Armii Lasowej pochód 1 majowy! (35 km)

Armii Lasowej pochód 1 majowy! (35 km)

Dziennik lasrala 06, data leśna 1 maja AL 2017

Nawiedzone sarny, ludożercze wierzby, Indie, trędowaci, narodowcy i katastrofa lotnicza. A to wszystko tylko podczas 35 kilometrowego marszu z Poznania do Strykowa!

Sarny widzą wszystko!

1 maja. Tak dobrze znane Polakom Święto Pracy, choć nie bez powodu kojarzy nam się z komunizmem, w rzeczywistości narodziło się w Stanach Zjednoczonych. To na cześć strajkujących wiosną 1886 roku amerykańskich robotników, domagających się 8 godzinnego dnia pracy, my każdego roku 1 maja paradoksalnie mamy wolne.

Wy smacznie spaliście, ciesząc się tym wolnym od pracy poniedziałkiem i pewnie przygotowując już w myślach kiełbaskę na grilla. Ja natomiast, wraz z moją dzielną starszą szyszkową „Martą”, pakowaliśmy plecak na długą podróż.

Chyba każdy przyzna, że tegoroczny 1 majowy poranek był przepiękny. Słoneczko przygrzewało, małe białe chmurki przyozdabiały błękitne niebo i gdyby nie chłodny wiaterek można by pomyśleć, że mamy środek lata. W tak pięknych okolicznościach przyszło nam spotkać niezwykłą sarenkę. Dziwnie jest spotkać takie zwierzątko w środku Poznania. No dobrze, może Fabianowo to nie ścisłe centrum ale nadal jest przy Głogowskiej!

Hipnotyczny wzrok sarny przyciągał uwagę. Nie dało się oderwać od niej wzroku. Może i dobrze, że znajdowała się za płotem na terenie czyjejś posesji. Kto wie co sarna o takim wzroku mogłaby nam zrobić, gdyby nie dzielące nas metalowe ogrodzenie!?

Śmierć wrogom Plewisk

Idąc wzdłuż torów z przystanku Poznań Junikowo w kierunku szosy S11 można się sporo naoglądać. Człowiek dowiaduje się na przykład z napisu na jednym z garaży, że nacjonalizm jest jedyną drogą. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do autorów takich twierdzeń, to pozostałe garaże przyozdobione są znaczkami ONR oraz nieudolnymi próbami narysowania celtyckiego krzyża

To nie koniec. Prawdziwą perełkę garażowej drogi wstydu w Plewiskach można znaleźć na najdalej wysuniętym w kierunku szosy S11 baraku. „Śmierć Wrogom Ojczyzny” do tego popularnego wśród radykalnej, prawicowej młodzieży hasła autorzy załączyli ozdobniki w postaci wspomnianego już krzyża, falangi oraz… symbolu Polski Walczącej.

Biedne niedouczone dzieci. Gdyby wiedziały, jak wielką i ohydną krzywdę czynią zestawiając te obrzydliwe nacjonalistyczne znaczki, z symbolem walki o Polskę. „To obrzydliwe. Odmawiam rozmów z narodowcami. To nie jest patriotyzm. To jest ideologia. A ojczyzna powinna być ponad ideologią, nie można jej do ideologii sprowadzać.” mówił w rozmowie z Emilem Maratem i Michałem Wójcikiem Aleksander Tarnawski pseudonim „Upłaz”, ostatni żyjący cichociemny.

Trędowaci

Prawdziwą ironią losu jest to, że za szosą S11, przy samym wejściu do wsi Palędzie, stoi tablica upamiętniająca ofiary nazizmu. Pomnik ofiar głoszący „Miejsce uświęcone cierpieniem jeńców angielskich, francuskich i rosyjskich oraz więźniów obozu pracy narodowości żydowskiej, którzy w okresie II wojny światowej w latach 1941 – 1943 zostali zmuszeni przez niemieckiego okupanta do niewolniczej pracy” stoi zaledwie 4 kilometry od baraków w Plewiskach.

Nie jest też tajemnicą, że w imię narodowego socjalizmu, czystości rasowej oraz tysiącletniej rzeszy gestapo w 1939 roku dokonało masowej egzekucji w Palędziu. Wśród kilkuset osób pomordowanych w imię czystości narodu niemieckiego znalazło się również 70 studentów Uniwersytetu Poznańskiego. Ofiary tej zbrodni pochowano w masowej mogile, tak zwanych Grobach Zakrzewskich.

