Mroźny Śnieżycowy Jar! (35 km)

Mroźny Śnieżycowy Jar! (35 km)

Dziennik lasrala 02, data leśna 24 stycznia AL 2017

Śnieżycowy Jar, to rezerwat przyrody, w którym występuje bardzo rzadka w Wielkopolsce śnieżyca wiosenna – piękny mały kwiatek kwitnący wczesną wiosną. Zanim się o tym dowiedziałem zdążyłem się kilka razy zgubić, trafić na bazę wojskową w środku lasu i odbyć metafizyczne spotkanie na środku pustkowia.

Pośrodku niczego

– Czegoś trzeba? – zapytał wąsaty mężczyzna.

– Szukam ulicy Radzimskiej, to gdzieś tutaj? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

– Ta ulica – pokazał miejsce w którym staliśmy – chyiba nazwy ni ma, a czego tam trzeba? – zapytał drugi raz wąsaty.

– Do Śnieżycowego Jaru idę, daleko to?

– O będzie i ze 4 kilometry, to daleko! – podkreślił wąsacz nie wiedząc, że mam za sobą 5 godzin marszu i 26 kilometrów w nogach.

Musiał się jednak zorientować po mojej minie, iż te kilka kilometrów to dla mnie nie problem, bo szybko dodał – Musisz zaś iść tu w lewo aż do mostku. A za mostkiem, jak dojdziesz zaś do rozwidlenia, no to znów w lewo. Będą znaki, tylko pamiętaj, za mostkiem w lewo. Ale to 4 kilometry, naprawdę daleko! – ostrzegł.

– Idę z Poznania. – rzuciłem na odchodne puszczając do niego oko.

– Z Poznania? A na jakiej ulicy mieszkasz? – odkrzyknął, bo zanim dotarło do niego skąd przyszedłem dzielił nas już spory dystans.

– Na Głogowskiej! – krzyknąłem na pożegnanie w przestrzeń i usłyszałem tylko jak odjeżdża we mgle swoim dostawczakiem.

Zanim jednak doszło do tej rozmowy na środku pustkowia. Gdzieś między Złotoryjskiem a Mściszewem, spotkało mnie wiele niezwykłych przygód, o których zaraz Wam opowiem.

Orzeł i postrzelona kurtka

Od początku prześladował mnie pewien rodzaj pecha. Czasami już tak jest, że budzisz się i wiesz, że dziś nie będzie Twój najszczęśliwszy dzień. Pierwsza sprawa, to pogoda. Poprzedniego dnia wieczorem sprawdzałem prognozy. Lekki opad śniegu, temperatura plus 1, to przy marszu zaśnieżonymi poboczami wizja błota po kolana, może nawet szyję.

Cel zwiadu został mi wyznaczony na porannej odprawie. Gajor Lidka mocno wahała się gdzie mnie wysłać, czy Kórnik, czy Śnieżycowy Jar. Ostatecznie wybrała ten drugi z powodów, których zdradzić nie mogę.

Pora była późna (warto odnotować, że 7:30 dokładnie). Chciałem wyjść o 6 ale zaspałem (co przyczyni się do późniejszego cierpienia z powodu braku czasu), bez śniadania, jedynie po porannej kawie. Nasza dowódczyni jest w tej kwestii bardzo zasadnicza, kto się spóźnia ten nie je śniadania. Na ulicy było rześko, choć już po chwili okazało się, że ja byłem ubrany zimowo, a na dworze klimat raczej wiosenny. Do tego rozkręcająca się mgła, która niestety będzie mi towarzyszyła przez cały zwiad.

By nie było nudno i codziennie, drogę z pod Parku Wilsona do ulicy Pułaskiego postanowiłem przejść małymi uliczkami Jeżyc. Uznałem to za lepsze i wygodniejsze dla uszu rozwiązanie, niż tłuc się Głogowską i Roosevelta, gdzie hałas gnających przed siebie aut rozrywa czaszkę niemal dosłownie a wróg w każdej chwili mógłby niezauważalnie podstawić mi ogon.

