Mosina, samotny zwiad lasrala (40 km)

Mosina, samotny zwiad lasrala (40 km)

Dziennik lasrala 01, data leśna 6 stycznia AL 2017

Porzucone ludzkie cmentarzysko, tajemniczy klasztor, drogi dzików i przepiękna Mosina. By to odkryć przemierzyłem trasę z Poznania do Mosiny pieszo. Za chwile dowiecie się co dane mi było zobaczyć…

Cmentarz wstydu!

W mroźny zimowy poranek ciężko jest wyjść z pod ciepłej kołderki i ruszyć na długą pieszą wyprawę. Dlatego, w święto trzech króli trzy godziny walczyłem z własnym łóżkiem. Rozkazem dowództwa Armii Lasowej wyruszyć miałem o 7, by jeszcze przed wschodem słońca, znaleźć się za Poznaniem. Nie udało się, lecz strata czasu miała swoje dobre strony. W pełnym świetle poranka mogłem nacieszyć oczy opustoszałymi ulicami stolicy Wielkopolski. Niegolewskich, Głogowska, Dmowskiego, Krauthofera, Górecka o 10 rano wyglądały tak, jakby miasto opustoszało. Co jakiś czas, gdzieś w oddali sennie poruszał się samochód. Może ze dwa razy minął mnie autobus. Po drodze spotykałem tylko gołębie i szpaki. Żadnego człowieka.

Ach, był jeszcze przecież Fiat Multipla! Na jednej z ulic, szczelnie owinięte kocykiem autko wyglądało jakby stało pogrążone we śnie. Złośliwi powiedzieliby, że właściciel starał się ukryć swój pojazd ze wstydu. Wszak wszyscy wiemy, jak złą opinię w naszym społeczeństwie ma ten model. Jednak widząc autko otulone szaliczkiem, w sercu rodzi się współczucie i narasta chęć przytulenia. Choć jestem członkiem Armii Lasowej, to kocham wszystkie stworzenia! Nawet Multiple!!!

Znak na ulicy Jesionowej udowodnił mi, że wyobraźnia ludzka nie zna granic. Gdy zaś mijałem Cieszyńską, schodząc z asfaltowej drogi ulicy Bieleckiej dosłownie w krzaki, cieszył fakt, że udało się uciec od śmierdzącej cywilizacji. Idąc beztrosko bezdrożem rozmyślałem o trasie, która mnie czeka i wciąż zastanawiałem się, czy będę w stanie wrócić z Mosiny o własnych siłach, gdy nagle przed moimi oczami wyrósł las… krzyży!

 

 

 

 

 

Bezdroże pełne krzaków stało się nagle parkiem wypełnionym ludzkimi mogiłami. Większość grobów wyglądało na stare. Po chwili zorientowałem się, że właśnie depczę po resztkach jednego nagrobków. Żadnych płotów, ogrodzeń, z zamyślenia wyrwało mnie szczekanie psa, to nie był pies strażnika. Jakaś kobieta wyprowadzała tu swego pupila! Pies, jak to pies, znaczył teren i zostawił po sobie cuchnącą pamiątkę nieopodal mogił.

„Zygmunt Wójcikiewicz ofiara nalotu niemieckiego na Poznań 1939” głosi tabliczka pamiątkowa brudna od ptasich odchodów, wisząca na pionowej belce krzyża. Krótsza belka poprzeczna wraz z figurką Jezusa leży pęknięta na ziemi. Niczym symbol tragedii jaką była II Wojna Światowa. Leżąc tam, jest symbolem ruiny w jaką popadł ten cmentarz.

Za grobem Pana Zygmunta jest następny. Nazwiska ofiary bombardowań nie da się odczytać. Krzyż z tablicą pamiątkową złamał się u podstawy i leży tam niewiadomo od kiedy. Musiał upaść dawno temu, gdyż biało czerwona przepaska zawieszona na szczycie zdążyła już poszarzeć od brudu ziemi, a tablica pamiątkowa przymarzła do gleby.