Czy ludzie, którzy dziś malują symbole kojarzące się z rasizmem lub bazgrzą hasła o nacjonalizmie potrafiliby spojrzeć w oczy ofiarom gestapowców? Co Ci młodzi i, mam nadzieję, nieświadomi swej głupoty ludzie chcieliby przekazać tym, którzy zginęli z powodu durnej ideologii?

Ojciec

Palędzie to wieś niezwykła pod wieloma względami, a tablica ku pamięci ofiar jest jednym z najmniejszych zaskoczeń. Starczy wspomnieć, że początek istnienia miejscowości szacuje się na mniej, więcej 1200 lat p.n.e.! Znaleziono tu cmentarzysko kultury łużyckiej zawierające 41 grobów całopalnych.

Ta wieś przetrwała wiele niezwykłych wydarzeń. Między innymi bitwę z Krzyżakami, zwycięską dla Władysława Łokietka. Na terenie wsi miała też miejsce katastrofa lotnicza. 20 listopada 1992 na terenie wsi rozbił się samolot MIG-21 z por. pil. inż. Romanem Jackiem na pokładzie. W książce pod redakcją Józefa Zielińskiego „Pamięci lotników wojskowych 1945 – 2003” można przeczytać „Katastrofa wydarzyła się podczas wykonywania startu na samolocie Mig-21 PFM do lotu szkolnego w NTWA. Pilot po wystartowaniu i wyłączeniu dopalacza nie złożył obowiązującego meldunku: „Neutralne”, lecz dwukrotnie zameldował „sztuczny nie jest oświetlony”. Otrzymał od kierownika lotów komendę nakazującą wykonanie lotu metodą małego prostokąta. Wkrótce potem samolot zderzył się z ziemią w odległości 15 km od lotniska. Pilot nie podjął próby opuszczenia samolotu za pomocą fotela katapultowego”.

Jednak Palędzie jest znane głównie przez ojca Mariana Żelazka, który tu właśnie się urodził. Jego historii starczyłoby na niejeden hollywoodzki film. Zaledwie 22 letniego zakonnika aresztowano i wywieziono do obozu koncentracyjnego w Dachau w maju 1940 roku. Był przetrzymywany również w obozie w Gusen. Od 1950 roku przez 25 lat pracował wśród Adivasów, żyjących w indyjskiej dżungli koczowników. Od 1975 roku niósł pomoc trędowatym w Indiach. W 2002 roku Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata MAITRI zgłosił jego kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla. Zmarł w 2006 roku. Niezwykły pomnik tego człowieka znajdziecie na skrzyżowaniu drogi jego imienia z Pocztową.

Ludożerca

Żeby tego wszystkiego było mało, w Palędziu znajdują się najdziwniejsze na świecie drzewa. Ich siła jest tak wielka, że nawet potęga ludzkiej cywilizacji ustępuje im miejsca. Chodniki dosłownie kręcą zygzaki, by tylko nie naruszyć spokoju drzew.

Gdy próbowaliśmy grzecznie zwrócić im uwagę, że to nie ładnie i nie wypada się tak wpraszać na miejsce chodnika, nastąpiła rzecz w przyrodzie niespotykana. Pierwszy z brzegu osobnik, o fryzurze godnej indiańskiego wojownika z plemienia Irokezów rzucił się na mnie jak oszalały.

Atak był nagły i niespodziewany. Drzewo nie miało kagańca, nie wiedziałem nawet czy było kiedykolwiek szczepione. Na szczęście nasz spór udało się rozwiązać polubownie. Drzewa pozostawione w spokoju, których nie próbuje się wypraszać z dawno zajętych przez nie miejsc są bardzo grzeczne i kulturalne. Czasem nawet potrzymają nam coś przez chwilę lub wesprą ramieniem. Choć już nigdy nie spojrzę na palędzkie drzewa tak jak przed tym przedziwnym incydentem…

Krzyż na ścianie

Powiem szczerze, jedyne godne zainteresowania miejsce w samym Dopiewie to przedziwny kościół pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny. Przywodzi na myśl obrzydliwe twory architektury realnego socjalizmu. W pierwszej chwili byliśmy przekonani, że to blok mieszkalny.

Dopiero ogromnych rozmiarów krzyż, zajmujący praktycznie całą boczną ścianę kościoła uzmysłowił nam, że ten okropny budynek jest w istocie świątynią katolicką. Naprzeciwko kościoła znajduje się jednak coś jeszcze dziwniejszego. Niby grota. W środku kilka różańców. Wszystko pachnie świeżą farbą, a jakby czegoś jednak brakowało. Czym jest to przedziwne miejsce, co się tam odbywa, może Wy wiecie?