Takie urozmaicenia pozwalają zawsze odkryć coś nowego. Od choćby „Technicznego” trabanta o lazurowo błękitnym kolorze. Niezwykłe wrażenie robi też pomnik poległych w czerwcu 1956 roku. Orzeł strzegący ulicy Kochanowskiego w Poznaniu jest niezwykły i choć mijałem go tysiące razy, dopiero teraz zatrzymałem się przy nim, by w ciszy przez chwilę podziwiać jego piękno.

„…i te strzały nie były już dane w powietrze, ale do ludzi…” głosi napis na tablicy upamiętniającej 60 rocznicę Czerwca 1956 roku. Słowa wypowiedziane przez mecenasa Stanisława Hejmowskiego 16 października 1956 roku współgrają z podziurawioną kurtką na stałe przymocowaną do ściany tuż przy komendzie policji. I kurtka, i orzeł mocno oddziałuj na wyobraźnię i szkoda, że na Dąbrowskiego nie stoi ogromny baner wskazujący na ulicę Kochanowskiego z dopiskiem wielkimi literami „POMNIKI HISTORII!”. Może turyści częściej by tam zaglądali?

Mistrz Baleroni

Czas nieubłaganie gonił, a ja ciągle byłem w Poznaniu. Przy skrzyżowaniu alei Armii Poznań z Winogradami skręciłem w ścieżkę między drzewa. Od początku czułem się obserwowany ale dopiero, gdy podszedłem bliżej udało mi się dostrzec niezwykły i bardzo rzadko występujący w naturze okaz.

Porzucone, samotne krzesełko najwyraźniej nic sobie nie robiło z braku ludzkiej obecności. Było oswojone i niegroźne. Nawet, gdy podszedłem bardzo blisko nie przejawiało żadnych oznak agresji. Przy okazji, idąc tą drogą zapoznałem się z kibicowską twórczością kwitnącą na drodze rozciągniętej wzdłuż trasy Poznańskiego Szybkiego Tramwaju nazywanego przez Poznaniaków Pestką.

Ukrycie się przy skrzyżowaniu Szeligowskiego z Wiechowicza między blokami było ratunkiem dla moich uszu. Te rejony Poznania były dla mnie dotychczas nieodkrytym lądem. Dlatego początkowo wydawało mi się, że Pływalnia Miejska Atlantis, to jakiś ukryty między blokami Aquapark. W tych małych uliczkach też można było znaleźć smaczki. Jak relikt żywcem wyjęty z lat ’90, czyli czarny napis na ścianie bloku z wielkiej płyty głoszący „Zakaz gry w piłkę”. Dowiedziałem się również o istnieniu Mistrza Baleroni. Nigdy wcześniej nie słyszałem o takim księstwie jak Baleronia, ani o jego Mistrzu. Jest to jednak temat, który powinie zainteresować ministra Waszczykowskiego. Kto wie, może po San Escobar czas na sojusz z prawdziwym mocarstwem!

Pierwszy kontakt

Lasek przy Hubach Moraskich jest przepiękny, choć nie rozumiem dlaczego psom nie wolno w nim biegać bez smyczy? Może znajdą się jakieś mądre głowy, które mi to wytłumaczą?

Idąc dalej mija się robiący spore wrażenie Kościół św. Jadwigi Królowej Wawelskiej leżący nad Jeziorem Umultowskim. Z daleka świątynia wydaje się być budynkiem starym z piękną wielowiekową historią. Im bliżej tym bardziej oczywistym staje się, że budynek jest bardzo młody i liczy sobie jakieś 15 lat. Nie zmienia to faktu, że z jeziorem w tle wygląda naprawdę monumentalnie.