„Bolesław Gryf-Marcinkowski syn Edwarda, artysta, skrzypek, kompozytor, dyrygent chórów i profesor muzyki w Poznaniu i Berlinie, twórca pieśni Czuj Duch” to mogile Pana Bogusława przypadnie wątpliwy zaszczyt obcowania z psimi odchodami do momentu ich całkowitego rozłożenia ;( Śmierdzące jest życie pozagrobowe w Poznaniu. Pan Profesor musi być jednak przyzwyczajony do tego typu spraw, gdyż nieopodal jego grobu leży mnóstwo worków ze śmieciami. Trudno powiedzieć, czy w niebieskich workach leżą śmieci zebrane z grobów, czy jest to po prostu dzikie wysypisko. Czym by to niebyło, trudno sobie wyobrazić, że naród, który przecież szczyci się pamięcią o swoich przodkach mógł dopuścić do takiego barbarzyństwa!

Mogiły, które odnalazłem tego zimowego poranka, to cmentarz przy ulicy Samotnej na Dębcu. Przed II wojną światową chowano na nim zmarłych z Dębca i Wildy. Tu też spoczęły szczątki ofiar bombardowań Poznania, a także więźniów obozów koncentracyjnych. Po wojnie o cmentarzu zapomniano. Rozkradziony, zdewastowany, dotrwał do mojej wyprawy tylko dzięki harcerzom i kibicom Lecha Poznań. W mediach co jakiś czas pojawia się wzmianka o nim, na przykład kiedy naczelny chce pokazać 1 listopada coś „o czym się nie mówi”. Potem temat wraca na półkę, nikt się nie interesuje tym co robią tam psy tuż obok tabliczek z napisem „Umarł za Polskę”…

Drożdże i ulica Kopernika

Ruszyłem dalej. Nagle marsz do Mosiny nabrał metafizycznego wymiaru. Za wiaduktem, który pozwolił mi przedrzeć się przez A2 i dostać do Lubonia, jakieś dwa kilometry od porzuconych mogił, dwóch facetów beztrosko rozprawiało o nagłym ataku mrozu. Stali nad otwartą maską starego Peugeota i przy warkocie odpalonego silnika sprzeczali się, czy w nocy będzie poniżej dwudziestu stopni. Zupełnie jakby autostrada, która oddziela Luboń od Poznania stanowiła barierę niepamięci o tragedii, jaka działa się właśnie w tej chwili na wzgórzu pełnym zapomnianych mogił, niecałe dwa kilometry dalej. Wiem, to głupie wymagać od nich, by całe swoje życie płakali nad opuszczonym cmentarzem. Jednak w tamtej chwili ich rozmowa była niezwykłym podkreśleniem ulotności życia.

Idąc ulicą Dworcową, wzdłuż torów, kierując się z Lubonia na Łęczycę natknąłem się na niezwykły, przepiękny budynek. Stara fabryka drożdży została zbudowana w 1904 roku dla rodziny Sinnerów. Kompleks budynków z czerwonej cegły przypomina opuszczone zamczysko. Temu wrażeniu sprzyjają budynki znajdujące się w pobliżu fabryki, gdyż są one o wiele niższe. W skład fabryki drożdży wchodziły: słodownia przypominająca „gotycką architekturę sakralną” jak możemy przeczytać na oficjalnej stronie Lubonia, drożdżowania „mająca cechy zamku rycerskiego”, spichrz zbożowy, wieża ciśnień, chłodnia kominowa, kotłownia, maszynownia, warsztaty, gorzelnia, kantyna i budynek biurowy.

„Szczególną atrakcję stanowi jedyny zachowany do dziś wysoki komin, ozdobiony misterną ceglaną dekoracją oraz żeliwna płyta, sygnowana datą 1903 r. Fabryka posiadała własną bocznicę kolejową oraz ujęcie wody z 18 studni.” Obecnie budynki dawnej drożdżowni są własnością prywatnego przedsiębiorstwa. Zaś właścicielem słodowni i kilku najstarszych obiektów jest inna prywatna firma. „Integralną częścią zespołu zabytkowych budynków jest osiedle przyfabryczne, przy ulicy Cyryla Ratajskiego z willowymi domami kadry administracyjnej i inżynieryjnej fabryki Sinerów. Architektura budynków mieszkalnych stylistycznie koresponduje z zabudową fabryczną, tworząc granicę pomiędzy zakładami Sinnerów a fabryką Koehlmannów.”. Starą fabrykę drożdży warto zobaczyć na własne oczy nawet jeśli oszpecają ją przydrożne bilbordy.

