 km. W myślach zacząłem przeklinać pomysł dotarcia do Murowanej Gośliny przez Śnieżycowy Jar. Stopy bolały nas niemiłosiernie. Mnie dokuczał bardzo mocno staw biodrowy, starszą szyszkową bolały plecy.

W tej sytuacji, każda pojawiająca się tabliczka z nazwą kolejnej miejscowości wydawała nam się kpiną z naszej wytrwałości. Uzmysłowiłem sobie to, gdy minęliśmy znak informujący nas, że za kilometr będziemy w końcu w Murowanej. Idziemy, idziemy, idziemy i w końcu jest znak! Widzę go w oddali i żartobliwie mówię do „Marty” „oto w końcu to legendarne miejsce, mityczna kraina Murowana Goślina”. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po pokonaniu tego symbolicznego kilometra naszym oczom ukazała się tabliczka z napisem „Raduszyn”. Wtedy połączenie naszego zmęczenia i frustracji spowodowało, że przez chwilę uwierzyliśmy, iż Murowana Goślina to tylko mit, krążący wśród mieszkańców Wielkopolski.

Raduszyn okazał się zmyłką. Pułapką dla ludzi małej wiary, którzy po przejściu 8 kilometrów ze Śnieżycowego Jaru postanowiliby zawrócić. My nie zawróciliśmy wierząc, że to miasto musi istnieć! Nasz upór został doceniony. Znaleźliśmy Murowaną Goślinę! Jej mieszkańcy wydawali się być zaskoczeni naszą radością i zadowoleniem z odkrycia tego miejsca. Nie zdawali sobie sprawy, bo i skąd, że przeszliśmy 42 kilometry, by udowodnić istnienie ich miejscowości. Za nasz trud i znoje podróży Goślina pożegnała nas pięknym serduszkiem na stacji kolejowej. Bo tak, zamiast iść do niej jak my okrężną drogo przez 10 godzin, można przez 30 minut jechać pociągiem. Ale czy wtedy byłoby tak fajnie?

 

Udostępnij...Share on Facebook