Chodząc na długie piesze zwiady obawiam się tylko jednego, braku pobocza przy bardzo ruchliwych ulicach. Ani dzikie zwierzęta, ani dziury, czy inne pułapki natury nie są mi tak straszne, jak te metalowe potwory gnające szosami ponad 100 km/h. Niestety, kawałek drogi Naramowickiej od Rumiankowej do Lubczykowej jest właśnie taki. Tylko szosa, barierka ochronna i auta. Pieszy musi wybrać, albo idzie jezdnią i ryzykuje zderzenie z samochodem, albo trzymając się barierki próbuje iść na zboczu przy jezdni.

Ja wybrałem drugą opcję. Mniej, więcej do połowy drogi trzymając się barierki szedłem pochyłym zboczem. Wtedy nagle i niespodziewanie omsknęła mi się noga nie zdążyłem złapać barierki, którą puściłem dosłownie na sekundę… na szczęście udało mi się w porę złapać jakiś krzew, który utrzymał mnie w pionie. W tym momencie postanowiłem, że jednak zejdę na dół i doczłapie się do jakiejś cywilizacji błotnistym polem. Krzew nie pomógł mi za darmo. Pozostawił w środkowym palcu lewej dłoni sporej wielkości drzazgę.

Pierwszy kontakt z obcą cywilizacją mnie zaskoczył. W życiu nie przypuszczałem, że spotkam kosmitów na poznańskim Radojewie. Coś co przypominało zmiksowanie Jabby the Hutta z kosmicznym ślimakiem witało znienacka niczego nieświadomych turystów przy ulicy Rdestowej. Oprócz ślimakowatego przyjemniaczka był też doniczkowy miś i dąb Benek, pierwsze drzewo z uśmiechniętą twarzą jakie widziałem w życiu. Znajdujące się nieopodal Benka wielkie czerwone serduszko WOŚP tłumaczyło wizytę pozaziemskich gości. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy grała najwyraźniej nie tylko poza granicami naszego kraju, ale także poza granicami naszego układu słonecznego!

Tajna baza wojskowa

Radojewo to miejsce niezwykłe. Nie tylko dlatego, że można tam spotkać kosmitów. To przede wszystkim miejsce przepięknych budynków, takich jak dawna szkoła a obecnie świetlica przy ulicy Piołunowej. Jest też pałac, który w 1825 roku wybudował Zygmunt Otto von Treskow dla swojego syna Heinricha Baltazara. W Radojewie był nawet Napoleon Bonaparte! „13 grudnia 1806 r. cesarz kazał jechać, najprzód koło Winiar – tam stawał kilka razy i okolicę przepatrywał, potem polami i przez błoto, w którym ledwie że z koniem nie ugrzązł, a eskorta za nim przejechać już nie mogła. Tak z nami i z dwoma szaserami francuskimi zajechał do Radojewa, przewiózł się na promie do Owińsk i tam klasztor próżny oglądał” pisał świadek tych wydarzeń Dezydery Chłapowski.

Wrażenie robi również lekko ukryta stara gorzelnia. Kilka kroków od niej, idąc cały czas Piołunową, dostrzegłem dziwne ruiny na wzniesieniu. Nie były to zabytki. Kompleks zabudowań przypominał raczej część jakiejś fabryki. Wszędzie rury i powybijane szyby. Jakby z dnia na dzień z tego miejsca nagle zniknęli ludzie. Wokół całego terenu leżała porwana biało czerwona taśma, jaką zabezpiecza się miejsca wypadków. Okazało się, że jest to stara oczyszczalnia ścieków. Gdybym wtedy wiedział, iż wokół niej znajdują się zasłonięte przez śnieg i krzaki betonowe studzienki, o których już w 2011 roku informował Przemysław Piwecki ze Straży Miejskiej, w życiu bym się do niej nie zbliżył. Wtedy tego nie wiedziałem. Nie wiedziałem też, że to właśnie Straż Miejska 6 lat temu rozwiesiła biało czerwoną taśmę,  której porwane części teraz dogorywają na ziemi. Skoro więc tego wszystkiego nie wiedziałem, to zwiedziłem cały ten kompleks wzdłuż i wszerz. Głupi ja, ale skąd miałem wiedzieć?