Mróz towarzyszący mi przez całą drogę miał też swoje zalety. 6 grudnia nie było jeszcze śniegu, lecz gdy rozpędzony samochód gnał przez opustoszałą ulicę Dworcową na asfalcie tańczył za nim biały pył, może rosa, który sprawiał wrażenie, jak gdyby wiatr nagle stał się widoczny. Żałowałem, że aparat w moim tajnym urządzeniu do szpiegowania nie jest w stanie uchwycić tego niezwykłego tańca. Bez problemu jednak udało mi się uwiecznić dzieło antyfanów klubu piłkarskiego Stella Luboń, którzy sugerowali, że „Kibice Stelli kupują buty na Kopernika…”. Niezbyt znam się na trendach obuwniczych w Luboniu, lecz najwyraźniej nie jest w dobrym tonie zaopatrywać się w buty na ulicy Toruńskiego astronoma.

Serce Jezusa

Między Łęczycą a Puszczykowem natknąłem się na sześć domków w zielono-żółto-czerwonych barwach, jestem ciekaw, czy ich właściciele tylko przypadkiem nawiązują kolorystyką budynków do rastafariańskich barw? A może tuż przy stolicy Wielkopolski mamy nieodkrytą wioskę Rasta? W powietrzu niestety nie dało się wyczuć zapachu wolności więc maszerowałem dalej.

Droga 430, która miała doprowadzić mnie do centrum Puszczykowa nagle i bez uprzedzenia rozwidliła się. Mapa pokazywała, że mam iść prosto, ścieżka rowerowa, że powinienem skręcić w ulicę Poznańską. Wielkim minusem tej pierwszej, był brak jakiegokolwiek chodnika i pędzące samochody, których w Puszczykowie było strasznie dużo. Poznańska natomiast, miała wspaniałą, szeroką i w miarę bezpieczną, wybrukowaną ścieżkę dla pieszych i rowerów.  Jako dorosły, rozsądny człowiek obdarzony intelektem, oczywiście wybrałem trasę bez chodnika i w towarzystwie śmiercionośnych aut. Szybko zorientowałem się, że marsz przy szosie jest bardzo niebezpieczny, a większość z mijających mnie samochodów potwierdzała głupotę mojego wyboru klaksonem. Zapuściłem się odrobinę w ukochany las, by nie stać się kolejną ofiarą wypadku drogowego, o której spiker powie w wieczornych wiadomościach. W lesie szybko odnalazłem ścieżkę. Początkowo myślałem, że wyznaczyli ją ludzie, ale gdy tylko wpadłem na pierwsze mocno przeryte poletko wiedziałem, że idę po śladach dzików.

Jakby na potwierdzenie tej tezy, nagle przy ścieżce, która znów zbliżyła się niebezpiecznie blisko szosy, znalazłem ciałko małego warchlaczka. Wyglądał jakby był pogrążony we śnie, biedne małe stworzonko, które przegrało walkę z cywilizacją…

Gdy w końcu udało mi się dotrzeć do w miarę cywilizowanej drogi, ujrzałem znak głoszący, że jest to droga do… klasztoru. Nigdy w życiu nie słyszałem o żadnym klasztorze w Puszczykowie koło Poznania. Ruszyłem trasą wiodącą na wzgórze. Za lekko przymkniętą zieloną bramką czekały na mnie kamienne schody. Po ich pokonaniu i przejściu przez kamienną bramę moim oczom ukazał się przepiękny żółty kościółek. Okazało się, że jest to kościół Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego. Początki tego Zgromadzenia sięgają 1918 roku, „kiedy to Br. Stanisław Andrzej Kubiak przybył z Niemiec do Warszawy i zamierzał założyć Wspólnotę Braci Miłosierdzia, której był członkiem. W 1920 r. Br. Stanisław Kubiak objął funkcję zakrystiana w kościele Matki Bożej Bolesnej w Poznaniu. Nowy typ pracy zainspirował Go do założenia zgromadzenia braci współpracujących z duchowieństwem w instytucjach kościelnych w charakterze zakrystianów, organistów i pomocników hierarchii kościelnej.” piszą na swojej stornie bracia.

W 1924 roku Stanisław Kubiak zakupił dom w Puszczykowie, który stał się siedzibą główną zgromadzenia. W 1939 zgromadzenie liczyło 39 członków, pracujących w 12 placówkach w całej Polsce. Podczas II wojny światowej hitlerowcy usunęli braci z ich domu w Puszczykowie, który zamienili na obóz dla Żydów, następnie dla hitlerjugend, a wreszcie dla wojska. Większość braci zginęła podczas wojny.