Architektura to chyba generalnie pięta achillesowa mieszkańców Dopiewa. Gdy opuszczaliśmy tą wieś ulicą Bukowską w stronę A2 natknęliśmy się na kolejny niezbyt udany architektoniczny twór. Chociaż z drugiej strony, drzwi umiejscowione na pierwszym piętrze bez żadnych schodów mogą być jakąś metaforą nieprawdaż?

Koniec cywilizacji

Wędrując przez pola, lasy i łąki w ten niezwykle słoneczny, majowy dzień, tuż pod osadą Podłoziny, odkryliśmy zapis konwersacji na kolejnym baraku przy torach. Uczestnicy tej ściennej wymiany zadań najwyraźniej nie potrafili porozumieć się w kwestii rasizmu. Jedynym argumentem obu stron, był spray. Tylko zdewastowanej budki szkoda…

Same Podłoziny okazały się bardzo miłą miejscowością. Otoczone polami, dosłownie kilka domków na krzyż. Okolica naprawdę zachęcała do zamieszkania w tamtych rejonach. Byłem też przekonany, że czeka nas długa i bezpieczna droga chodnikiem. Wszak mapa pokazywała, że idziemy główną szeroką drogą.

Mój instynkt zawiódł mnie całkowicie. Tuż za znakiem kończącym teren wsi Podłoziny cytując klasyka „nie było niczego”. Utwardzana ścieżka, bo trudno te zwężającą się drużkę nazwać drogą okazała się być niezwykle uczęszczana. Chyba przez całą naszą trasę nie minęło nas tyle aut i rowerów co wtedy na tej niepozornej ścieżce. Ten swoisty koniec cywilizacji miał również ogromne plusy.

Tuż przy drodze stoją wspaniałe rzeźby, stworzone przez najbardziej utalentowanego a równocześnie najstarszego artystę naszej planety – naturę. Jeśli ktoś wierzy w reinkarnację i to taką, w której można odrodzić się nie tylko jako zwierzę, lecz również roślina, tam znajdzie zbrodniarzy całego średniowiecza. Powykręcane, przybierające najdziwniejsze pozy pnie, oszpecone dodatkowo ręką człowieka tworzą obrazy niczym z filmów Tima Burtona. Ciarki mnie przeszły na myśl przechodzenia tą ścieżką ciemną nocą.

Źródełko

Z lasu tuż za przerażającymi rzeźbami wyłania się nagle i niespodziewanie osada. To w zasadzie dwa domki postawione w lesie. Jednak nawet do tak małej wydawałoby się wioski dotarła Unia Europejska. Dzięki jej dofinansowaniu mieszkańcy tego cudownego miejsca mają do dyspozycji ogromny plac zabaw oraz piękne miejsce na pikniki lub 1 majowe grille.

Gdy minęliśmy tę małą osadę nawet nie spodziewaliśmy się, że dosłownie za rogiem czeka na nas „Źródełko”. Mało osób wie, że w Wielkopolsce, tuż pod Poznaniem znajduje się źródło typu wywierzyskowego. Woda tam naturalnie i samoczynnie wypływa na powierzchnię ze zbocza wzniesienia. W naszym kraju tego typu źródła występują tylko w Tatrach i na wyżynach takich jak Jura Krakowsko-Częstochowska.

Warto zobaczyć to niezwykłe miejsce i wspiąć się na wzniesienie, z którego wypływa ta piękna, czyściutka woda. Tu również rzuca się w oczy dobrodziejstwo Unii. Dzięki dofinansowaniu wspólnoty Wielkopolanie mogą cieszyć się niezwykłym zjawiskiem przyrody w komfortowych warunkach. Są tu ławeczki miejsce na ognisko i grilla, strumyk jest pięknie ogrodzony kamieniami, a turyści przyjeżdżający autami mogą je zostawić na parkingu. Gdy tamtędy przechodziliśmy, szalały na miejscu tłumy dzieci, więc postanowiliśmy się szybko wycofać, by możliwie jak najdalej uciec od ludzkiego zgiełku.

Ród Tomickich herbu Łodzia

Uciekając w popłochu przed majówkowymi turystami dosłownie wpadliśmy na młyn, a właściwie jego pozostałości. Pierwszy budynek rozpoczynający niezwykle piękną wieś Tomice, to pozostałość po wybudowanym pod koniec XIX wieku młynie wodno-parowym. Maszyna pracowała aż do 1957 roku. Dziś niestety pozostały tylko mury tej niezwykłej konstrukcji.