Mój pech nieodmiennie dawał o sobie znać. Od momentu w którym trasa powiodła mnie z ubitej podmiejskiej drogi w las, co chwila się gubiłem. Odchodziłem od ścieżki, myliłem zakręty i pewnie gdyby nie tajne, szpiegowskie gadżety Armii Lasowej, do dziś krążyłbym w tamtych okolicach. Gdy się tak kręciłem bez sensu między ścieżkami, nagle w środku lasu wyrosło mi przed twarzą ogrodzenie z białej metalowej siatki zakończone złowrogo wyglądającym drutem kolczastym. Żółta tabliczka wisząca na płocie informowała „Teren wojskowy wstęp wzbroniony”.

Pośrodku niczego

„Teren wojskowy wstęp wzbroniony” podpowiadała bezlitośnie żółta tabliczka zawieszona na metalowym płocie zakończonym drutem kolczastym. Rzadko spotykam w swoim życiu tereny wojskowe, a już takie w samym środku lasu, to w ogóle pierwszy raz w życiu. Pomyślałem sobie nawet, że może to nie pech sprawia, iż ciągle mylę drogi w tym cholernym lesie. A nuż naszemu wspaniałemu wojsku udało się wynaleźć broń dezorientującą i testują ją w lesie pod Biedruskiem? To by wyjaśniało dlaczego opozycja w naszym kraju jest taka zagubiona. Są oni po prostu ofiarami testów Macierewicza.

Trzymając się jednak stopami na powierzchni naszej planety, będę to moje pogubienie się w lesie kład na karb własnej nieudolności. Alternatywa jest zbyt przerażająca. Tymczasem, gdy już udało mi się ominąć wojskowych, nie zwracając ich uwagi (tak jak nas uczyli na szkoleniach), zgubiłem się po raz kolejny. Gdy dotarłem do asfaltowej drogi, prowadzącej od ulicy Poznańskiej do bramy wjazdowej owego terenu wojskowego, mapa pokazała, że przede mną powinno być rozwidlenie. Problem polegał na tym, że byłem tylko ja, prosta asfaltowa droga i las, żadnych chodników, czy nawet ścieżek w kierunku pokazywanym przez mapę. Pokręciłem się przez chwilę i postanowiłem, że idę w las tak jak chce tego tajne urządzenie AL.

Kilkanaście metrów od asfaltu, między drzewami, trafiłem na odciśnięte w śniegu ślady racic. Niesamowite, zarówno gdy szedłem do Mosiny, jak i teraz, mapy Armii Lasowej dysponują dokładnymi trasami poruszania się dzików! Jednak to właśnie tym „dzikim traktem” udało mi się dotrzeć do drogi wiodącej wzdłuż Warty aż do Biedruska.

Na moście między Biedruskiem a Promnicami pech dopadł mnie po raz kolejny. Widząc, że mam zaledwie 8% baterii w moim super tajnym urządzeniu, które było moim aparatem, kamerą, mapą, zegarkiem i kompasem w jednym, podłączyłem je do powerbanka. Zadowolony z własnej zapobiegliwości włożyłem cały zestaw do kieszeni. Niestety, okazało się, że kabel od przenośnej ładowarki nie styka i choć na początku faktycznie pokazuje, iż ładuje, to trwa to dosłownie 10 sekund. Nie była to dla mnie szczęśliwa wiadomość. Szczególnie, że tego dnia orientacja w terenie naprawdę nie była moim mocnym punktem.

 

Bateria była dzielna. Wytrzymała długą trasę ulicą Północną, która na zetknięciu Promienic ze Złotoryjskiem zamienia się w Złotoryjską. Ostatnie tchnienie wydała na zupełnym pustkowiu, gdzie stał tylko stary znak drogowy, dwa domki jednorodzinne, samochód dostawczy i ja. Jedyne co zdążyłem zobaczyć na gasnącym ekranie urządzenia, to nazwa ulicy, która miała mnie doprowadzić do Śnieżycowego Jaru.