„Po wojnie zgromadzenie musiało się odradzać niemal od początku. W 1947 r. liczyło 21 zakonników i 8 nowicjuszy. W 1981 r. na nadzwyczajnej kapitule przygotowano i zatwierdzono odnowione konstytucje zgromadzenia. Zwrócono w nich uwagę na charyzmatyczną rolę założyciela Br. Stanisława A. Kubiaka. Obecnie Zgromadzenie posiada 14 domów zakonnych.”. Teren Braci Serca Jezusowego robi niesamowite wrażenie i każdemu polecam wycieczkę w te rejony.

Gdyby nie Wojtek…

Droga asfaltowa z Puszczykowa do Mosiny ma swoją odpowiedniczkę w leśnej ścieżce, ciągnącej się wzdłuż ulicy. Może nie na całej długości, czasami musiałem iść poboczem. Większość trasy jednak można przejść bez obawy bliskiego kontaktu z potwornymi samochodami. Mosina powitała mnie chłodno i późno. Była za dziesięć druga, gdy spojrzał na mnie mały Jezus rozpięty na ogromnym białym krzyżu w Mosinie. W tle zbawiciela, oddalony o jakieś 100 metrów, zamknięty super market. Idealna synteza duszy przeciętnego Polaka, gdzie sacrum i profanum są ze sobą równie nierozerwalne jak zakupy w centrum handlowym po mszy w niedzielę. Chrystus i supermarket wyglądają na lubiących się sąsiadów…

Równo o drugiej stanąłem pod urzędem miasta. Byłem na siebie zły, bo było bardzo późno, właściwie zaczynało się już ściemniać, wiecie zima 😉 Z niewyjaśnionych do teraz przyczyn ubzdurało mi się, że trasa z Poznania do Mosiny, to tylko 12 kilometrów. Chciałem ją pokonać w dwie godziny, wyszło niemal cztery. O swoje ślimacze tempo obwiniłem zdjęcia, które trzaskałem wszystkiemu na każdym rogu (jak na doskonałego zwiadowcę przystało). By dojść do Lubonia przed zmrokiem mój jednoosobowy zwiad mógł pozwolić sobie jedynie na trzydzieści minut odpoczynku w Mosinie.

Bardzo nad tym rozpaczałem, gdyż to miasto, to przede wszystkim Wielkopolski Park Narodowy oraz Rogaliński Park Krajobrazowy. Całą okolicę podziwiać można z drewnianej wieży widokowej położonej na Pożegowie. Konstrukcja ma niemal 17 metrów wysokości a podziwiając panoramę można rozkoszować się widokiem oddalonego Poznania. Nie było też czasu, by zajrzeć do Pałacu w Rogalinie, a przecież historia rezydencji Raczyńskich sięga drugiej połowy XVIII wieku.

Mogłem tylko stanąć na Placu 20 Października w centralnej części miasta. Swoją nazwę plac przed Urzędem Miejskim zawdzięcza okropnym wydarzeniem sprzed 78 lat. 20 października 1939 roku hitlerowcy rozstrzelali na nim 15 mieszkańców Mosiny. Dziś na środku placu stoi wielki biały pomnik powstańców wielkopolskich i ofiar II wojny światowej. Na pomniku widnieją napisy: Zamordowanym w Forcie VII i zamęczonym w obozach koncentracyjnych, Cześć poległym na frontach II wojny światowej, W hołdzie Powstańcom Wielkopolskim, Pamięci rozstrzelanym w dniu 20 października 1939 r.

„W Mosinie godny uwagi jest zachowany średniowieczny układ przestrzenny, z centralnie położonym, czworobocznym rynkiem i odchodzącymi od niego wąskimi uliczkami. W szeregu kamieniczek oglądanych z Kanału Mosińskiego wyróżnia się charakterystyczny budynek z cegły z wysoką wieżą (Obrabad) oraz stara bożnica z 1870 roku – obecnie Izba Muzealna i Galeria Miejska.” przekonują władze miasteczka na swojej stronie internetowej.

Mnie niestety nie dane było tego wszystkiego zobaczyć. Zanim dzwon w kościele pod wezwaniem Świętego Mikołaja wybił w pół do trzeciej, mój sygnał do wymarszu z Mosiny, wstąpiłem jeszcze do jedynego otwartego sklepiku przy rynku.

– Gdyby nie Wojtek (Jaruzelski przyp. lasrala) to byśmy żadnej wolnej Polski nie mieli. – tłumaczył sprzedawca, jednemu z klientów.