Ale to nie koniec niespodzianek. Tuż przy końcu Tomic stoi kościół. Nie jest to byle jaka świątynia. Późnogotycki kościół parafialny świętej Barbary powstał w 1463 roku. Ufundowała go rodzina Tomickich herbu Łodzia, od których nazwiska zresztą utworzono nazwę wsi. Kościół przebudowano w 1770 roku w stylu barokowym i odnowiono w 1995. Najcenniejszymi zabytkami tej świątyni są dwa dzwony, pierwszy z 1541 roku a drugi z 1613. Można tu też znaleźć niezwykłe płyty nagrobne w stylu gotycko-renesansowym. Jedna z nich należy do fundatora całego budynku Mikołaja Tomickiego.

Dwa pałace

Pierwotny plan wyprawy zakładał dotarcie do wsi Rybojedzko. Niestety, okazało się, że Rybojedzko to pustkowie. Od znaku rozpoczynającego miejscowość do znaku kończącego ją, prócz pól prawie nic nie było. Żadnych oznak cywilizacji, która mogłaby w bezpieczny sposób sprowadzić nas z powrotem do Poznania.

Postanowiliśmy więc, że skoro i tak jesteśmy o dwa kroki od Jeziora Strykowskiego, to warto się przejść wzdłuż, aż do Strykowa, gdzie do Poznania powinien zabrać nas pociąg. Tuż przy budynku Nadleśnictwa Konstantynowo-Leśniczówka, jest chyba jedyna ogólnodostępna plaża dla okolicznych mieszkańców. Tłumy młodych ludzi, grille i muzyka Disco Polo. Tak zaczęło się dla nas zwiedzanie bardzo długiego Jeziora Strykowskiego.

Miłą odmianą okazał się przepiękny pałac w Sapowicach. Według jednych źródeł zbudowano go pod koniec XVIII wieku, według innych dopiero w XIX. Ostatnimi przedwojennymi właścicielami pałacu była belgijska rodzina Tiemanów.

Jeden z synów Arnolda Tiemana (Belga, który odkupił posiadłość w Sapowicach od poprzedniego niemieckiego właściciela), wszedł do znanej na terenach Wielkopolski rodziny von Trescov, żeniąc się z Margaret von Trescov. Zamieszkali w pałacu w Strykowie. Ten budynek również udało nam zobaczyć. Niestety, w przeciwieństwie, do tego w Sapowicach, pałac von Trescov jest obecnie w rękach prywatnych, a osobom zwiedzającym nie wolno wchodzić na teren należący niegdyś do syna Arnolda Tiemana.

Na szczęście, pałacem w Sapowicach opiekuje się Biblioteka Raczyńskich. To pozwala zbłąkanym turystom doświadczyć niezwykłego estetycznego piękna nie tylko budowli, lecz także cudownego parku i wybrzeża. Pałac, prócz roli magazynu, spełnia również rolę domu pracy twórczej, gdzie wspaniałe umysły tworzą swoje literackie dzieła. W ciszy i pięknych okolicznościach przyrody pracują znani pisarze, nie tylko z Polski.

Pułapka

Zanim jednak przekonaliśmy się, że prywatne ręce obecnych właścicieli zamku von Trescov nie pozwolą nam go obejrzeć, dosłownie biegliśmy na pociąg. Po 7 godzinnym marszu mieliśmy szansę od razu po dotarciu do Strykowa wrócić do Poznania. Więc biegliśmy. Udało się! Stoimy w pociągu podchodzimy do konduktora i… konsternacja. Szukamy po kieszeniach wywracamy portfele ale rzeczywistość jest dla nas miażdżąca. Żadne z nas nie wzięło ze sobą gotówki. Mieliśmy tylko karty. Konduktor nie dał się przekonać, że wypłacimy pieniądze w mieście itd. itp. Musieliśmy wysiąść, a następny pociąg dopiero za dwie godziny.

Wtedy właśnie znaleźliśmy dom syna Arnolda Tiemana, równie dla nas niedostępny co pociąg powrotny do domu. Do mieszczuchów dotarło również, że we wsi Strykowo nie ma żadnych bankomatów. To był prawdziwy cios. Było nam zimno, chłodno i byliśmy nieziemsko zmęczeni tymi 35 kilometrami.

Naszym herosem okazał się internet. Udało się kupić bilet onlie na następny pociąg (bądź błogosławiony internecie). Ale jak to już w życiu bywa, gdy już mieliśmy bilet, przez całą drogę do Poznania, nikt go nie sprawdził…

Udostępnij...Share on Facebook