– Czegoś trzeba? – zapytał wąsaty mężczyzna, który wyłonił się zza swojego wozu dostawczego.

– Szukam ulicy Radzimskiej, to gdzieś tutaj? – odparłem.

– Ta ulica – pokazał miejsce w którym staliśmy – chyiba nazwy ni ma, a czego tam trzeba? – zapytał drugi raz.

– Do Śnieżycowego Jaru idę, daleko to?

– O będzie i ze 4 kilometry, to daleko! – podkreślił wąsacz nie wiedząc, że mam za sobą 5 godzin marszu i 26 kilometrów w nogach.

Musiał się jednak zorientować po mojej minie, iż te kilka kilometrów to dla mnie nie problem, bo szybko dodał – Musisz zaś iść tu w lewo aż do mostku, a za mostkiem jak dojdziesz zaś do rozwidlenia, no to znów w lewo. Będą znaki, tylko pamiętaj, za mostkiem w lewo. Ale to 4 kilometry, naprawdę daleko! – ostrzegł.

– Idę z Poznania. – rzuciłem na odchodne puszczając do niego oko.

– Z Poznania? A na jakiej ulicy mieszkasz? – odkrzyknął, bo zanim dotarło do niego skąd przyszedłem dzielił nas już spory dystans.

– Na Głogowskiej! – krzyknąłem na pożegnanie w przestrzeń i usłyszałem tylko jak odjeżdża swoim dostawczakiem.

Tańczący ze Skaczącym Młynem

Mimo upływu czasu, ciągle zastanawia mnie po co wąsacz tego dnia podjechał na to pustkowie? Czyżby zatrzymał się tylko po to, by wskazać drogę nieznajomemu? Jeśli tak, to hurra, wiara w człowieka odzyskana. Może przeczyta ten tekst, a jeśli tak, to odezwij się do mnie. Jestem ciekaw jak ta sytuacja wyglądała z Twojej perspektywy?

Trzeba przyznać wąsaczowi, że poprowadził mnie wzorowo. Droga w lewo wiodła prosto do mostka, a za nim zobaczyłem dwa znaki, jeden do Śnieżycowego Jaru, drugi do Skaczącego Młyna. Ten pierwszy kazał mi iść do Starczanowa. Drugi, skręcić w pierwszą ulicę w lewo za mostkiem. Okazało się, że pierwsza w lewo za mostkiem, o której mówił wąsaty i równocześnie droga do Skaczącego Młyna nazywa się… Radzimska!

Po prostu nie mogło być lepiej. Wszystko się zgadzało więc szedłem. Skaczący Młyn okazał się być gospodarstwem agroturystycznym, domem weselnym, restauracją i w ogóle właściwie prawie wszystkim, położonym w niezwykle malowniczym miejscu z własnym stawem. Było coś koło 13, pomyślałem, że jeszcze zamknięte. Trochę żałuję, mogłem zajść i chociaż zapytać, czy dobrze idę. Zamiast tego usiadłem na drewnianej ławeczce na skraju lasu tuż przy ogrodzeniu tego pięknego ośrodka. Koło mnie stały trzy stare i rozpadające się już nagrobki. Nie udało mi się znaleźć informacji na temat tych grobów, ale ktoś ciągle przynosi zmarłym świeże znicze.

Zagubiony

Ze Skaczącego Młyna była tylko jedna droga w las, nią też poszedłem w nadziei na szybkie dotarcie do Jaru. Szedłem, szedłem, szedłem, szedłem a tu ciągle tylko las, las, las. Żadnego jaru. W końcu pomyślałem sobie, że musiałem się pomylić. Może źle zrozumiałem wskazówki wąsacza z dostawczaka? Może ta wymarzona Radzimska, to był jakiś błąd wyłączającego się już telefonu? Im dalej szedłem w las, tym mocniej wątpiłem w to, że jestem na dobrej drodze. Kilka razy się zatrzymywałem na różnych rozdrożach, postanowiłem jednak, że twardo będę szedł na przód, tą samą drogą. W końcu na coś muszę trafić!