– Mnie Pan tego nie mów. Ja przecież z tych co jeszcze pamiętają. Przecież Ruskie nie musiały tu nigdzie wchodzić, bo oni tu byli. – odpowiedział klient z rękami pełnymi piw.

– Tylko weź Pan tym z Warszawy to powiedz. – nie dawał za wygraną sprzedawca.

– Ci z Warszawy to debile. – odparował klient.

– Debile, zwłaszcza ten mały z Żoliborza. – kontynuował ekspedient.

– On se kompleksy na naszych plecach leczy. A słyszałeś Pan, w telewizji mówili niedawno, że on tych ze stoczni pałował. – konspiracyjnie ściszył głos klient.

– Ja nie wiem, co się z tym narodem stało, że tyle osób na PiS głosowało? – zrymowało się sprzedawcy, a ja zaśmiałem się w duchu wspominając poranną audycję w radio, gdzie jeden z politycznych komentatorów perorował, że „małe miasta i wsie, to zagłębie Prawa i Sprawiedliwości”.

Pora wracać

Końca dysputy tych dwóch Panów nie udało mi się wysłuchać. Alarm w szpiegowskim gadżecie bezlitośnie dał znać, że najwyższy czas wracać do kwatery głównej mojego oddziału w Poznaniu. Uzbrojony w czekoladę i wodę byłem pewien, że dam radę wrócić na piechotę. Plan powrotu zakładał zupełnie inną trasę niż ta, która przywiodła mnie do Mosiny. Przede wszystkim, odpuściłem sobie bardzo ruchliwą szosę, którą tu dotarłem. Z Mosiny do Puszczykowa przedostałem się drogami osiedlowymi. Jak się okazało, to bardzo przyjemne, cywilizowane, brukowane chodniki a nie zabójcze pobocza, czy ścieżki dzików.

Powoli dochodziła trzecia. Od pięciu godzin ani razu nie usiadłem, moje nogi zaczynały mi bardzo ciążyć. Największą obawę miałem przed odcinkiem trasy między Puszczykowem a Wirami. To fragment znajdujący się w prawdziwym lesie, a ja nie chciałem pokonywać go po zmroku. Na szczęście okazało się, że ulica Sobieskiego w Puszczykowie, tylko na mapie ciągnie się w nieskończoność.

Gdy wyszedłem z lasu była 15:45. Słońce już zaszło a niebo nad Poznaniem powoli przechodziło z czerwieni w ciemny granat nocy. Droga do Wirów w znacznej części prowadziła przez pola. Bardzo malownicza trasa pozwalała cieszyć się urokami pięknego nieba, a w oddali dostrzec można było Poznańskie wieżowce.

Droga, która z tej urokliwej wsi doprowadziła mnie do Lubonia nosiła miano, jakżeby inaczej, ulicy Poznańskiej. Później, już w Luboniu, niemal niezauważalnie zmieniała się w Żabikowską. Kolejną bardzo długą ulicę wiodącą przez centrum podpoznańskiego miasta. I to właśnie ta ulica przeprowadziła mnie nad kierowcami pędzącymi autostradą A2.

Dumny z siebie pognałem ulicą Leszczyńską aż do zajezdni na Głogowskiej. Tam przez krótką chwilę rozważałem zakończenie trasy w tramwaju linii numer 8. Lecz po krótkim namyśle doszedłem do wniosku, że byłoby to nie honorowe. Doszedłem więc na Wyspiańskiego dumnie stawiając każdy krok.

Znów jednak coś nie grało z czasem. Nie miałem ze sobą żadnego plecaka, w drodze powrotnej prawie nie robiłem zdjęć, a mimo to, czas podróży wyniósł lekko ponad trzy godziny i dwadzieścia minut. Nie mogłem zrozumieć dlaczego pokonanie 12 kilometrów zajmowało mi tyle czasu. Olśniła mnie dopiero moja dowódczyni, która śledziła na mapie elektronicznej moją podróż. Okazało się, że 12 kilometrów, to dystans który nie do końca sam wiem skąd zmyśliłem. Według tego co pokazał super tajny sprzęt Armii Lasowej, przeszedłem ponad 40 kilometrów w ciągu niecałych ośmiu godzin, praktycznie bez żadnej przerwy dla nóg. To faktycznie wyjaśnia dlaczego 12 kilometrów trwało cztery godziny.

Udostępnij...Share on Facebook