I nagle, na jednym z wielu skrzyżowań, zobaczyłem wielką tablicę informacyjną. Napis na tablicy głosił „Teren Rezerwatu Przyrody Śnieżycowy Jar” na mapie była zaznaczona moja pozycja. Teraz wiem już, że Śnieżycowy Jar to rezerwat założony w 1975 roku przez Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego. Zadaniem ponad 9 hektarowego rezerwatu jest ochrona małego, pięknego kwiatka Śnieżycy Wiosennej. Tu należy się Wam kilka słów wyjaśnienia. Nie wiedziałem co to za miejsce, ani jak wygląda. Jednak z typową dla każdego mieszczucha ignorancją założyłem, że Jar będzie wielką dziurą w ziemi. Przy okazji okazało się, że przynajmniej od godziny chodzę po rezerwacie więc zupełnie nieświadomie osiągnąłem swój cel. (Dopiero w maju okaże się, że wcale nie dotarłem tego dnia do Śnieżycowego Jaru)

Zanim zajdzie słońce

Super tajne urządzenie nie działało, byłem w środku rezerwatu i nie wiedziałem, która godzina. Wiedziałem natomiast, że zaczyna się ściemniać. Nie mogłem liczyć na mapę. Postanowiłem więc dotrzeć do rzeki, co udało mi się całkiem sprawnie. Problem polegał na tym, że nawet przy rzece, bez mapy, trudno było stwierdzić gdzie iść. Tu popisałem się inteligencją, bo skoro Warta, jak każda rzeka, płynie na północ, a ja stoję w stronę przeciwną do nurtu rzeki, to muszę iść na południe. W dodatku, przy takim rozwiązaniu prędzej czy później musiałem dotrzeć do, jak mi się wtedy wydawało, mostu łączącego Promnice z Biedruskiem.

Pierwszym i bardzo cieszącym sygnałem, że moja logika się sprawdza, było natknięcie się na zatoczkę prowadzącą do Skaczącego Młyna (ależ to piękne miejsce!). Dalej już nie było tak kolorowo, ścieżka zaczęła odchodzić w las i nie dało się wykazać nieposłuszeństwem, bo na drodze stały strumyczki i strumienie, których przeskoczyć nie było jak. W końcu dotarłem leśną drogą do rozwidlenia. Nie miałem kompletnie pojęcia gdzie iść, ani w którą stronę skręcić. Stałem tak chyba z 10 minut i ogarniała mnie coraz większa panika. Gołym okiem dało się już dostrzec, że zapada zmrok, musiało być mocno po 15, a kto wie, może nawet 16?! Popatrzyłem na ziemię. W rozmemłanych śnieżnych śladach nie było ani jednej podeszwy skierowanej w prawo, wszyscy szli w lewo. Skoro tak, to ja też poszedłem.

To była dobra decyzja, bo okazało się, że trafiłem na drogę do Bindugi, przystani w Mściszewie. Ucieszyłem się niezwykle, bo pustkowie u zakończenia Złotoryjskiej, tam gdzie spotkałem wąsacza, znajdowało się właśnie w tej wsi. Tego natomiast, dowiedziałem się z mapy informacyjnej na przystani.

Byłem uratowany! Szybko znalazłem Złotoryjską. Nim doszedłem do Promnic już było całkiem ciemno. W przydrożnym sklepie dowiedziałem się, że jest prawie 17.  Na pętli przy Północnej okazało się, ze najbliższy autobus będzie dopiero za godzinę. Wszystko strasznie mnie bolało, byłem niewiarygodnie zmęczony, więc siedziałem aż zjawił się mój wybawca w autobusie podmiejskim.

Jeszcze nigdy w życiu nie cieszyłem się tak na widok Poznania…

Udostępnij...Share on Facebook